POWIĘKSZENIE. MICHAŁ ANIOŁ BAWI SIĘ SOCZEWKAMI
BLOWUP. POWIĘKSZYĆ MOMENT
Włoski
reżyser, Michelangelo
Antonioni w swoim „Powiększeniu” powiększa wszystko aż za bardzo, przez
co pewne
sceny wydają nam się zbyt długie, przegadane, momentami filozoficzne,
symboliczne
lub zbyt intensywne i tak koniec końców zupełnie tracimy dynamikę samej
narracji. Biedny ten David Hemmings. Do końca był przekonany, że podczas
przesłuchań do głównej roli w filmie, Antonioni nie jest zadowolony z
jego gry. Nieustannie kręcił głową, co było symptomem zespołu Touretta.
Nieustannie kręcił soczewkami starając się znaleźć ten właściwy styl i
rytm.
Uparcie wpatrujemy się w jedną kliszę, powiększamy ją aż tak bardzo, że widzimy, jak atomy wirują nam przed oczyma, jak na obrazach Seurata. A gdzie sens, gdzie główny motyw, gdzie życie?
Nie pytaj.
To film, który z jednej strony nudzi, z drugiej fascynuje wejrzeniem w ten niezwykły, kolorowy, zmysłowy okres lat 60-tych Londynu, jego architekturę, wystrój wnętrz i modę, gdzie działało tak wiele artystów: od snobistycznych fotografów robiących portrety przy muzyce jazzowej (Herbiego Hancocka), po awangardowych muzyków, wśród których znaleźli się założyciele takich legendarnych zespołów jak: The Yardbirds, Led Zeppelin, Pink Floyd, Yes, King Crimson. Dla Davida Hemmingsa, odtwórcy głównej roli to z pewnością rola przełomowa, zważywszy na jego wiek (zaledwie 25 lat). Postać fotografa Thomasa to swoisty portret wyzwolonego pokolenia dumnych, młodych, twórczych, egoistycznych i coraz bardziej znudzonych.
Pora przewinąć taśmę do początku, poprawić obiektyw i ruszyć z historią. Poznajmy młodego fotografa, Thomasa. Choć trudno powiedzieć, czy da się go poznać i czy byłaby to przyjemność poznać tego człowieka, który ciągle jest zapracowany? On nie ma nawet czasu wyciąć wyrostka robaczkowego, a co dopiero poznać kogoś. Na pierwszy rzut oka nasz bohater to taka zgrabna kombinacja Oskara Wernera, Shane’ a Brianta i może późniejszego Rogera Taylora. Stylowy chłopak. Thomas to profesjonalista i egoista. Żyje przede wszystkim swoją ciekawą pracą, czyli fotografowaniem głównie pięknych modelek, które wiele dadzą, aby być sportretowanymi przez samego mistrza. On ma wyczucie i zawsze potrafi spojrzeć swoim obiektywem (bez podtekstów) tak na kobietę, aby wydobyć z niej coś niezwykłego. Dlatego też każda sesja fotograficzna, szczególnie z jedną modelką (Veruschka von Lehndorff) przypomina trochę erotyczny obrzęd, gdzie w rytm muzyki, Thomas prowokuje kobietę do odważnych póz. Modelka wygina się na wszystkie strony. Czasem wystarczy tak niewiele, ta lekko podwinięta warga, kropla potu na czole, mokre włosy okrywające piersi, przymknięte lekko oczy i delikatny uśmiech, obrazujące spływającą rozkosz. Trach, ciach. Thomas krzyczy „yes”, jakby osiągnął orgazm i już mamy na taśmie utrwalony ten żywioł namiętności. Zmęczony siada na kanapę.
Wywołaj jak najszybciej! — woła Thomas do swojego milczącego asystenta. Wywołaj, jakbyś wywoływał duchy z dawnych chwil.
Można by uznać, że właściwie życie Thomasa jest jak bajka. Otacza się on pięknymi modelkami, które są gotowe na każde jego skinienie. Mieszka w starym domu z cegły, gdzie urządził sobie studio fotograficzne i tam co chwila tworzy jakieś niezwykłe portrety, na które jest zapotrzebowanie. Jeździ Rolls Roycem i modnie się ubiera (ta marynarka i buty wciąż są na czasie), a w wolnych chwilach, jak rasowy snob skupuje antyki, by ocieplić nimi chłodne wnętrze swego domu, w którym na razie ciepła rodzinnego jakoś nie czuć. Ale parę kroków dalej ma on swoich znajomych, ciepłą, opiekuńczą Patricię (Sarah Miles) oraz Billa (John Castle), malarza abstrakcjonistę, który w przeciwieństwie do fotografa tworzy na płótnie wszystko sam i nigdy nie wie, gdzie poprowadzi go dana kreska. Fotograf natomiast zdaje się chodzić z lustrem po ulicach, ustawiając je wedle swego kaprysu.
Ale sam Thomas przyznaje w rozmowie ze znajomym z magazynu, że ma już dosyć robienia zdjęć umalowanym modelkom i dosyć ma już tego całego Londynu. Bogaty chłopiec czuje się coraz bardziej znudzony. Może dlatego oprócz zdjęć modelek, tworzy on także z ukrycia zdjęcia robotników z fabryki i biedaków. Właściwie to tak poznajemy Thomasa, gdy w pierwszej scenie wychodzi on zarośnięty i w brudnym ubraniu z jakiegoś zakładu/fabryki. W papierowej torbie ma ukryty swój aparat Nikona. Znów bawił się w szpiega, by uchwycić jakieś ciekawe momenty. Oto sztuka bycia fotografem, aby wyłapać te niezwykłe chwile, spojrzenia, gesty. Skraść je na kliszy i tak potwierdzić swoją twórczość. Ciągnie go w stronę dokumentu, gdzie może uchwycić ten brud, zmarszczki, prawdę o ludziach, której nie znajdzie wśród sztucznych, wymalowanych modelek. Zawsze to jakiś dreszczyk emocji, gdy przez jedną noc było się szpiegiem. A potem Thomas w tych brudny ubraniu wsiada do swojego Roll Royce’ a i rusza do studia, by oddać negatywy do wywołania. Po drodze widzi jakąś dziwną bandę mimów, rozbijającą się jeepem, która jeszcze pojawi się w filmie niczym klamra, domykająca sens całego dzieła.
Potem Thomas szybko się goli, przebiera i zaczyna kolejny maraton z modelkami. A po wszystkim nasz bohater znów udaje się na przejażdżkę, by zajrzeć do antykwariatu (co za antypatyczny sprzedawca tam pracuje) i powłóczyć się trochę po okolicy z aparatem. To właśnie w parku Thomas zauważa pewną parę zakochanych, która epatuje miłością i radością. Tych dwoje pośród drzew zdaje się dopełniać ten sielankowy klimat, który znudzony Thomas postanawia uchwycić na kliszy. Czas na polowanie. Cyk, pyk! Nasz fotograf nawet nie zdaje sobie sprawy, że po tych słodkich miłosnych scenkach padnie trup. Chyba ktoś czaił się w krzakach, by zabić zakochanego mężczyznę. Czy to kolejny „Wściekły” (w reżyserii Załuskiego), który koniecznie chce zabić szczęście drugiego człowieka? A może to podstępna kochanka wywiodła swego ukochanego do parku, by tu ktoś trzeci go zabił z ukrycia? Perfidny zamach? Tam, gdzie miłość, tam zazdrość i wreszcie śmierć. Speszona dziewczyna, Jane (Vanessa Redgrave), która pierwsza zauważyła ciekawskiego fotografa chce mu odebrać zdjęcia, ale Thomas przeciąga sprawę. Może chce trochę poflirtować z piękną Jane, która ma zadatki na modelkę z osobowością. Dopiero, gdy powiększa sielankowe zdjęcia zakochanych, zdaje sobie sprawę, że gdzieś pośród drzew kryło się niebezpieczeństwo. Wąż chce przerwać idyllę w raju. Nieopatrznie nasz fotograf zarejestrował kogoś, kto zaczaił się, by wystrzelić. Amator polowania na kaczki? Tyle że akurat kaczek i innych ptaków tam nie było. Byli tylko zakochani. Zupełnie jak na obrazie Bruegela, gdzie poza spokojnym, zwyczajnym życiem, ktoś kryje się w oknie, w kącie, w cieniu, by upolować ofiarę, a na niebie jeszcze widać spadającego Ikara. Życie toczy się dalej w kolejnych klatkach. Thomas zaczyna układać poszczególne zdjęcia w jedną całość, by zobaczyć coś ukrytego, co potem odbije się echem w ekranizacji „Dziewczyny z tatuażem”, kiedy Mikael Blomqvist ze starych zdjęć parady montuje na komputerze film, w którym widzi, jak zaginioną dziewczynę coś lub ktoś z tłumu przestraszył. Jane również jest przestraszona zarówno na zdjęciu jak i w rzeczywistości, gdy uparcie domaga się zwrotu zdjęć, które zrobił Thomas.
Podekscytowany fotograf czuje, że wzbił się na wyżyny swego artyzmu rejestrując romantyczną scenkę, ale jednocześnie czuje niepokój, co też stało się potem. Wraca do parku, gdzie zastaje ciało mężczyzny. Jest ostatnim świadkiem, który go widział żywego. A więc jednak obawy się potwierdziły. Ktoś czekał. Ktoś zabił. I również ktoś wykradł wszystkie negatywy z pracowni fotografa, jakby nie było żadnej sprawy.
A może?
Oszołomiony Thomas, który dotąd pędził przez kolejne kadry swego życia tak pewnie i bez problemu, teraz czuje się jak ofiara żartu, gdy po raz kolejny wraca w to miejsce i widzi, że nie ma tu żadnego ciała. Nie ma pięknej Jane, nie ma negatywów. Jakby nic się nie wydarzyło. Nawet nie ma policji, która by obserwowała ten teren. Gdzieś nieopodal znajoma grupa mimów gra w tenisa niewidzialną piłką. Piłka wypada poza kort i Thomas zostaje poproszony, by podał im piłkę, która w ogóle nie istnieje. Ale od czego jest wyobraźnia. I być może to jest największy klucz do tego filmu, który zdaje się być jak wiersz otwierający w każdym odbiorcy dziesiątki różnych skojarzeń. Czy fotografia odzwierciedla, czy kreuje rzeczywistość? Nad tym zastanawiał się krytyk Roland Barthes. Być może znudzony i niewyspany Thomas wymyślił całą tą intrygę. Chciał coś zobaczyć, poczuć dreszczyk emocji. Swoim aparatem zabił spontaniczną chwilę i zabił także tego mężczyznę, uwieczniając go na kliszy. Ale to tylko metafora. Do żadnego morderstwa nie doszło. Fotograf, który dotąd bez cienia wstydu zbierał ludzkie portrety jak maski pośmiertne, nagle doznał objawienia, zobaczył jakby inną stronę swego zawodu.
Mały, pozostawiony sobie na zielonym polu, stoi zdumiony i zdezorientowany. Ale za dzień lub dwa, znów przygotuje nową rolkę filmu i ruszy w pogoń, by uśmiercać i uwieczniać zarazem kolejnych ludzi dla przyszłych pokoleń. Taki już jego zawód, obiektywn… ego żniwiarza. Zabija innych, by inni pamiętali o nich, przeglądając stare albumy.
Komentarze
Prześlij komentarz