W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM. GOŃ KRÓLICZKA

 


No któż z nas nie goni? Czasem nawet gubi buty. Wtedy biegnie w skarpetkach, czując niejeden kamyk. Zdyszany wsiada do taksówki i wyskakuje z niej nie płacąc. Bo w tym ciągłym podążaniu za własnym szczęściem niejednokrotnie jesteśmy egoistami, zapatrzonymi w niejasny cel. Zirytowany taksówkarz rusza w pogoń za swoją gażą. Wiózł już niejednego cwaniaczka, który gdzieś tam chciał dotrzeć, by spełnić swoje marzenie. Ale kto naprawdę dobiegnie i na czym polega ten sukces osiągnięcia szczęścia? Czy to jest uparte zmierzanie, bez zbaczania w zgubne ścieżki? Uparte zmierzanie do wizji szczęścia. A może to samo zmierzanie jest tym szczęściem niż osiągnięcie celu? Powiedz to taksówkarzowi, który wciąż goni cwaniaczka, który mu nie zapłacił.

Milioner Bill Parrish (główny bohater filmu „Joe Black”) w swoim przemówieniu urodzinowym życzył wszystkim, aby osiągnęli taki stan, w którym nie będą już niczego chcieli. To jest właśnie szczęście, gdy już niczego nie chcemy i potrafimy się cieszyć tym, co mamy dookoła. Cudownie być minimalistą z tajnym kontem bankowym. Albo w ogóle nie mieć nic i niczego nie oczekiwać. Eeee. Brak ambicji albo zmęczenie wyścigiem? A co z miliarderami, którzy ciągle mnożą swoje sumy na kontach? Ich mnożone majątki są wprost proporcjonalne do sprytu, inteligencji, wyobraźni i jeszcze wielu innych talentów. A może wszystko sprowadza się do odwagi podjęcia ryzyka i grania w tą ruletkę do ostatnich swoich dni? I czemu znowu tu idziemy najprostszą drogą pojmowania szczęścia jako uśmiechniętego Amerykanina z pełnym kontem, któremu sprzyja hossa na giełdzie?

Mamy lata osiemdziesiąte, epokę Reagana, gdzie w Ameryce wcale nie jest tak kolorowo, jakby się mogło wydawać. Chrisa Gardnera poznajemy jako ojca i męża, a także niespełnionego biznesmana, żyjącego w wynajętym mieszkaniu w szarej dzielnicy. Zwyczajny facet, który kiedyś miał jakieś marzenia. Zapowiadał się na niezłego wojskowego, jak to nam opowiada w swojej książce „W pogoni za szczęściem”. W wojsku szybko złapał bakcyla do medycyny. Zaczynał jako sanitariusz i pomocnik lekarza. Kto wie, może dzisiaj byłby świetnym lekarzem? Poszedł równoległym torem do medycyny. Skończył jako sprzedawca sprzętu medycznego: densytometru, czyli urządzenia, które daje dokładniejszy obraz kości. Tyle, że nie każdy docenia takie bajery. Trzeba walczyć o klientów. Chris niedawno to zrozumiał i też przejrzał swoje życie w densytometrze: czarno na białym. Nie jest dobrze. Zamiast się piąć w górę jako wzięty sprzedawca, ciągle spada. Z zaciśniętymi zębami wiąże krawat i poprawia marynarkę. Mimo wszystko musi się uśmiechnąć. Jest akwizytorem, który jak skała zniesie wszystko, by piąć się do swego sukcesu. Biegnij Chris, biegnij! I tak niemal przez cały film Chris biega tu i tam, próbując zrobić wielki interes. Ten rodzaj pędu widzieliśmy już w filmie „Wodzirej”. Nasz bohater ciągle się śpieszy, bo chce w końcu dogonić swój spóźniony sukces. I jest coraz starszy i bardziej sfrustrowany, że młodsi od niego osiągnęli już tak wiele, a on tylko drepcze w miejscu. Nerwowo zapisuje kolejne namiary, chwyta się jakichkolwiek znajomości.

Wytrwałość i jeszcze raz wytrwałość. Na tym przecież oparł swój sukces Ray Kroc, a potem dostrzegł geniusz restauracji braci McDonald i postanowił, że on zrobi to lepiej od samych twórców. Z jednej strony spryciarz, złodziej, z drugiej strony ktoś, kto zobaczył możliwości i potencjał tam, gdzie inni widzą tylko zwykłą restaurację. Przeprowadził złote łuki w nową epokę. Chris także śni o takim sukcesie. Gardner jednak nie zamierza nikogo okradać jak inny bezczelny Wilk z Wall Street. No może tego taksówkarza, któremu nie zapłacił za kurs. Ale czego się nie robi dla tej życiowej szansy. To był bardzo ważny kurs. Właśnie wtedy Chris przedstawił się jednemu ważniakowi z Wall Street, niejakiemu Jayowi Twistle, który przez całą jazdę był zaabsorbowany kostką Rubika. Wystarczyło na jego oczach ułożyć kostkę w szybkim czasie, by zyskać jego uwagę i zostać zapamiętanym. Czasem przez takie proste sytuacje, nasze zainteresowania, talenty możemy zyskać znajomość, która zmieni nasze życie. Brzmi to jak z bajki.

Ale Chris już od dłuższego czasu żyje taką piękną bajką. Widzi ten szklany pałac i wielkie schody, po których schodzą i wchodzą szczęśliwi ludzie, uśmiechnięci, dobrze ubrani ze skórzanymi teczkami i wsiadają do swoich drogich aut. Nie chodzi tylko o ten szpan, blichtr, powab luksusu, ale o satysfakcję, poczucie bycia we właściwym miejscu. Trochę to inny obraz od tego, jaki widzieliśmy w „Wall Street”, gdzie ci wszyscy ludzie wyglądali na mocno zdeterminowanych, zestresowanych, opakowanych w te garniturki i codziennie przemierzających w ciasnej windzie kolejne piętra ambicji i niepewnych wyników na giełdzie. Zupełnie, jakby ich tętno było połączone ze skokami giełdowymi. Chris jednak jest przekonany, że może właśnie w tej branży by się odnalazł. To coś jak praca akwizytora, tyle, że trzeba dzwonić do kilkuset klientów dziennie, być jak kalkulator (pre-excel) i czarować ładną gadką. Co najważniejsze do tej nowej pracy wcale nie trzeba studiów. Wszyscy mają tu równe prawa, by wejść po tych lśniących schodach, aż na sam szczyt szklanego domu. Trzeba być tylko wytrwałym i szeroko się uśmiechać, gdy ból wypala serce.

Staż w firmie brokerskiej na Wall Street? Wszystko lepsze niż te przeklęte densytometry. Żona Chrisa już nie może patrzeć na tą piramidę zakurzonych, niesprzedanych urządzeń, które zagracają im mieszkanie. Nie może patrzeć na swojego męża, który stał się nieudacznikiem, żyjącym szczęśliwym jutrem. Chris tracąc nadzieję na sprzedanie urządzeń, traci także żonę, która ma już szczerze dosyć tego stanu zawieszenia. A pomyśleć, że kiedyś stanowili taką ognistą parę. Gardner nawet przyznaje w książce, że był seksoholikiem i ze swoją żoną odstawił niezły numer na lotnisku. Namiętność jednak wyparowała. Pojawiły się tylko problemy, szara rzeczywistość, walizki na bruku, nieopłacony czynsz i mandaty za złe parkowanie. Uzbierało się. Bohater traci niemal wszystko. Czas wyjść ze swej „strefy komfortu”, jak mówią trenerzy rozwoju osobistego. Zapomnijmy o wygodnej kanapie, jakiś drobnych przyjemnościach. Teraz będzie szorstko jak nigdy. Trzeba zedrzeć tą warstwą dawnego „ja”, by dokopać się do tego super ego, które już od dłuższego czasu rozpychało się w nas, doprowadzając do mdłości i porannych biegunek. Tak, to wszystko nam przypominało, że czas na zmianę. Że jak my tego nie zrobimy, to nikt za nas tego nie zrobi. Stres, nerwica albo nawet schizofrenia. Chcemy dalej w to brnąć? Bo ile można tak żyć w niezgodzie z samym sobą? Znajome piekło jest znośniejsze niż nieznane niebo? Może i tak.

Chris jednak postanawia walczyć o to swoje niebo, mimo, że u boku nie będzie miał wątpiącej we wszystko żony. Trudno. Za to obok niego będzie kroczył syn, przy którym nie wypada być słabym, gdy trzeba nocować na dworcu lub w noclegowni dla bezdomnych. Wszystko można znieść, gdy ma się wyobraźnię i maszynę czasu, o której wspominał pewien nawiedzony wariat, wskazując na ten ostatni, przeklęty densytometr, który Chris cały czas targa ze sobą niczym amulet i kapitał. Przyda mu się to potem, gdy wraz synem będą przemierzali galaktykę „1000 lat po Ziemi”. I z każdym kolejnym, przebytym kilometrem i upokorzeniem Gardner czuje, że jest coraz silniejszy. Żyjący na walizkach i kredytach, odbywający darmowy staż w firmie i jednocześnie opiekujący się synem, codziennie udowadnia sobie, że może jeszcze więcej. Chris w to wierzy i nie daje synowi odczuć, jak bardzo jest źle, co już widzieliśmy w klasyku „Życie jest piękne” (choć w zupełnie innych scenografiach).

„W pogoni za szczęściem” to także klasyk, którego fragmenty-cytaty znajdują się pewnie w co drugim wystąpieniu mówcy motywacyjnego, który chce poruszyć tłumy. Na przykład ta scena z koszykówką, gdy Chris powtarza synowi, żeby nie dał sobie wmówić, że czegoś nie potrafi. Zawsze możesz się tego nauczyć i próbować znowu. I tak Chris dopinguje także siebie. Widząc swego syna, trenuje jakby swoje wewnętrzne dziecko, które uczy się czegoś nowego. Poświęcił wszystko, by zmienić swoje życie. Jest już między tymi ambitnymi ludźmi, jest w tej firmie. Uśmiecha się pod nosem, przypominając sobie, jak przyszedł na rozmowę kwalifikacyjną w poplamionym ubraniu i nie był to garnitur, a ostatnią noc był w areszcie za te przeklęte mandaty. Ale wystarczyła szczera rozmowa z kierownikiem, by pokazać, jak bardzo jest się zdeterminowanym. Autentyczność i szczerość zawsze się sprzedają. Zabawne, że aktor grający szefa Chrisa, James Karen grał wcześniej złośliwego szefa Buda Foxa w „Wall Street”. Tym razem jednak Karen portretuje dość życzliwego kierownika, który jest wyraźnie zaintrygowany nowym kandydatem do pracy i szczerze mu kibicuje podczas stażu. Chris jednak oprócz samorealizacji zawodowej, musi także wypełnić swoje ojcowskie obowiązki, a to oznacza, że w tej drodze do swojego lepszego jutra musi być bardziej zdyscyplinowany niż pozostali pracownicy. Musi wcześniej przychodzić do „pracy” i nie robić przerw. I jednocześnie wciąż musi szukać klientów na ostatnie densytometry, jakie mu zostały, żeby tak przetrwać w tym zawieszeniu, bo niestety staż w firmie brokerskiej jest bezpłatny. Tu tylko (i aż) zdobywa się wiedzę, doświadczenie i być może kiedyś stanowisko pracy z pełnym wynagrodzeniem.

 

Ufffffffffffffffffffffffff. Bierzesz głęboki oddech

 

Gdy to wszystko przetrwasz, nagle nadejdzie taki dzień, gdy kierownik poklepie cię po ramieniu i powie: zaczekaj, spójrz za siebie, zobacz, ile przebiegłeś. Zwalniasz i dostrzegasz ze zdziwieniem, ile już pokonałeś. Odpocznij chwilę, rozejrzyj się. Wreszcie nasi bohaterowie przestają biegać tu i tam, tylko spokojnie idą, wręcz spacerują, oddychają spokojem, kierując się ku zachodzącemu słońcu. Ta finałowa scena, gdy odyseja ojca i syna dobiegła końca, zasługuje równie na uwagę z tego względu, że pojawia się tam sam pierwowzór głównego bohatera czyli prawdziwy Chris Gardner, ten olbrzymi łysy facet w garniturze, który mija Willa Smitha i jego syna, Jadena.

Gardner obecnie zajmuje się coachingiem, inwestowaniem i doradztwem finansowym, uparcie potwierdzając, że wszędzie można dostrzec możliwości, by odnaleźć własne szczęście.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH