ERRATUM. POWROTY DO DAWNYCH KRAIN

 


„Erratum” to debiut filmowy Marka Lechkiego, melancholijna historia o powrocie do domu, z którego niegdyś się wybyło, by szukać innego szczęścia. Główny bohater, Michał wiedzie zwyczajne, spokojne życie. Ma pracę, w której nieco się nudzi, skoro co chwila gra na komputerze w biurze, ma piękną żonę, Magdę i syna, Krzysia, który w tym roku idzie do komunii. Ale na koncie naszego głównego bohatera jest też parę niezałatwionych spraw z przeszłości. Traf chce, że szef Michała zleca mu sprowadzenie samochodu dla klienta akurat z tych okolic, gdzie bohater niegdyś się wychowywał. Służbowa podróż staje się mimochodem podróżą sentymentalną albo nawet podróżą w głąb siebie. W pewnym momencie wszystko zwalnia, atmosfera filmu robi się jakaś oniryczna. Może to urok tych małych miejscowości, w których wszystko zawsze płynie wolniej? Zmęczony Michał dotarłszy pociągiem na miejsce, odbiera samochód. Już ma ruszać dalej, gdy spotyka pierwszego przewodnika do krainy przeszłości, kumpla z dawnych lat, Zbyszka, z którym niegdyś grał w jednym zespole. Michał grał na trąbce, wręcz oddychał muzyką i marzeniami. Potem jednak to zarzucił, wydoroślał, podczas gdy Zbyszek wciąż gra na basie, pociągając melancholijne struny. Michał wyjechał z tej dziury, by spełniać marzenia, podbić świat itd., a jednak wybrał najbardziej standardowy scenariusz dla swego życia. Skończył przyszłościową rachunkowość, ożenił się, urodził mu się syn, a marzenia o muzyce schował gdzieś głęboko, by już się nie rozpraszać. Nie poszedł śladami „Ryśka”.

Teraz oto Michał i Zbyszek spotykają się po tych długich latach na stacji benzynowej, jakby w zawieszeniu. Obaj nie wiedzą, czym zatankować tą rozmowę. Wspomnieniami czy teraźniejszością? Michał czuje się trochę niezręcznie, czuje, że Leszek ma do niego żal o to, że ten dawno temu odszedł z zespołu. Wymieniają parę zdawkowych zwrotów, aż Leszek uderza w czułą strunę i zaprasza przyjaciela na swój koncert. Michał czuje się nieco zakłopotany, przyjmuje zaproszenie, ale wciąż ma wątpliwości, nie tylko co do koncertu. Zbliża się komunia Krzysia, to dobra okazja, by wyciągnąć rękę do równie długo nie widzianego ojca, zaprosić go na to rodzinne święto.

Ryszarda Kotysa kojarzymy głównie z roli Paździocha, choć przecież ten nietuzinkowy aktor ma dosyć bogatą filmografię w gatunku kina moralnego niepokoju z przełomu lat 70-tych i 80-tych. Tu, w filmie Lechkiego znowu wraca na te dawno nie eksploatowane tory aktorskiego fachu. Tym razem gra schorowanego ojca, samotnika, pogodzonego ze swoją starością, który wypełnia czas telewizją i przebywaniem na targu staroci, gdzie sam pozbywa się rodzinnych pamiątek. Spotkanie po latach między ojcem i synem przypomina trochę wizytę w składzie porcelany, gdzie ciężar niewypowiedzianych dotąd pretensji, jest jak słoń, który zahacza o to lub tamto, rozbijając dookoła tą delikatną materię. Wszędzie pełno rozbitej porcelany rodzinnej relacji, o którą można się łatwo zranić. Ojciec i syn rzucają na oślep tą lub tamtą kwestię, by w ogóle podtrzymać dialog i obudzić dawną więź. Ten motyw przełamywania barier między synem i ojcem zobaczymy potem także w filmie Bartosza Konopki, „Lek wysokości”.

 

 — Skrzynka ci się zepsuła — zaczyna Michał.

 – Wiem – odpowiada ojciec cały czas wpatrzony w ekran telewizora. Również prysznic jest do niczego, sprzęty odmawiają posłuszeństwa w tym podupadającym domostwie. Przypomina się tutaj „Życie rodzinne” Zanussiego, kiedy główny bohater, Wit przybywa do zrujnowanej rodzinnej rezydencji, gdzie wszelki, porządek, tradycja, honor obróciły się w pył, którym można się zakrztusić. Jakby mickiewiczowski Tadeusz powracał do dworku, w którym wszystko stanęło do góry nogami. Ale mimo wszystko kontynuujmy:

 — Co u ciebie? – pyta wreszcie Michał

 — Nic – odpowiada zdecydowanie ojciec.

 — Niedługo komunia Krzysia, może byś do nas wpadł. — Proponuje nieśmiało syn.

 — Nie, nie mogę, muszę pomóc choremu znajomemu. – Tłumaczy zniecierpliwiony ojciec, któremu zaczyna drżeć głos.

 — Tak myślałem. — Odpowiada z ironicznym uśmiechem Michał, czując, że to nie ma sensu.

 — Ty, nie bądź bezczelny, dobrze?! – Oburza się ojciec, chcąc jeszcze zaprowadzić hierarchię w tej zrujnowanej relacji.

 — Dobrze. –Odpowiada zniechęcony Michał i wychodzi. Trzask drzwi.

 

Jakiś kontakt na początek był, niewielki, ale jednak. W ślad za naszym bohaterem rusza mały piesek. Pora już jechać? Samochód dla szefa, dokumenty. Sprawy służbowe załatwione. A te inne nadal niedokończone. Podczas gdy Michał relacjonuje żonie przez telefon gorzkie spotkanie z ojcem, na drodze zjawia się jakiś człowiek z nikąd. Bezdomny. To był moment. Baach. No i cóż, w raporcie policyjnym widnieje: nieumyślne spowodowanie śmierci. Na komisariacie, dyżurny policjant (Janusz Michałowski), równy chłop, który już niejedno widział, mówi szczerze wstrząśniętemu Michałowi, że nie będzie z tego wielkiej sprawy. Ten potrącony, zabity to kompletna degeneracja, 1,5 promila alkoholu we krwi, sam się wtoczył na drogę. Nie ma o czym mówić. Nawet jeśli policja rozgrzeszyła naszego bohatera, on sam wciąż ma poczucie winy. A do tego jeszcze ślady krwi na ubraniu i uszkodzony zderzak samochodu dla klienta. Cóż, trzeba będzie zostać trochę dłużej. Namawia go do tego znajomy właściciel warsztatu samochodowego, Nawrocki, czyli słynny Tosiek (Jerzy Rogalski) z „Plebani” lub porucznik Jaszczuk z „07 zgłoś się”, który podejrzanie długo naprawia ten nieszczęsny zderzak i co chwila każe pozdrowić tatę Michała. Michał z braku innego zajęcia znów odwiedza ojca, chcąc pogłębić kontakt. Zarzuca wędkę, by wreszcie coś złapało. „Nawrocki”, „nawr”… to nazwisko dziwnie mi dźwięczy, jakby oznaczało: „nawrócić”, „wrócić”. Oto napotkany, niepozorny człowiek, drogowskaz w mitycznej historii podpowiada bohaterowi, by wrócił jeszcze raz do swego domu, do ojca i próbował z nim nawiązać relację. Główny motyw tego filmu to właśnie powrót i próba poprawienia tego, co dawno temu zostało uszkodzone. Tak też można interpretować sam tytuł filmu „Erratum”. Errata to wykaz błędów w treści. Bohater niczym redaktor, wraca do poszczególnych rozdziałów ze swego życia i próbuje w nich naprawić poszczególne sceny.

W pierwszych sekwencjach podróży służbowej pociągiem, Michał przypomina wręcz Józefa z „Sanatorium pod klepsydrą”, który jedzie pociągiem do tajemniczego sanatorium, gdzie ma szansę spotkać swego zmarłego ojca. Czas się cofa, dając szansę zmienić bieg wydarzeń. Temu powrotowi wtóruje równie melancholijna, powolna, usypiająca muzyka na koncercie Zbyszka. Wszystko zwalnia, otwiera się magiczna furtka do świata, w którym teraźniejszość spotyka się z przeszłością, zaciera się między nimi granica, wszystko jest takie płynne, faliste, kleiste, poetyckie. Może dlatego twórcy dodali te przebitki płomieni i fal, by tak zobrazować to, co dzieje się z emocjami głównego bohatera. Podczas, gdy w warsztacie mają problem z naprawą zderzaka albo też pan Nawrocki na siłę wszystko odwleka, Michał oprócz rozmów z ojcem, postanawia wykorzystać ten czas na poznanie życia człowieka, którego zabił na autostradzie. Niczym detektyw przyjmuje beznadziejną sprawę, by dowiedzieć się czegoś o Andrzeju Kmicicu, bo tak był on nazywany żartobliwie przez znajomych z ulicy. W jego rzeczach osobistych znajdujemy tylko parę puszek, jakieś zdjęcia, szpargały, bibeloty, no i kostkę do gry. Bo czyż życie nie jest dziwną grą. Raz masz ustabilizowane życie, tak jak ten bezdomny, który był na początku nauczycielem, a potem wszystko tracisz. Ten bezdomny lubił trylogię Sienkiewicza, stąd wziął się jego pseudonim: „Kmicic”. Miał rodzinę, żonę, syna. Żona odeszła, zaczęło się pijaństwo, dom spłonął, syn odszedł – opowiada Bohun (Mariusz Saniternik), jeden z towarzyszy Kmicica. Michał jest wstrząśnięty tą historią. Jak łatwo spaść i pogubić się w życiu. Bohater znajduje także w rzeczach Kmicica zdjęcie dziecka, syna, który teraz jest już dorosły i ma niedaleko szklarnię. Zapomniał o ojcu, jakby go nigdy nie miał, ale gdy tylko Michał pokazuje mu to zdjęcie, coś pęka w tym szorstkim facecie i przybywa potem na pogrzeb nieznanego nikomu Antoniego Michalaka, czyli Kmicica.

To daje do myślenia Michałowi, który w tej dziwnej podróży zabił na autostradzie bezdomnego człowieka, a jednak przecież ojca kogoś innego. A może w pewnym sensie zabił „symbolicznego ojca” wedle koncepcji Freuda, tego nieprzystępnego, surowego, by powrócić do ojca miłosiernego, takiego, który zawsze wybacza? Wtedy to właśnie bohater zrozumiał, by jeszcze raz wrócić do swojego domu, z którego kiedyś uciekł, wrócić do ojca i nawiązać z nim najprostszy kontakt. Próbując naprawić zwykłe sprzęty jak prysznic czy skrzynkę na listy, Michał chce naprawić relację z ojcem. Czasem wystarczy słowo, czasem, zwykłe zapukanie w drzwi, jak przy spowiedzi, by usłyszeć echo odpowiedzi, że jednak ojciec tam jest, słyszy, rozumie i czeka na powrót do życia swego syna i wnuka.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH