ŻEGNAJ CHRISTOPHER ROBIN. ŻEGNAJ DZIECIŃSTWO

 



 

Kubuś Puchatek sympatyczny, niepozorny, roztargniony, głupiutki żółty Misiek. Lektura, którą miałem chyba w podstawówce. Potem kreskówki Disneya, które już na dobre utrwaliły w mej pamięci właśnie ten wizerunek misia, a nie z oryginalnych ilustracji E. H. Sheparda. Szczerze mówiąc książka ta nigdy nie robiła na mnie takiego wrażenia jak Mikołajek. Ale nie ma co do tego wątpliwości, Kubuś Puchatek stał się już ikoną dziecięcej literatury, symbolem klasycznej bajki/pewniaka, do której wciąż wracają kolejne pokolenia. Trudno nawet uwierzyć, by komuś źle się kojarzył ten poczciwy misiek, a jednak w roku 2017 i w 2018 doczekaliśmy się dwóch produkcji filmowych poświęconych Christopherowi Robinowi Milne, czyli literackiemu Krzysiowi, a prywatnie synowi twórcy Kubusia Puchatka i być może największej ofiary bajki o tym głupim miśku.

Twórcy tej biograficznej historii zadają sobie pytanie, które pewnie większość czytelników w szczytowym okresie popularności również zadawała: jak to jest być dzieckiem twórcy Kubusia Puchatka? Widzieć zza kulis cały ten magiczny świat? Alan Alexander Milne (Domhnall Glesson) to angielski gentleman, chłodny, spokojny intelektualista. Ale za tą zimną maską kryje się także przerażony człowiek, zmagający się z traumą wojenną. Dobrze wie, że pokaleczona Anglia pragnie jakiegoś skutecznego lekarstwa na ten otaczający bezsens. Jedni wracają na salony i się bawią, inni próbują na ulicach znaleźć sobie nowe miejsce. Figury znów przesuwają się po czarno-białej szachownicy. Milne przejęty tym nonsensem, cierpi z powodu własnej bezradności. Czuje, że nie potrafi zaproponować swej ojczyźnie nic sensownego poza ciężkimi sztukami teatralnymi na wytwornym Westendzie. Gdyby tak wymyśleć jakiś sposób, by nie dochodziło do wojen, gdyby coś zrobić. Zadręcza się coraz bardziej. Tylko co może zrobić człowiek parający się głównie piórem? Napisać kolejną utopię antywojenną? Wszystko się zmienia, gdy przenosi się na wieś, by tu się uspokoić. I żeby oczywiście napisać coś niezwykłego. Zmęczonemu pisarzowi właśnie tego było trzeba: domu z ogródkiem. Małego raju, gdzie za oknem rosną kwiaty i grządki, a dookoła przechadzają się z gracją dumne kury. Arkadyjska sceneria, jakby świat po wielkiej katastrofie znów się rodził. Czas znów napisać panie Milne Księgę Genezis, gdzie na początku było drzewo, potem las, a potem…

Pewien chłopiec się wspiął na drzewo, by rzucić urok na tą niezwykłą krainą, która rozpościerała przed nim. Tu codziennie chce się wychodzić na spacer. Otwierać z ciekawości tajemnicze furtki do zapomnianych baśni. Tak jak to robił C.S. Lewis w swoim starym domu, gdzie wreszcie otworzył pewną starą szafę albo James Barrie w swoim letniskowym domku w filmie „Marzyciel”. Inne ciekawe podobieństwo między Barriem a Milnem to ich żony. Zarówno Daphne Milne (Margot Robbie, która wcześnie spotkała się z Glessonem na planie „Czas na miłość”) jak i Marry Barrie przedstawione w filmowych biografiach pisarzy to kobiety chłodne, dbające przesadnie o konwenanse i etykietę. Z nimi mężczyźni czują się jak chłopcy na uwięzi, zamknięci w jakiś ramach. Dopiero bez nich, pośród zielonych lasów, pośród zabaw z dziećmi tworzą swoje wielkie dzieła. Nie dziwne, że pan Barrie zawsze jeździł do domku na wsi sam, z kolei snobistyczna Daphne Milne (Margot Robbie), „ach, och, ę, ą” w pewnym momencie zostawia męża w domu na wsi, by dać mu pisać w spokoju. James Barrie w końcu rozwiedzie się ze swoją żoną, a Alexander i Daphne pozostaną małżeństwem do końca. Acha i trudno w to uwierzyć, ale to małżeństwo o chłodnej temperaturze uczuć doczekało się nawet syna. Tego kogoś, kto plącze się po schodach z wielkim misiem.

Zmęczony widokiem pomiętej, pustej kartki, Alan przypomina sobie o istnieniu swego syna, Christophera, którego dotąd trzymał na dystans, by nie przeszkadzać sobie w pracy. „Cicho! Tatuś pracuje. Nie przeszkadzaj mu, nie rozmawiaj z nim” – takie ostrzeżenia zazwyczaj słyszał mały Christopher. A gdzieś tam za drzwiami siedział zamknięty w sobie mroczny, poważny ojciec, który ciągle coś pisał. Jedno słowo, krzyk, śmiech i można było niechcący zniszczyć starannie zbudowany świat przedstawiony i historię, która się w nim tliła słabym ogniem. Ale tym razem coś zaiskrzyło, gdy Alan Milne zobaczył swojego syna z puchatym misiem, który chyba już wytarł wszystkie kurze w domu. Miś ten miał jeszcze paru innych puchatych przyjaciół, stanowiących towarzystwo dla samotnego Christophera, który był zawieszony między światem fantazji, a samotnością w domu z własnym ojcem. Zapytacie w tym momencie, gdzie była matka chłopca? Zmęczona kryzysem pisarskim męża, Dortohy „Daphne” Milne postanowiła na jakiś czas wyjechać do miasta, by jeszcze pożyć sobie salonowym życiem. Dlaczego nie wzięła ze sobą chłopca? Chyba wiedziała, że zanudziłby się w mieście. A poza tym była jeszcze ukochana niania, która stała się najważniejszą osobą w życiu Christophera. To ona towarzyszyła mu od najmłodszych lat i spędzała z nim znacznie więcej czasu niż jego rodzice. Ona właściwie była dla niego tą drugą matką. Ale i niania (Kelly Macdonald, wcześniej wcielająca się w Piotrusia Pana w „Marzycielu”) ma swoje sprawy do załatwienia i musi na jakiś czas opuścić dom i swego przyszywanego synka.

Nagle Christopher i Alan mają zostać sami w dużym domu. Ale dla obu ta wspólna samotność stanie się najciekawszą przygodą. Christopher wreszcie poczuje, że ma ojca. Natomiast Alexander dzięki Christopherowi obudzi w sobie wewnętrzne dziecko i napisze swoją najsłynniejszą bajkę o Kubusiu Puchatku, która stanie się właśnie tym balsamem pocieszenia dla poranionej Anglii. Książka stała się bestsellerem, a Christopher dziecięcą gwiazdą. W końcu ma na imię Krzyś i mieszka niedaleko Stumilowego Lasu. Mogłoby się wydawać, że to całkiem fajne dzieciństwo, być synem bajarza, który stworzył jedną z najpopularniejszych bajek, do dziś wznawianą w różnych produkcjach. Ale Christopher Robin Milne w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że właściwie całe jego dzieciństwo, a szczególnie ten cudowny okres, który spędził z ojcem pewnego lata w magicznym lesie, zostały niejako sprzedane w głupiej historii o misiu. Ojciec przestał patrzeć na niego jak na syna (jeśli w ogóle kiedyś tak na niego patrzył), a ujrzał w nim bohatera literackiego. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby to była bajka tylko między nimi, taka zaklęta historia, do której wstęp mają tylko oni dwaj. Ale ojciec ją wydał innym i coś pękło. Popularność przerosła zarówno syna jak i samego ojca. Ten stary dom, w którym razem się bawili i tworzyli tą bajkę potem, odejdzie w zapomnienie. Historia o głupim miśku przyniosła fortunę. Czas zacząć nowy rozdział. Nowe zabawki i nowy, piękny lśniący i chłodny dom (ku uciesze Daphne), w którym Christopher będzie się czuł coraz bardziej samotny w otoczeniu tych wszystkich dzieci, chcących od niego autograf lub zdjęcie. Bo on zna prawdziwego Puchatka! On wie, jak dostać się do Stumilowego Lasu! Ale on nie znał żadnego pu… pu chatka. Miał tylko tego zakurzonego misia, który go coraz bardziej irytował. A prawdziwym ciosem dla niego było odejście ukochanej niani, która wreszcie postanowiła żyć własnym życiem i wyszła za mąż.

Te bolesne szczegóły w cieniu najsympatyczniejszej książki dla dzieci, poznajemy w jedynej książce autorstwa Christophera Robina, w jego autobiografii, w której Krzyś ze Stumilowego Lasu opowiada własną wersję wydarzeń. To jakby rewanż bohatera literackiego i zarazem syna na ojcu i pisarzu. Szczera autobiografia kontra bajkowy świat głupiutkiego misia.

Christopher pisze o chłodnych relacjach z matką i ojcem, i to jest bardzo wyraźnie zaakcentowane w filmie. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym uczuciowym chłodzie rodziców do własnego syna jest ukryta pewna praktyczna filozofia. Daphne nie potrafiła pokochać kogoś, kto prawdopodobnie zginie na wojnie. Już sporo kosztowały ją traumy wojenne Alexandra. A teraz jesteśmy przed drugą wojną światową i wszystko wskazuje na to, że Christopher Robin, tak jak jego ojciec, również będzie żołnierzem. Tego Daphne nie może znieść. Woli chłodny dystans, aniżeli emocjonalne zaangażowanie. Łatwiej się rozstać i przełknąć gorycz.

Okazuje się, że udział Christophera w wojnie to jego afront wobec rodziców i sławy, jaką zyskał wraz z książką o Puchatku. Już dość cierpliwie znosił żarty swoich kolegów. Wreszcie zbuntuje się i pójdzie na wojnę, by jakoś udowodnić sobie i rodzicom, że jest mężczyzną. Powróci z wojny jako Christopher Billy Moon, odcinający się raz na zawsze od dziecięcej legendy. Spotka swoją wielką miłość, kuzynkę ze strony matki, Lesley , ożeni się i zarazem oddali od rodziców. Razem z żoną stworzy księgarnię, gdzie może i dla książki o swoim kumplu, Puchatku wygospodarzy trochę miejsca. Jednak przede wszystkim będzie musiał dobrze zagospodarować przestrzeń dla swojej sparaliżowanej córki, Claire. Będzie majsterkował i udoskonalał meble. To będzie jego twórczość. Zmaganie się z przeciwnościami losu. Nie napisze żadnej popularnej i oryginalnej książki jak jego ojciec. Będzie zwykłym bohaterem swego życia, stawiającym czoła zwykłym problemom. Chudy, drobny człowiek w wielkich okularach – Przyjaciel Kubusia Puchatka, który boleśnie doświadczył powrotu do realności. To trochę inny wizerunek, który widzimy w produkcji z 2018 pod tytułem „Krzysiu, gdzie jesteś?”. Najpierw w 2017 roku żegnaliśmy Krzysia, teraz znowu go szukamy.


Krzysiu, gdzie jesteś – pytają twórcy z Disneya, rysując na nowo fantastyczną historię, podobną trochę do konceptu „Hooka” z 1991 roku, gdy o dorosłego Piotrusia Pana dopomina się magiczny świat. A w tym magicznym świecie nawet córka Christophera, w filmie nazywana Madelaine, nie boryka się z niepełnosprawnością. Cudowny świat kina, uzdrawiający każdego! Bo to jest życie Krzysia ze Stumilowego Lasu, o którym czytamy bajkę, a nie tego Krzysia, którego zdjęcia widzimy w archiwum rodziny Milne. Ludzie nigdy nie potrafili tego rozróżnić.

Niemniej sam Christopher naznaczonym piętnem bajki napisanej przez swego ojca, nie mógł zignorować faktu, że tą historię i Puchatku pokochali ludzie w całym kraju. Zupełnie jakby ta bajka otworzyła we wszystkich ludziach furtkę do magicznego świata, w którym wszystko jest możliwe. A to wielka sztuka. I tu trzeba docenić talent ojca i przyznać z dumą, że było się pierwszym, który poznał tą niezwykłą historię.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH