PRZEBUDZENIA. DLA WSZYSTKICH ZASPANYCH

 


Jest druga w nocy. Właśnie się obudziłem, odsypiałem poprzednią zarwaną noc. Za parę godzin znów poczuję senność, akurat wtedy, gdy powinienem normalnie funkcjonować i wykorzystać ten czas jak najlepiej. Póki co warto wykorzystać ten kawałek nocy na najbardziej odpowiednie kino o tej porze: „Przebudzenia”. Ten film nieustannie coś we mnie budzi: refleksję, smutek, wzruszenie, zachwyt nad zwyczajnymi rzeczami, które często tak umykają w tej gonitwie za czymś. Za czym? Nie wiem. Gdy już dobiegnę zdyszany, nigdy nie rozumiem, po co biegłem. A gdzieś w tej szpitalnej sali inni śpią jak zaklęte pomniki. Może dlatego biegam tak codziennie, by nie skończyć jak oni? Biegnę coraz szybciej, by załatwić milion nieistotnych spraw. Ale to jest oszukiwanie się. W życiu można zasnąć na wiele sposobów, będąc nad wyraz pobudzonym. „Przebudzenia” to niezwykły film Penny Marshall, którą niedawno pożegnaliśmy na zawsze, podobnie zresztą jak Johna Hearda (tatę Kevina) i Robina Williamsa (doktora Sayera), któremu tu partneruje Robert De Niro w roli pacjenta, Leonarda Lowe’ a. Tym razem De Niro jako niespotykanie delikatny, anty-twardziel obudził się, by przypomnieć innym śpiącym o cudzie życia. Rok później, w „Przylądku strachu” przypomni brutalnie, ile warte jest życie.

Właśnie jesteśmy w szpitalu, gdzie leczy się ciężkie przypadki neurologiczne. Czy jesteśmy gośćmi, czy może pacjentami? Zdecydujcie sami. Przemierzając korytarz tej kliniki aż trudno uwierzyć, że czyjeś życie może tak wyglądać. To zupełnie coś innego niż w reklamach, gdzie wszyscy są tacy uśmiechnięci i sięgają śmiało po swoją szansę. Rozglądamy się dookoła. Wszędzie leżący lub siedzący na wózkach, wpatrzeni w jakieś odległe punkty, milczący. Zatrzymani w dziwnych pozach, jakby zamrożeni lub zamienieni w głazy przez złą czarownicę. Chodź nie wszyscy. Inni jak nakręcane zabawki skaczą nerwowo tu i tam. Kim oni są? Określa się ich mianem pacjentów. Ale cóż to znaczy? Są w tym muzeum tylko eksponatami, z których ściera się kurz i obserwuje parametry życiowe. Widzimy jak doktor Malcolm Sayer (Robin Williams) wręcz ucieka z sali pełnej tak przerażająco różnych, nieprzewidywalnych pacjentów i przysiada na parapecie, jak marzyciel z obrazu Caspara Davida Fridericha. Gdzieś za oknem, za tymi kratami jest to inne życie. Dzieci się bawią, skaczą, cieszą się tak po prostu każdą chwilą.

 

A w tym szpitalu?

 

Szkoda gadać. Każdy żyje w swoim świecie. Zafiksowani w kilku prostych ruchach, drżący jak kukiełki na sprężynkach. Uwagę zwracają te najbardziej beznadziejne przypadki, które tkwią w jednej pozycji jak rzeźby. Własne nagrobki. Katatonia miesza się z parkinsonizmem. Pacjenci wydają się być w ogóle nieobecni, jakby przebywali w stanie śpiączki. Mają otwarte oczy ale zasnute mgłą. Śpią tak od kilkudziesięciu lat. Gdzie wtedy są? Może w jakiś szczęśliwych krainach, z dala od tego smutnego świata, czy może jednak doświadczają nicości? Sprytni uciekinierzy, będący w rozkroku między jednym światem a drugim. Uciekli od wszystkiego, co znali i kochali. Nie dziwne, że na tym oddziale rzadko zjawiają się goście z rodziny. Oddali swoich bliskich, bo już nie mieli siły mówić do tych kamieni. „Witaj tu, gdzie stanął czas, tu nikt nie odchodzi z nas”, jak śpiewała Metallica w „Sanitarium”. Śpią, jak zaklęte księżniczki i książęta, manekiny z „Sanatorium pod klepsydrą”, czekający całe życie na czarodzieja, który zdejmie z nich złe zaklęcie. Czekają na swoją jedyną szansę, kiedy wreszcie coś samodzielnie zrobią i wyrażą swoje emocje, pragnienia, kaprysy. Zbudzą się dzieci i zacznie się chaos. To byłby piękny dzień. Resurrexit! Ale z drugiej strony…

 

Aż strach pomyśleć, gdyby się obudzili, nieprzystosowani do nowego świata. To byłby chaos!

 

Przed burzami ludzkich nastrojów i dziwnych osobowości pragnie się schronić przestraszony, niezdarny, nieco autystyczny doktor Sayer, klinicysta oddany swej pracy do bólu. Zdecydowanie lepiej czuje się w chłodnym laboratorium niż między żywymi ludźmi, zwanymi pacjentami. Bardziej woli towarzystwo roślin w ogrodzie botanicznym niż towarzystwo ludzi, których z trudem pojmuje. A jednak dostaje pracę w szpitalu schorzeń neurologicznych i jak na ironię ma pracować z pacjentami-roślinami, których na oddziale tylko się „podlewa”. Czy to przypadek, że akurat tam doktor Sayer dostał pracę? Ten doktor, który boi się życia, który jest bardziej teoretykiem niż praktykiem. Za swoją gęstą brodą i wielkimi okularami ukrywa twarz przestraszonego człowieczka, który również zasnął na długie lata. Całe swoje życie oddał nauce, a teraz jest kompletnie sam. Nie ma bliskiej rodziny. Ci ludzie-rośliny to towarzystwo godne pana doktora, który ma problemy z kontaktami międzyludzkimi. Razem stanowią niezwykłą drużynę, która będzie walczyć o własne przebudzenie.

Pacjenci mają szczęście, że nieśmiały doktor Sayer to nowicjusz na tym oddziale. Podczas gdy inni znudzeni lekarze rutynowo sprawdzają podstawowe czynności życiowe, on zaczyna drążyć problem uśpionych. Chcąc zbadać percepcję swoich podopiecznych, sprawdza, czy jego pacjenci są w stanie złapać dane przedmioty. Spadający długopis, okulary czy piłka baseballowa błyskawicznie znajdują się w dłoniach pacjentów, którzy jak niezawodni łapacze chwytają (zachwycają) wszystko, co im się podrzuci. Tak jakby chcieli uchwycić swoje przemijające życie. Tak, jakby spełniali horacjańskie Carpe diem.

Ciekawe jest, że Sayer chcąc się skomunikować z jednym pacjentów, używa literowej gry, która także kojarzy się z seansami spirytystycznymi, podczas których ręce medium są poruszane rzekomo przez ducha, który wybiera poszczególne litery i przekazuje wiadomość uczestnikom seansu. To tak jakby pacjent uwięziony w swoim bezwolnym ciele przekazywał wiadomość z zaświatów. Jakby był umarły, a jednak wciąż był między nami. Pacjent Leonard układa z liter wskazówkę dotyczącą wiersza Rielkego „Pantera”, który najlepiej opisuje stan pacjentów zamkniętych w bezwładnych ciałach. („Umarli poeci” wciąż nawiedzają Williamsa). To daje do myślenia doktorowi, który po kilku wnikliwych badaniach stwierdza, że te kukły na wózkach, siedzące codziennie w tej samej pozycji są świadome i trzeba walczyć, aby się wreszcie do nich dostać. Staraniom doktora kibicuje wierna pielęgniarka, siostra Eleonora. Natomiast sceptyczny doktor Kaufman (John Heard), przełożony Sayera nie jest specjalnie zachwycony, że jego kolega po fachu będzie igrał z nadzieją na lepsze życie nieruchomych pacjentów. Malcolm Sayer jest nowy, więc może chce się wykazać, a może podświadomie pragnie obudzić się ze swego autystycznego letargu, dotrzeć do drugiego człowieka. Warto spróbować, chociaż na jednym pacjencie. Wybór pada na Leonarda Lowe’ a (Robert De Niro), czterdziestoparoletniego mężczyznę, zupełnie zdanego na sędziwą, nadopiekuńczą matkę. Pani Lowe zgadza się na podanie synowi leku o nazwie l-dopa, przepisywanym głównie pacjentom z chorobą Parkinsona. Najwyżej lek nie pomoże. Albo odmieni życie Leonarda na zawsze.

Akurat w nocy, gdy wszyscy śpią, Leonard się budzi i zaczyna rysować. Uśmiechnięty jak małe dziecko, starannie uczesany, jak pilny uczeń wzrusza swoim entuzjazmem. To zupełnie inny Robert De Niro. Niepodobny do rzezimieszków, gangsterów, buntowników, twardych, bezwzględnych facetów, z którymi dotąd go kojarzyliśmy na ekranie. Podobnie pewnie zareagujemy, gdy obejrzymy „Dziewczynę gangstera”, gdzie „chłopak z ferajny”, De Niro zagrał ciepłego policjanta, a tymczasem komik, Bill Murray wcielił się w zimnego gangstera. Również Williams jako komik, stand-uper bardzo pozytywnie tu zaskakuje i wzrusza swoją rolą samotnego lekarza. Potencjał tej roli wykorzysta potem w filmach „Patch Adams” czy w „Między piekłem a niebem”, gdzie także spotka się z Maxem von Sydowem, który w tym filmie pełni rolę kogoś w rodzaju mentora, starszego lekarza opisującego ciężkie przypadki katatonii. A wracając do potencjału dramatycznego samego Williamsa, to trzeba przyznać, że jest coś niezwykłego w twarzy i spojrzeniu tego aktora, w których drżą zarówno smutek jak i radość. To chyba jeden z nielicznych aktorów, który potrafi pokazać tą dziecięcą, wzruszającą radość na swojej twarzy jak i pewne rozczarowanie tym wszystkim, co jest dookoła. Gorzkie jest to, że w tym filmowych przypadkach medycznych słyszymy o chorobie Parkinsona, którą potem zdiagnozowano u samego Williamsa i być może perspektywa tej choroby zaważyła na jego decyzji o samobójstwie.

W filmie „Przebudzenia” wzruszenie, smutek i radość nieustannie się ze sobą przeplatają, więc wróćmy teraz na radośniejsze tory. Leonard Lowe jeszcze nieco zesztywniały od ciągłego leżenia, poruszający się nieporadnie, wzrusza swoim entuzjazmem zarówno cały personel szpitala jak i nas — widzów. On, nowonarodzony uczy życia doktora Sayera. To już dobrze widać na plakacie filmu. Roześmiany Leonard skacze pośród wody, podczas gdy doktor Sayer stoi przestraszony na brzegu swych teorii, nie chcąc się umoczyć za bardzo w spontanicznej chwili. Za Leonardem budzą się także inni pacjenci. I tak dotąd cichy oddział „roślin” rozbrzmiewa dawno nie słyszanymi głosami. Zapracowani pielęgniarze podsumowują z ironią, że chyba bardziej woleli swoich podopiecznych jako rośliny, aniżeli wybudzonych i kapryśnych. Ale nie ma się co dziwić. Po tak długiej nieobecności wszyscy znowu chcą spróbować dawno zapomnianego życia. Chcą spróbować tylu smaków i tylu przygód. Jednak najpierw muszą stawić czoła tej rzeczywistości, zrozumieć, że stracili tak wiele cennych lat ze swego życia.

Jak to jest stracić władzę nad swym ciałem, zupełnie wyłączyć się ze świata, zasnąć jako kilkunastoletni chłopak, a obudzić się w ciele dorosłego mężczyzny? Zupełnie jakbyśmy oglądali komedię „Duży” z Tomem Hanksem, również wyreżyserowaną przez Penny Marshall. Notabene zarówno w „Dużym” jak i w „Przebudzeniach” dyrektora/specjalistę od kadr, przyjmującego głównych bohaterów do pracy gra Harvey Miller. Z kolei John Heard okazuje się wrednym typkiem przeszkadzającym zarówno Hanksowi jak i Williamsowi w ich pracy.

Radość z wybudzenia się jest wielka. Ale to nie komedia. Nic nie zmieni faktu, że na liczniku upłynęło trzydzieści lat życia. Gdzie rodzina, przyjaciele? Gdzie moje życie? Co pozostało tym ludziom, którzy wybudzili się po tak długim czasie? Żyć przeszłością, tonąć w żalu czy jednak cieszyć się teraźniejszością? Widzimy, jak codziennie stawiają pewniejsze kroki. Bawią się i cieszą jak dzieci w przedszkolu, które znów są ciekawe świata. Nawet ich twarze są dość gładkie, bez głębszych zmarszczek, w których zapisane mogły być radości i smutki, bo przecież przez ostatnie lata byli jak posągi. Spójrzmy tylko na gładką twarz Stephena Hawkinga, który przez kilkadziesiąt lat trwania swojej choroby nie mógł wyrażać emocji na twarzy. Co za paradoks. Chciałoby się powiedzieć, że jeśli chcesz mieć gładką buzię, nie powinieneś w ogóle wyrażać emocji na twarzy. Oto najlepszy lifting, lecz jak zubaża on wyrażanie życia.

Nasi pacjenci coraz więcej mówią, wracają do swoich dawnych pasji. Niektórym udaje się odnowić dawno zerwane relacje rodzinne. Ktoś dostał list od syna, wreszcie może odpisać. Władze szpitala decydują, że czas najwyższy skonfrontować wybudzonych z rzeczywistością. Doktor Sayer chce zabrać swoich podopiecznych do cichego ogrodu botanicznego, gdzie sam zwykle spędza sporo czasu, ale świeżo wybudzeni pacjenci są wyraźnie zawiedzeni taką propozycją rozrywki. Ale od czego są tańce! Zabawna jest scena na dyskotece, gdzie niemal wszyscy pacjenci sobie tańczą w najlepsze, a speszony Sayer stoi pod ścianą. Aż w końcu któraś z pacjentek prosi go do tańca i tak pan doktor próbuje dotrzymać kroku żywiołowej damie, która nie tak dawno była jednym z tych nieruchomych posągów. Wybudzeni pacjenci jak żadni inni potrafią uczyć cieszenia się życiem, dopóki czar nie pryśnie i bal dobiegnie końca.

 

No właśnie

 

Ta historia mogłaby być niezwykłą baśnią, w której to uśpieni królewicze i księżniczki zostali wybudzeni przez roztargnionego doktora, który bał się żyć swoim życiem. Zarówno pacjenci jak i doktor spojrzeli na siebie jak w lustra, by zrozumieć, że od chwili tego niezwykłego wydarzenia muszą żyć z całych sił. I wszyscy potem żyli szczęśliwie pełnią życia. A jednak tak się nie dzieje. Scenarzysta Los musi sypnąć melodramatem prosto w oczy. Okazuje się, że nasi pacjenci nie zostali uzdrowieni tak raz i na zawsze. Pojawiają się skutki uboczne cudownego leku. Pacjenci jeden po drugim wracają do swojej krainy zapomnienia. Czar pryska. Bal się kończy. Radośnie podskakujące kukiełki kończą swoje przedstawienie, by znów zamienić się w posągi, wpatrzone gdzieś w dal za swoim dawnym życiem. Była nadzieja na inne życie i nagle nie ma nadziei. Zaledwie iskra w ciemności i pufffff.

Znów to drżące pytanie: dlaczego? Czy lepsze jest krótkie życie, którego zasmakowało się tak intensywnie, czy może lepsza jest długa i nudna egzystencja, gdzie między interwałami następuje jakaś jedna cudowna chwila godna dziecięcego zachwytu. Może tak naprawdę w naszym życiu doświadczymy tylko kilku przełomowych, intensywnych chwil, a reszta to przetarta nić na kołowrocie Ariadny? Przykro patrzeć, jak nasi bohaterowie powoli tracą władzę nad sobą i wracają do swoich pomnikowych form. Niewzruszeni, niezmienni. Może lepiej, że nie doświadczą tego ciężkiego życia?




Zaczyna się od Leonarda, tego, który został pierwszy uleczony. U niego występują skutki uboczne zażywania leku, tiki nerwowe i coraz większa bezsilność wobec swego ciała, co wreszcie generuje agresję wobec otoczenia. Leonard, który dotąd był największym orędownikiem terapii, wzorowo współpracował z lekarzami, teraz czuje się oszukany. Ledwo co zakosztował nowego życia, a już jest ono mu odebrane. W książce „Przebudzenia” Olivera Sacksa jest to pokazane bardziej drastycznie. Leonard ma duży pociąg seksualny i nieustannie masturbuje się przed pielęgniarkami. W końcu przebudził się i pragnie skosztować wszystkiego w nadmiarze. W filmie to zostało przemilczane i zastąpione platoniczną , romantyczną miłością do kobiety, która odwiedzała na oddziale swego ojca. Mimo wszystko, odczuwanie miłości zostanie za niedługo odebrane Leonardowi. Padł ofiarą fałszywej nadziei, że mógłby żyć inaczej. Staje się przywódcą buntu wśród innych pacjentów. Agresywny, jak pantera rzucająca się w klatce, atakuje każdego, także swego wybawcę i przyjaciela, doktora Sayera. Jest jak potwór, który buntuje się przeciw doktorowi Frankensteinowi. Notabene sam De Niro zagrał tego potwora w ekranizacji Frankensteina z 1994 roku. Leonard jak nieporadny robot, któremu wysiadły styki, porusza się z dnia na dzień w zwolnionym tempie, wstrząsany co chwila nerwowymi tikami. Nienawidzi swego „stwórcy-wybawcy”, który rozpalił w nim nadzieję nowego życia, a teraz ją odbiera. Popycha doktora, który upada na ziemię, tłukąc przy okazji swoje okulary, przez które nigdy nie mógł dostrzec istoty piękna życia. Zresztą sam Sayer również czuje się winny i nie pojmuje tego, że za chwilę czar cudownej kuracji pryśnie. Ale nie ma sensu już się kłócić. Wzruszająca jest scena, gdy przegrany Leonard po swoim wybuchu gniewu, siedzi zrezygnowany i prosi o pomoc Sayera. Pomóż mi mimo wszystko. Jeszcze raz pacjent chce zaufać swemu wybawcy. Razem próbują znaleźć rozwiązanie. Nie robią tego tylko dla Leonarda, ale dla medycyny, aby kiedyś pomóc innym. Wtedy też zmienia się optyka całej tej tragicznej sytuacji, że mimo wszystko te cierpienia mogą służyć czemuś lepszemu — rozwojowi medycyny. „Ucz się dla mnie” — powtarza wstrząsany drgawkami Leonard, podczas gdy Sayer (powstrzymując łzy) filmuje na kamerze dalsze stadia choroby swego ukochanego pacjenta. Obserwuje, wyciąga wnioski. Uczy się dla Leonarda i dla przyszłych pacjentów.

Zawsze mnie poruszał ten temat fortepianowy, „Dexter’s tune” (nawiązujący do Dextera Gordona, jazzmana, który zagrał w filmie milczącego Rolanda) Randy’ ego Newmana, wyrażający w każdym dźwięku zmagania człowieka, próbującego niezdarnie złapać się uciekającego życia. Leki przestają działać. Nadzieja odchodzi, jak ptak, który zrywa się do lotu z parapetu szpitala. Dziwny grymas wykrzywia twarz bohatera. Jeszcze próbuje dojść na koniec sali. Uparcie kreśli kredką swoje imię, aż w końcu litery zmieniają w się w płaską linię, która się urywa. Odszedł. Potem już tylko widzimy, jak zakładają mu pieluchy i kładą go do łóżka jak lalkę. Czy to jest sprawiedliwe?! Każdy zasługuje chociaż na dzień sensownego życia! Zamyślony Sayer patrzy na nagrany film, gdzie Leonard się śmieje jak dziecko. Tuż obok stoi siostra Eleonor. Chyba czas najwyższy zaprosić ją na kawę i docenić jej oddanie. Wreszcie doktor Sayer zaczyna się cieszyć tymi drobnymi momentami, jakie połyskują między ziarnami w klepsydrze uciekającego czasu.

Oliver Sacks, pierwowzór doktora Sayera, neurolog i pasjonat muzyki, którą także włączył do swoich terapii, nie odnotował już nigdy takiego przebudzenia, jakie miało miejsce w 1969 roku. To był wielki cud, przełom dla ludzi, którzy dotąd byli manekinami, ale i wielka pobudka dla tych, którzy większość swego życia spali w najlepsze, uciekali od emocji, od prawdziwych relacji, od tego, co niesie życie, od dobrego i złego.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH