TITANIC

 

 

 

Sobota, centrum handlowe, tłumy jak wtedy w Southampton. To była wielka atrakcja. Taki statek jak pałac. Każdy chciał tam wejść. Zobaczyć, powdychać ten zapach luksusu. Przechodzę obok regału z zabawkami. Dziś wyprzedaż. Modele. Zawsze miałem do nich słabość. Gdy powoli składasz element po elemencie, czujesz się jak wielki konstruktor. Zauważasz, jak coś działa lub się psuje. Szukasz rozwiązania. Między modelami aut, czołgów, samolotów i znanych budowli nie mogło zabraknąć modelu najsłynniejszego statku. No proszę, Titanic jako puzzle trójwymiarowe albo Titanic w wersji Lego. Statek budowany w cztery lata zbudujesz teraz w kilka godzin. Kreatywna zabawa, a w tle ta okropna tragedia. Statek zatonął w prawie dwie godziny. Już go nie ma, ale możesz go sobie złożyć z klocków i odtwarzać z wypiekami na twarzy zderzenie z plastikową górą. Nie zapomnij porozrzucać ludzików po niebieskiej tafli. Co za widok! A ty niczym ten obojętny los, patrzący na tą miniaturową tragedię. Titanic. Ta nazwa zawsze brzmiała w moich uszach jakoś niepokojąco. Jak się okazało był to największy żart bogów z ludzkiej ambicji czy może raczej arogancji. Odkładam pudełko z modelem. Trochę za drogo. Niejeden wyprzedał cały swój dobytek, by wsiąść na pokład tego niezwykłego liniowca.

W centrum rozbrzmiewa znajoma melodia Lady Pank: „Zostawcie Titanica – nie wyciągajcie go, tam ciągle gra muzyka”. (Gdyby załoga Titana wzięła to sobie do serca). I skarbów całe dno, których część mogliśmy podziwiać na wystawie w Las Vegas. Znalazły się tam zegarki, buciki jakiegoś dziecka, talerze, łóżka, stoliki, fragment poszycia statku pełen nitów. To rekwizyty dawnego życia, dawnej epoki, w której ten statek zwiastował erę nowoczesności i postępu. Doskonałe, wielkie, szybkie, mocne, lśniące, gotowe na spotkanie z morską bryzą. Świeża pościel, obrusy, ręczniki, nowa porcelana, wszystko starannie pomalowane i polakierowane – dziś zbutwiałe, popękane. Dziś jest historią niezwykłego rejsu.

Rejsu, w którym płynęli zarówno biedacy pełni nadziei na Nowy Jork, jak i bogacze, których kajuty przypominały królewskie komnaty pełne skarbów. Nie trudno zgadnąć, że w obliczu perspektywy zatonięcia to życie było wtedy największym skarbem, który trzeba chronić, a nie ten cały balast iluzorycznej pozycji społecznej, pochowany w kufrach i sejfach. To właśnie tam po latach zaglądają wytrwali łowcy skarbów. Z pomocą specjalnego robota przeszukują poszczególne pomieszczenia. Szukają różnych ciekawych pamiątek ale najbardziej im zależy na „sercu oceanu”, pięknym diamencie, który miała w dniu katastrofy pewna pasażerka. Kto? Jak się okaże — żywa historia. Niejaka Rose. Dziś już staruszka, choć wciąż z błyskiem w oku. Ale zanim wysłuchamy wspomnień Rose i w ogóle powspominamy ten słynny film Camerona, wspomnijmy jeszcze parę innych obrazów, które sięgnęły po legendę Titanica.

Bo bez wątpienia historia tego linowca wciąż wciąga, a niektórych niestety pochłania aż za bardzo, jak to było z załogą Titana. Rozbudza po raz kolejny wyobraźnię twórców, pisarzy, filmowców. Oczywiście wiemy, jaki będzie finał tej historii. Smutny, tragiczny. Pytanie brzmi, jak scenarzyści rozpiszą te cztery dni z życia poszczególnych bohaterów, którzy spotkali się na pokładzie. Tam rozpalający się romans, tu już zimna otchłań pochłaniająca to uczucie i wszystkie marzenia. Znamienne jest, że William Stead, dziennikarz, pasażer pierwszej klasy, który jednak się nie uratował, w początkach swojej kariery napisał opowiadanie o liniowcu, zderzającym się z górą lodową. Dwadzieścia parę lat później sam autor będzie przeżywał ten horror, którego doświadczył bohater jego opowiadania. Fikcja literacka stała się ponurą przepowiednią i rzeczywistością.

Już w 1929 roku, czyli siedemnaście lat po katastrofie Titanica Brytyjczycy nakręcili film „Atlantic”. Także Trzecia Rzesza wzięła się za legendę o wielkim liniowcu i jak zwykle trochę przesadzili z propagandą. Film wyraźnie przedstawia Brytyjczyków jako ludzi skrajnie nieodpowiedzialnych, którzy sami skazali się na tak okrutny los, przedkładając prestiż i luksusu nad bezpieczeństwo na statku. Choć w sumie… to prawda. Pierwszy i ostatni rejs Titanica to akt brawury i szczyt arogancji całej załogi. Bruce Ismay, prezes White Star Lines i jednocześnie dumny pasażer dziewiczego rejsu, naciskał, by Titanic zwiększył prędkość i tym samym pokonał odległość do Nowego Jorku w jak najkrótszym czasie. W filmie Trzeciej Rzeszy Ismay jest aż tak zdeterminowany, że proponuje łapówkę kapitanowi Smithowi. Tylko jeden, ostatni sprawiedliwy na tej barce Dantego albo tratwie Medusy – sprawiedliwy Niemiec próbuje walczyć, by zwolnić prędkość z powodu ostrzeżenia o lodowych górach. Oczywiście jest on lekceważony i musi dojść do tragedii. Propaganda, polityka, które zupełnie przesłaniają te zwykle ludzkie historie, ukryte w każdej kabinie.

Już w 1953 roku, w filmie „Titanic” twórcy postanowili zderzyć miłość ze śmiercią, ukazać miłosną historię na tle największej katastrofy. Tyle, że w tym filmie nie są to kochankowie z różnych warstw społecznych, a małżeństwo przechodzące właśnie kryzys, który pod koniec ustąpi rozkwitającemu uczuciu na tle tonącego statku. Pięć lat później powstanie kolejny film poświęcony Titanicowi, „Pamiętna noc”, wspierający się na książce reportażowej Waltera Lorda o tym samym tytule, gdzie będzie ukazana panorama różnych środowisk społecznych na tle ogromnej katastrofy. Film jak najbardziej godny uwagi, ale wciąż zbyt statyczny, jak na narrację takiej tragedię. Czy to moment zderzenia z górą czy scena, gdy Thomas Andrews objaśnia (tak spokojnie) kapitanowi rozmiar zniszczeń. Nie wiem, jakoś brakuje mi w tym wszystkim pewnej dynamiki, akcji, nerwowych, szybszych ujęć, które podkreśliłby dramatyzm całego wydarzenia. Twórcy ze starej epoki Hollywoodu wzięli sobie aż nazbyt do serca komunikat, by nie siać paniki niepotrzebnie. Nawet gdy statek już wyraźnie się zanurza, wszystko przebiega tak sielankowo, tak spokojnie, tak cicho. Inna sprawa, że rzeczywiście na początku akcji ratunkowej załoga nie miała informować o rzeczywistej sytuacji, by nie siać paniki. Oto przeprowadzamy próbną akcję, proszę założyć kamizelki i zachować spokój. I tak to spokojnie przebiega na ekranie.

W latach siedemdziesiątych na ekrany kin wszedł film: „Tragedia Posejdona”, gdzie wielki liniowiec zagrała Królowa Mary. Załoga tym razem jednak nie zderzyła się z górą lodową, a musiała się zmierzyć z Tsunami. Z nowszych ekranizacji na uwagę zasługuje jeszcze produkcja telewizyjna wchodząca równolegle z dziełem Jamesa Camerona. Pytanie za sto punktów. Jak brzmi tytuł tego filmu? No oczywiście, że „Titanic” z 1996 roku z Catherine Zetą-Jones i Peterem Gallagherem w rolach głównych. Oczywiście finał całej historii jest znany – statek zatonie, co do tego nie ma wątpliwości. Pytanie brzmi, co tutaj wydarzy się w ciągu tych czterech dni?

Romans? A jakże. Tym razem chodzi o dawną miłość, przerwaną przez małżeństwo z rozsądku. Kochankowie spotykają się na statku i mają przed sobą cztery dni. Ona mężatka, on bogaty kawaler. Wątpliwości. A co z jej małżeństwem i jej córką? Przerwać wszystko dla tej dawnej miłości, która odżyła na środku Oceanu Atlantyckiego? Traf chciał, że właśnie tu po latach się spotkali. Równolegle do tej historii miłosnej, ukazany jest także wątek państwa Astorów, którzy muszą zmierzyć się z opinią publiczną, no bo przecież ona dwa razy młodsza od niego. Toż to nie uchodzi. Z pierwszej klasy zejdźmy do trzeciej, gdzie poznajemy dwoje młodych ludzi – złodzieja i służącą. Oboje zakochują się w sobie i oboje muszą przejść ciężką drogę, by zasłużyć na nowe życie. Są też łotry jak ten sprytny pracownik White Star Line, Steward-złodziej, okradający bogatych pasażerów (Tim Curry z wrednym wyrazem twarzy). W tej produkcji mamy więcej scen z kapitanem Smithem, który jest wyraźnie poirytowany tym, że pan Ismay zarządza zwiększenie prędkości statku, by pobić rekord. Nie ma za to pana Andrewsa, który z przerażeniem stwierdziłby, jak rozległe są szkody po zderzeniu z górą lodową. To kapitan podsumowuje z powagą, jak bardzo jest źle. Wytyka błędy załodze i Ismayowi, który zupełnie zlekceważył względy bezpieczeństwa. Mamy też więcej scen ze statkami Californian i Carpathia, które tej kwietniowej nocy były w pobliżu Titanica. A potem już tylko dramat, opłakiwanie mężów przez wdowy. Romans głównej bohaterki, granej przez Zetę-Jones zostaje przerwany jak sen, bo jej ukochany ginie w katastrofie. Czas się obudzić i wrócić do zwykłego życia, które po tej tragedii zyskuje więcej niezwykłych kolorów. Czas wrócić do męża i córki, którzy wciąż na nią czekali. Mimo wszystko, dość optymistyczne zakończenie.

Ale nie tylko melodramat i romans kojarzą się z legendą słynnego liniowca. Z biegiem lat kino ośmieliło się na więcej humoru w tle, jak choćby w „S.O.S. Titanic” czy film animowany „Legenda Titanica”. W 2010, trzynaście lat po „Titaniku” Camerona, nakręcono film „Titanic 2”, opowiadający o tragicznym losie załogi liniowca, który wypływa w swój rejs dokładnie sto lat po swoim słynnym poprzedniku, by również powtórzyć jego tragiczną historię. Tragiczne jest to, że twórcom chce się kręcić takie gnioty.

 

Największa katastrofa na morzu doczekała także kilkunastu mniej lub bardziej udanych produkcji dokumentalnych, w których twórcy próbują odpowiedzieć na podstawowe pytania „co poszło nie tak?”. Przecież Titanic miał opinię niezatapialnego, choć to określenie podchwycone przez prasę, było jak sprytne hasło reklamowe, na które zbyt wiele osób dało się nabrać. Bo zupełnie inaczej podejdziemy do sprawy, gdy usłyszymy od sceptycznych konstruktorów, że „statek jest praktycznie niezatapialny”, „teoretycznie nie może zatonąć” — ale żeby sprzedać bilety i zrobić furorę warto wymyślić taki marketingowy twór: „niezatapialny statek”.

 — Ten statek nie może zatonąć. — Upiera się Pan Ismay w chwili gdy statek już tonie (w filmie Camerona)

 — Jest ze stali Sir i zatonie. Tak mówi matematyka. — Odpowiada pan Andrews, wiedząc, że jego prawie doskonała maszyna nie zdała największego egzaminu. Wedle obliczeń, za dwie, trzy godziny będzie po wszystkim. Jeszcze kilkanaście minut wcześniej słychać było komunikat przerażonego marynarza: „Góra lodowa przed nami!” – Krzyczał Frederick Fleet. Słychać dzwon. Sternik kręci nerwowo sterem, podczas, gdy na samym dole w kotłowni próbują ujarzmić rozpędzony silnik tytana. Kamera biegnie za tymi ludźmi w brudnych ubraniach, którzy wspinają się po schodkach, rzucają na bok rondelki z jedzeniem i zakręcają wszystkie możliwe zawory. Pierwszy zawór, kolejny. To wciąż za mało. Ci, którzy dotąd dodawali węgla do pieców i mieli ciepło jak nigdy przedtem, zostaną za parę minut zalani lodowatą wodą. Już słychać alarm. Zamykają się kolejne grodzie, odcinając poszczególne pokłady. Ratuj się kto może. Jak tu biec pośród tej wody, stawiającej opór i jak nie zostać zmiażdżonym przez te ciężkie płyty? Jezu, o mały włos. Widzieliście buty tego faceta, który prześlizguje się pod grodzią? Jeszcze sekunda a facet nie miałby stopy. Na dole, w tym piekle dopiero widać jak tragiczna jest ta cała sytuacja.

Podczas gdy na górze, jaśnie państwo zabawiają się rozmową o polityce i innych bzdurach. Czy ktoś coś mówił o jakiejś akcji ratunkowej? Urządzają nam tu obowiązkową akcję, by urozmaicić rejs! Jak interesy przyjacielu? Muszę się jeszcze napić! Kelner! Czy ten stek jest dobrze wysmażony? A ja idę spać. Mamo, gdzie moja lalka? W filmie Camerona widzimy, jak po zderzeniu z górą i oszacowaniu strat, Thomas Andrews chodzi zdumiony po sali bankietowej, gdzie wszyscy w wieczorowych strojach bawią się najlepsze, grają w karty, popijając i słuchając muzyki, nie zdając sobie sprawy, że za chwilę to wszystko znajdzie się pod wodą. Te niezwykłe wnętrza rodem z pałacu wersalskiego, ta sala gimnastyczna, basen, kawiarenki – co za przepych, blichtr, jak w tym centrum handlowym, w którym teraz leniwie się snuję. Za dwie godziny wszystko spowije mrok zimnego oceanu. A jeszcze nie tak dawno było słychać: „uwaga, ostrzeżenie o górach lodowych – nadaje Californian!”. A w odpowiedzi Titanic zaserwował: „Poczekajcie, wysyłamy jeszcze ostatnie depesze, życzenia, informacje giełdowe”. A wyślijmy tak dla szpanu życzenia do rodziny z największego liniowca! – wiadomości nie mające praktycznie żadnego znaczenia wobec tej jednej, najważniejsze wiadomości: „S.O.S.”. Potem Jack Philips z równie wielką pasją do końca będzie wysyłał tylko komunikat – „CQD”, „S.O.S”.

A gdzie szalupy ratunkowe?! Odpowiedź White Star Line: statek z tak dużą ilością szalup – (70 łódeczek) – nie prezentowałby się zbyt ładnie. Po co komu szalupy na niezatapialnym liniowcu? Estetyka przede wszystkim! Dwadzieścia szalup to absolutne minimum. Jeszcze parę minut. Ta wielka stalowa konstrukcja przypominająca kształtem trumnę przechyli się na dziób, potem przełamie w połowie. Elektrycy będą jeszcze walczyli o światło razem z palaczami, którzy w wielkich kotłach będą rozpalali piekielne płomienie. A potem nagle wszystko zgaśnie. Nastanie ciemność. Choć tej nocy na niebie będzie sporo gwiazd, małych latarenek dla zagubionych dusz. I wreszcie zanurzy się ten kolos w czarnej tafli i zniknie, jak gdyby nigdy nie istniał, albo był niezwykłym snem o cudownej machinie. Snem tysiąca ludzi o pięknym rejsie do Ziemi Obiecanej. Cisza. Szok, zaduma.

Uratowani pasażerowie, siedzący na szalupach długo jeszcze będą patrzyli na to puste miejsce, gdzie parę godzin wcześniej wrzało życie: jedni się przechadzali po tarasie widokowym, dzieci biegały oczarowane tą niezwykłą konstrukcją, a ich rodzice byli dumni, że sprawili swoim pociechom taką frajdę, inni podziwiali niebo, marzyli, zwierzali się sobie, wyznawali wielkie uczucia, bawili się, gawędzili o interesach, popijając drinki, ale już wtedy kieliszki pozostawione niedbale na stolikach zaczęły się przechylać i spadały na podłogę, rozbijając się w drobny mak, jak nadzieja na uratowanie się z tego więzienia. Puste, ciche morze, na którym unoszą się szalupy i zmarznięte, sine ciała w białych kamizelkach ratunkowych. Co za widok! Tak, pan Ismay, będzie miał czego chciał. Titanic stanie się jednym z najsłynniejszych statków, z czasem obrośnie mitem, legendą jak rafą koralową. Zmieni się w okręt widmo, który swoją nieśmiertelność zbudował na śmierci tysiąca ludzkich istnień. Wobec tak ponurej sławy pan Ismay wykreśli ze swojej świadomości i słownika to okropne słowo: „Titanic” i każdego, kto będzie poruszał ten temat, wyrzuci z domu. Takie będzie dalsze życie byłego prezesa White Star Lines, który uratował się z tonącego statku, by potem zmagać się przez następne lata z tym upiornym widmem i wyrzutami sumienia.

Tak jak skomplikowana jest konstrukcja tego potężnego liniowca, tak i mnóstwo różnych czynników zaważyło na tym, że właśnie w tej, a nie innej godzinie Titanic zderzył się z górą lodową. Musiało minąć sporo lat, zanim wnikliwi dokumentaliści złożyli wszystkie fragmenty układanki w całość. Nie tylko istotne jest to, co zaważyło na tragedii Titanica, ale także, jak to jest przedstawiane. Jaka temu towarzyszy narracja? Ostatnio coraz lepiej przyjmują się dokumenty fabularyzowane, gdzie osobista historia pasażera przybliża historię całego statku i tragedii.

Jednym z takich ciekawie zrobionych dokumentów jest film produkcji rosyjskiej (!?). Co w nim takiego wyjątkowego? A to, że nie mamy w nim zastępów wielkich uczonych, historyków, badaczy głębin morskich, którzy wszystko rozwlekają, tylko mamy zgrabną i fabularyzowaną wersję zdarzeń, prowadzoną z perspektywy naocznego świadka, pasażera, pisarza Williama Steada. Stead jako baczny obserwator przechadza się po pokładzie pięknego liniowca i notuje swoje obserwacje, przedstawiając po kolei całą historię liniowca, aż do dramatycznego uderzenia w górę lodową. Bohater ma świadomość, że umrze, ale wciąż pisze swój notatnik dla potomności, tak jak orkiestra gra do końca. Przez Steada poznajemy różne osoby od tych najbardziej znanych jak Ismay, kapitan Smith, czy Thomas Andrews po zupełnie nieznanych pasażerów, jak to młode małżeństwo, które właśnie przechodzi kryzys. Wydali ostatnie pieniądze, by dostać się do Nowego Jorku. Pytanie tylko, czy dotrą tam razem, czy może już jako rozwiedzeni? Wszystkie te kłótnie między nimi przestają mieć znaczenie podczas decydującej nocy.

Ale chyba znacznie więcej konfliktów i napięć towarzyszyło budowie samego liniowca. Irlandia – ojczyzna Titanica, była w tym czasie rozrywana między protestantów a katolików, do tego jeszcze Irlandia walczyła o swoją niezależność z Królestwem Brytyjskim. Do podziałów dochodziło też między robotnikami. W tej budowie stalowego kolosa stocznia Harland and Wolf zarządzana przez Lorda Pirriego, osiągnęła z pewnymi trudnościami jedność. Pirrie zresztą nie ułatwiał swoim robotnikom, bo zarządzanie stocznią to było dla niego za mało. Mieszał w polityce: raz opowiadał się za unią z Wielką Brytanią, to znowuż chciał niepodległości Irlandii. No i wciąż dręczyły go ambicje zbudowania wielkiego i szybkiego statku. Cofamy się do roku 1907, kiedy to Bruce Ismay i Lord William Pirrie snują wizję luksusowego i bardzo dużego liniowca. Ambitne plany, szkice wymienione przy kolacji zmieniają się w końcu w biznesową umowę między stocznią Harland and Wolf a firmą White Star Line. Umowa ta dla obu stron stała się istnym cyrografem na złą sławę.

W dokumencie „Narodziny legendy” historię Titatnica widzimy przede wszystkim z perspektywy robotników, ale także konstruktorów i inżynierów, tych wielkich nazwisk jak Thomas Andrews, Lord Pirrie czy Alexander Carlisle – ten ostatni zresztą jest tu wyraźnie przedstawiony jako chyba jeden z najrozważniejszych w całym towarzystwie. Nieowładnięty obsesją szybkości i bicia rekordów cały czas naciska na dodatkowe zabezpieczenia, zwiększenie liczby szalup, podczas gdy Lord Pirrie i Bruce Ismay odnoszą się z powątpiewaniem do tych pomysłów, twierdząc nawet, że cały statek prezentowałby się wręcz nieestetycznie z tak dużą ilością łodzi ratunkowych, a nawet mogłyby one niepokoić pasażerów. Wystarczy to minimum, którego wymaga morska izba handlowa i mamy spokój. Carlisle sam podsumował sarkastycznie, że jako konstruktorzy „poświęciliśmy dwie godziny na dyskusję o dywanach w kajutach pierwszej klasy i tylko piętnaście minut na problem szalup ratunkowych” – to sporo mówi o całym zarządzie spółki, o tym, że bardziej liczył się prestiż niż bezpieczeństwo. Tak działo się na samej górze Stoczni Harland and Wolf. Natomiast na samym dole, w brudzie, znoju początkujący pracownicy jak Alfred Cunnighan, rzuceni prosto w paszczę stalowego potwora, z nadzieją patrzyli, jak zmienia się ich życie na tle powstającego statku.

Minęło pięć lat od podpisania umowy. Po wyczerpującym okresie budowy Titanica, po dramatycznych wypadkach, w których życie straciło w sumie 17 robotników, okręt był gotowy. Thomas Andrews skompletował na dziewiczy rejs tzw. Grupę gwarancyjną: w sumie osiem osób, najbardziej wyróżniających się robotników, szczęśliwców, którzy za swój trud otrzymali… śmierć na morzu. Wcześniej jednak, jak większość załogi, dzielnie ratowali pasażerów, próbując podtrzymać stalowego potwora jak najdłużej i to jeszcze ze światłem na pokładzie, by każdy znalazł swoją drogę ucieczki w labiryntach różnych korytarzy. Nieznani bohaterowie: hutnicy, palacze, mechanicy, cieśle, ludzie od brudnej roboty, ludzie z samego dołu tej wielkiej „arki” — to właśnie im dedykowany jest kolejny dokument: „Ratowanie Titanica”, gdzie poznajemy fabularyzowaną historię palacza, Fredericka Barretta, czy inżyniera Josepha Bella. Jedni podtrzymywali energię i ciepło w statku, drudzy nieustannie jak Jack Phillips nadawali sygnał pomocy na aparaturze Marconiego, a jeszcze inni dbali o odpowiednią oprawę muzyczną, bo przecież muzyka łagodzi obyczaje. Tak jak wcześniej Wallace Hartley, John Hume grali jaśnie państwu do herbatki, tak teraz grali w obliczu ostatnich chwil życia. John Hume pewnie wtedy myślał o swojej narzeczonej, która spodziewała się ich dziecka – „przy Tobie chcę być bliżej” i jeszcze mocniej przyciska skrzypce, które swym kształtem przypominają talię dziewczyny.

Woda już napiera. Idźmy wyżej i jeszcze rozejrzyjmy się w układzie samego statku, który dość brutalnie dzieli ludzi na różne kategorie, niczym małe miasto, w którym są podwórza nędzy jak i eleganckie restauracje dla elit. Podczas tonięcia statku trzecia klasa pasażerów musiała walczyć nie tylko z napierającą wodą, ale i z szukaniem wejścia na pokład, gdzie rozdzielano miejsca w szalupach, których było o połowę mniej. I czemu do cholery ktoś zasunął kraty, uniemożliwiając wejście na wyższe kondygnacje? Czyżby chodziło o selekcję pasażerów? Niech zginie biedota, a bogaci się wyratują?

To oczywiste, że w tym wyścigu największe szanse miała elita. Ale elita to nie tylko bogacze zapatrzeni w swoje świecidełka, to także ludzie z zasadami. Znamienne, że podczas tego rejsu płynęły na statku takie osobistości jak Benjamin Gugenheim, Jan Jakub Astor, Archibald Butt, czy już wspomniany wcześniej William Stead czy Isidor Strauss – wszyscy zginęli, ustępując miejsca dzieciom i kobietom. No cóż, można by pomyśleć, że przeżyli swoje, zasmakowali luksusów, a teraz są gotowi odejść… w wielkim stylu, w najlepszych garniturach i z kieliszkiem Brandy, która przynajmniej ich rozgrzeje w tym zimnym oceanie. Elita ze starych roczników tu nie zawiodła. Aż strach pomyśleć, jaka elita przyjdzie za parę lat w czasie I wojny światowej.

Zatonięcie Titanica stało się niezaprzeczalnym faktem. Teraz trzeba było jakoś uporządkować to miejsce tragedii. Trzeba było sprawdzić, kto przeżył, a kogo pochłonął na wieki ocean. O tym opowiada dokument „Titanic po tragedii”. O ile wcześniej, widząc jakikolwiek film rekonstruujący rejs wielkiego liniowca, ulegamy złudzeniu, że może w ostatniej chwili Titanic wyminie górę lodową, o tyle teraz cała opowieść zaczyna się od posępnego widoku dryfujących ciał na środku oceanu. Cóż za kontrast do tych słonecznych sekwencji „Titanica” Camerona parę minut przed odpłynięciem z Southampton, gdy stojąc na dziobie tego statku, czuło się, że jest się niezwyciężonym. A przed dumnym liniowce rozlewało się złoto, jakby hojni bogowie ścielili drogę wielkiej maszynie ku lepszemu.

Titatnica już nie ma, są tylko te ciała, niemi świadkowie ostatnich chwil wielkiego liniowca. Na to przerażające miejsce przypływa statek Mackay-Bennett, którego załoga ma przeprowadzić najbardziej przygnębiającą akcję zbierania ciał, zabalsamowania ich i zamknięcia w trumnach. Wśród ciał pasażerów z różnych warstw społecznych załoga znajduje ciało Jana Jakuba Astora, a także ciało kilkuletniego chłopczyka, któremu potem organizują pogrzeb z własnych środków, a konkretnie z wygranej, jaką przeznaczył syn Astora za znalezienie ciała ojca. Ze względu na ograniczoną pojemność statku, brak trumien, kapitan decyduje, by niektóre ciała, a szczególnie te w stanie największego rozkładu pochować w morzu. Załoga organizuje morskie pogrzeby. W końcu wracają do Hallifax, by tu pod okiem Johna Henry’ ego Barnsteada dokonać identyfikacji ciał wraz z rodzinami ofiar. Barnstead dokładnie opisuje każde ciało, przypisując mu numer i raport. Po całej tej operacji większość ciał (ponad sto ofiar) spoczęła na cmentarzu Fiarview Lawn Cemetary. Ci, którzy przeżyli, jak choćby słynna Margareth Molly Brown, jedna z najbogatszych kobiet tamtego czasu, nie tyle arystokratka z pochodzenia, co kobieta znająca zarówno trudy zwykłego życia jak i luksusy wyższych sfer, gdy jej mąż osiągnął sukcesy w biznesie, szukają nowego celu po wielkiej tragedii. Przebojowa, niezatapialna Molly założyła fundację „ocalałych z Titanica”. Stracili bliskich, cały dobytek życie, skarby, świecidełka, oszczędności, ubrania, rzeczy osobiste, pamiątki… została im tylko pamięć – błogosławieństwo i przekleństwo. Teraz muszą wrócić na brzeg normalności i z każdy dzień traktować jak słodko-gorzką kroplę z oceanu.

I tak właśnie zaczyna się obraz Jamesa Camerona od wspomnień pewnej starszej pani o imieniu Rose. To właściwie ona jest tym sercem oceanu, który zatapia żądnych skarbów poszukiwaczy w swojej niezwykłej opowieści, przypominającej baśń. A diament? Dopytuje się wreszcie zniecierpliwiony Brock Lovett, łowca skarbów. To świecidełko było zawsze przy niej. Przeklęty amulet. Już czas go wyrzucić. Oświadcza staruszka. Ale jak?! Chwila, niech pani zaczeka. Na miłość Boską! Tego szukaliśmy całe życie! — Brock próbuje jakoś powstrzymać staruszkę przed zatopieniem cennego diamentu w oceanie. W usuniętej scenie starsza Rose tłumaczy Lovettowi, że szuka on w złym miejscu swego skarbu. Bo skarbem jest dobrze przeżyte życie. A to świecidełko? Rose patrzy na ten diament wart…. (Nawet szkoda pisać, ile zer) z powątpiewaniem. Brock prosi tylko, czy mógłby go na chwilę potrzymać. Rose mu go daje, choć trzyma nieufnie łańcuszek, zupełnie jak we „Władcy Pierścieni”, gdy Boromir spogląda chciwie na pierścionek. A gdy badacz już zaspokoił swoją ciekawość, Rose nagle pociąga za łańcuszek i wyrzuca okazały diament do oceanu, który po chwili znika w morskiej głębinie. Brock patrzy jeszcze z niedowierzaniem na swoją pustą dłoń, chcąc zatrzymać ostatnie sekundy, a po chwili się uśmiecha z niedowierzaniem, jakby doznał ulgi. Pusta dłoń i czysty horyzont. Łowca morskich skarbów właśnie pozbył się balastu żądzy świecidełka i znalazł nowy cel. Jaki? Tylko on wie. Tak jak w każdej baśni, ten złoty skarb to tylko wabik, który prowokuje bohatera do odbycia podróży w głąb siebie i zrozumienia czegoś.

W przypadku Rose będzie to dobrze przeżyte życie, po którym warto zasnąć i odejść w głębię oceanu, do tego niezwykłego świata, gdzie czeka Jack. Tam właśnie powróci dusza Rose, do tego miejsca, gdzie przeżyła najintensywniejsze uczucie swego życia, zaledwie w cztery dni. Aż miło wrócić do tego towarzystwa, pełnego barwnych postaci. Z humorem i wigorem wita nas Molly Brown, taka dobra ciotka, znająca dobrze blaski i cienie życia. Odegrana tu brawurowo przez Kathy Bates, która zazwyczaj wciela się w kobiety przebojowe i z charakterem. Z kolei Pan Andrews w poczuciu klęski zatrzymuje zegar na statku, czując, że to już koniec, gdy w tle rozbrzmiewa „Przy tobie chcę być bliżej Panie”. Ale spokojnie. Jesteśmy już po drugiej stronie, gdzie czas nie ma znaczenia. Victor Garber nadał swemu bohaterowi sporo ciepła i otwartości, ale i doskonale oddał tragedię Andrewsa, który chciał zbudować mocny i bezpieczny statek, a poniósł klęskę. Klęskę, o której nawet nie chce słyszeć prezes White Star Line. Pan Ismay chodzi dumny jak paw, dopóki nie zda sobie sprawy, że jego „niezatapialny” okręt za godzinę zatonie. Już wcześniej Jonahtan Hyde dał się poznać szerszej publiczności jako despotyczny ojciec w „Jumanji” i zarazem narwany myśliwy ścigający głównego bohatera. W „Titanicu” Hyde portretuje Ismaya jako ambitnego i zarazem ograniczonego biznesmana, który chce jak najlepiej wypromować swój produkt. Właściwie jest to kalka przedstawienia z 1958 roku. Szkoda, że Cameron nie pokazał więcej akcji ratunkowej, gdzie Ismay rzeczywiście pomagał dzieciom i kobietom, a potem gdy już nikt więcej się nie zgłosił, postanowił wsiąść do łodzi ratunkowej. W filmie ukazany jest on bardziej jako tchórz, cwaniaczek, oportunista, który nakłada na głowę kaptur, by nie rzucać się w oczy. Na pokładzie Carpathii z trudem znosi spojrzenia ocalałych kobiet i dzieci, które zdają się patrzeć na niego jak na wielkiego winnego, który akurat przeżył. Tagedia Titanica to taka katastrofa, której ocalali będą prędzej czy później odczuwali wyrzuty sumienia, że przeżyli. Jonathan Hyde zawsze doskonale pasował do ról nadętych, dumnych, wyniosłych ludzi z wyższych sfer. Nie zawiódł i tym razem, podobnie jak Frances Fisher w roli wrednej, rudej wiedźmy – apodyktycznej matki Rose, próbującej podnieść swój status społeczny na małżeństwie córki. Jakże inaczej wobec tej elity prezentuje się Eric Braeden w roli Astora: spokojny, opanowany, z poczuciem humoru i na bankiecie i w czasie tonięcia statku. Kolejnym bohaterem, który mocno zapada w pamięć jest oficer Murdoch z niepokojem śledzący dryf statku w kierunku góry lodowej. Nie mogąc sobie dać rady z akcją ratunkową, gdzie „lepsi, uprzywilejowani” mają mieć swoje miejsca w szalupie, żegna się ze służbą, strzelając sobie w głowę. To zresztą nie jest autentyczna scena. Murdoch nie popełnił samobójstwa, ale na potrzeby kina każdy życiorys można trochę nagiąć, by wzmocnić dramat tamtych ludzi, którzy mieli wybierać, kogo przepuszczać do szalup, a kogo zostawiać na tonącym statku. Mieli poniekąd wcielić się w Boga, który jednym uchyla drzwi do życia, a innych skazuje na zagładę, bo są z gorszej klasy społecznej. I wreszcie oficer Harold Lowe (Ioan Gruffudd), który wraca z szalupą ratunkową, by poszukać, czy są jeszcze jacyś żywi wśród tych dryfujących ciał – to on uratuje Rose, słysząc jej gwizdanie.

Wszystkie te poszczególne występy to zaledwie kilka minut, ale jakże mocnych i zapadających w pamięć. Krzyczący palacz, czy inżynier zakręcający zawór, by zwolnić tempo statku i jeszcze pewnie mnóstwo innych bohaterów, próbujących zmierzyć się z tragedią, jaka ich czeka. Ale oczywiście na pierwszym planie zawsze będą Kate Winslet i Leonardo DiCaprio, który już pokazał, że potrafi grać ciekawe postacie, jak choćby upośledzonego umysłowo chłopca („Co gryzie Gilberta Grape’ a”). Tutaj wcielił się w spontanicznego chłopaka, marzyciela artystę, Jacka Dawsona, który wygrał w karty swój los na loterii: bilet na Titanica. Rose i Jack to bohaterowie fikcyjni, choć dzięki ich wielkiej miłości, naiwnej, młodzieńczej energii, wręcz dziecięcej radości wszystko dookoła nabiera blasku, gdy tak biegają i śmieją się do każdego z załogi. Ci fikcyjni bohaterowie podejmują dialog z autentycznymi postaciami, jak choćby wtedy gdy Rose chwali pana Andrewsa za piękny projekt statku. A po chwili funduje panu Ismayowi krótką psychoanalizę w stylu Freuda, mówiąc że jego ambicje o wielkim statku wyrażają kompleksy dotyczące małego przyrodzenia. Delikatna, zahukana księżniczka Rose DeWitt Bukater powoli nabiera charakteru i odwagi, ucząc się spontaniczności od Jacka (sztuka spluwania) i odwagi od jowialnej Molly Brown. W godzinie próby, gdy wszyscy się ratują, Rose stanowi odważnie o własnym losie, odrzuca wszystkie zbędne bagaże, drogie sukienki, biżuterie, przestaje słuchać swojej zaborczej matki i rusza na poszukiwania Jacka, który jest teraz dla niej ważny jak nigdy przedtem. Znajduje go w zalanej kajucie i uwalnia z kajdanek (nieźle sobie poradziła z tą siekierą), by potem pożegnać się z ukochanym na małej tratwie. Mogłaby umrzeć razem z nim, ale jednak postanawia, że będzie walczyć o siebie, by od tej tragedii żyć teraz świadomie, licząc każdy dzień jako cenne doświadczenie. Błękitną kroplę, zbliżającą ją coraz bardziej do oceanu, w którym zginął jej ukochany.

Choć dla nas duet Leo i Kate zawsze będzie tą parą kojarzoną z Titanikiem, to jednak na samym początku produkcji brano pod uwagę zupełnie inne nazwiska. To Matthew McConaughey miał stać na dziobie statku razem z Gwyneth Paltrow lub też z Winoną Ryder. Morska przygoda jednak nie zapomni o Matthew, który zagra poszukiwacza skarbów w komedii „Nie wszystko złoto, co się świeci”, a parę lat później spotka się z Leonardo DiCaprio na planie „Wilka z Wall Street”. Póki co dzwon nie bije na giełdzie, lecz na pięknym liniowcu Titanic.

Odpływamy! – rzuca komendę kapitan Smith. Do tej roli był brany pod uwagę Robert de Niro, ale szczerze mówiąc trudno mi go sobie wyobrazić w tym kapitańskim mundurze. Znacznie lepszym wyborem był i jest Bernard Hill, w którego twarzy jest jakaś angielska dostojność. To aktor idealny do roli przywódców, królów z moralnym dylematem, tak jak to pokazał we „Władcy Pierścieni”. Samotny Król Theoden postawiony wobec tyranii zła i poczucia klęski. Tu postać kapitana Smitha i Króla Theodena dziwnie się nam nakłada. Oto mamy bohatera stojącego w obliczu morskiej tragedii. Szczególnie dobrze to widać (akurat w usuniętej scenie), gdy Smith nadaje komunika CQD – sam zrezygnowany nie wierzy, że to robi z pokładu statku (rzekomo) niezatapialnego i nie wierzą w to również telegrafiści. Ale jednak czas przyznać się do klęski. W innej, usuniętej scenie wzywa on jedną z szalup z Molly Brown na pokładzie, by wracali i wzięli jeszcze na pokład paru ludzi, jednak marynarz się buntuje i zarządza, by odpłynąć od tonącego Titanica. Smith odsuwa od ust megafon i patrzy z niedowierzaniem na to wszystko, co się dzieje. Stało się. Stracił kontrolą nad całą tą sytuacją. Wobec takiej tragedii każdy jest kapitanem swego losu i postąpi, jak mu dyktuje sumienie. Honorowo może z niej wyjść tylko przez walkę, chociaż i tak zginie – Smith zatonie razem ze statkiem, a Theoden zginie w wielkiej bitwie, by tak odzyskać utracone dobre imię Króla Rohanu. To nie pierwsza rola Hilla na morzu. W „Buncie na Bounty” zagrał bosmana Williama Cole’ a, tam jednak się uratował, przeżył bunt Mad Maxa i dopłynął do Anglii z nieustraszonym Kapitanem Blighem/Hannibalem Lecterem, który o dziwo nie pożarł swojej załogi.

My po wielu perturbacjach i sztormach dopływamy wreszcie do pytania, co czyni film Camerona tak wyjątkowym? (Pytanie zupełnie bezsensowne wobec deszcze nagród, jakie posypały się na ten film). Na pierwszy rzut oka to taki spektakularny melodramat katastroficzny z niesamowitymi efektami specjalnymi. Ale Cameron udowadnia, że potrafi tworzyć nie tylko spektakularne filmy, ale także filmy z ciekawą fabułą. Po tylu ekranizacjach/wariacjach filmowych na temat pierwszego i ostatniego rejsu „Titatnic” warto podziwiać Camerona, że chciało mu się odgrzewać tak wyczerpaną już fabułę. A jednak zawsze coś można dołożyć do tych znanych już wątków, by na nowo rozpalić ogień wyobraźni. Mamy tu właściwie dwie, a może nawet trzy historie, które wzajemnie się przeplatają w różnych wymiarach czasowych. Pierwsza historia dotyczy łowcy skarbów, Brocka Lovetta, który poświęcił sporo czasu, energii i pieniędzy na swoje wyprawy na dno Atlantyku, by znaleźć legendarny naszyjnik nazywanym „sercem oceanu”. Lovett to człowiek z tej epoki, zasypanej już mocno różnymi fantami i gadżetami. Operuje on sprzętem wartym miliony, by znaleźć coś wartego kilkadziesiąt milionów. Błędne koło. Ale w tym kole historia zatacza ciekawą spiralę. Druga historia dotyczy samego Titanica, wspaniałego, wielkiego, który jednak po latach niewiele znaczy bez ludzkich wspomnień i uczuć. To na nim rozpoczyna się przygoda nastoletniej Rose, dumnej i zbuntowanej, która swoją życiową opowieścią inspiruje Lovetta do szukania innych skarbów w życiu niż tylko drogich świecidełek. Bo dobrze wie, co stało się z jej niedoszłym narzeczonym, Calem, który przez krach giełdowy popełnił samobójstwo. Rose dla Lovetta jest niczym ten mędrzec w mitycznej opowieści, który naprowadza bohatera na właściwy trop.

To historia Rose i jej miłości do Jacka Dawsona wskrzesza wielkiego Titanica, na którym znów są przyjęcia, zabawy, a sam liniowiec sunie po płynnym złocie w kierunku zachodzącego słońca. Historia Rose to historia rozkwitającej róży, która choć piękna, nie ma wciąż zbyt ostrych kolców, by nie dać się zerwać byle komu. Wszyscy za nią decydują, co ma robić. To księżniczka, która już ma ustawione życie do końca. Jeśli jeszcze Róża nie została w pełni zerwana, to na pewno została zgięta przez apodyktyczną matkę, przez arystokratyczne konwenanse i przez swojego przyszłego męża, despotycznego Caledona Hockleya (Billy Zane). To on ma ją zerwać i włożyć do wielkiego wazonu pełnego bogactw. Tutaj Róży i jej mamusi niczego nie zabraknie. Czyżby? Chyba tylko miłości. Czym ona jest? To jak ten powiew świeżej bryzy, gdy płyniesz pięknym okrętem, nie widząc żadnych przeszkód. Tylko ocean i błękit nieba – wolność, swoboda, pełny oddech, bez tego przeklętego gorsetu.

I wreszcie Rose spotyka na swojej drodze Jacka Dawsona, artystę, rysownika, który daje jej rozkwitnąć. A filozofia pana Dawsona jest prosta: żyć każdym dniem z całych sił. Jakie to cudowne, nie wiedzieć, gdzie się obudzisz następnego dnia i co będziesz robił! Typowy artysta, który nie lubi rutyny. Jakże inny od tej sztywnej elity biznesmanów, polityków, spadkobierców wielkich fortun, żyjących wedle określonych standardów, danych giełdowych akcji, które pozwalają im trzymać ich fortuny na smyczy. Tyle że fortuną, którą obraca Jack nie są złote monety, a przypadek, który raz rzuca go w najgorsze zaułki, a już następnego dnia wprowadza go na salony do wielkich elit. Mam wrażenie, że gdy Jack wypowiada odważnie swoją filozofię podczas uroczystej kolacji, wszyscy ci „uprzywilejowani” nieco mu zazdroszczą tej swobody, słuchają go z podziwem i wznoszą za niego toast.

Rose jest wciąż pośrodku, jeszcze w tym wygodnym, ciepłym świecie bogaczy, a z drugiej strony pragnie iść za Jackiem w nieznane, licząc się z tym, że nie zawsze będzie żyła jak księżniczka. Przez kolejne dni rejsu będzie dojrzewała do tej najważniejszej decyzji. To nie przypadek, że zagubiona w konwenansach dziewczyna u progu życia, podobnie jak Titatnic, odbywa właśnie dziewiczy rejs, na którym pozna intensywność wielkiej miłości. Ta intensywność to jak zderzenie z górą lodową, to wstrząs, to stanie na granicy życia i śmierci. To intensywne uczucie to zaledwie kilka dni, nawet nie tydzień, podczas którego Bóg stworzył świat.

A gdy pod koniec filmu, już po całej tragedii, ujrzymy zmarzniętą Rose, dryfującą na spokojnym Atlantyku wśród innych zamarzniętych pasażerów, nagle coś ją tknie. Rozpuszczona księżniczka przebudzi się, zmartwychwstanie, zrozumie, że nikt nie poda jej tu ciepłego posiłku. Ona sama musi zawalczyć o siebie. Zagwiżdże z całych sił, roztopi ten lód, który ją tak paraliżował i ruszy odważnie przez nowe życie, nie poddając, jak przyrzekała Jackowi, który opadł już na dno oceanu.

Dobrze wykorzystać każdą chwilę tego krótkiego rejsu, jakim jest życie – to chyba największe clue tego filmu. Przyznam się, że gdy „Titanic” wchodził na ekrany kin, ja męczyłem się w podstawówce, by jakoś przeżyć – to był mój koślawy Titanic. Pewnie wtedy takie romansidło z katastrofą w tle nie zainteresowało by mnie. Nie było tam przecież Batmana, czy Supermana, który by wszystkich uratował.

Niestety tutaj w tej tragedii, każdy musiał być dla siebie sam supermanem, by ocalić siebie i także swoją duszę.

 


 

Oczywiście ta głębia filozofii i romansu, te przejmujące kreacje aktorskie potrzebują odpowiedniego tła, by się wyrazić. No właśnie. „Titanic” Camerona to taki film, który fascynuje swoją fabułą, ale także wzbudza ciekawość, jak oni to wszystko zrobili? Ludzie po drugiej stronie kamery – projektanci, specjaliści od efektów specjalnych no i oczywiście wytwórnie, które już sporo wyłożyły kasy, a i tak nie były do końca przekonane do rozbuchanej wizji Camerona. Co ciekawe sam Cameron będąc pod presją budżetową, odmówił sobie gaży za swój wkład, by dokończyć wizję na swoich warunkach.

Niezwykłe jest, że sam budżet filmu oscylujący w granicach 200 mln dolarów mógłby starczyć na zbudowanie całkiem przyzwoitego okrętu w stylu Titanica. I owszem stanął taki okręt – tyle że wielka atrapa, przystosowana do planu filmowego. Do tego hektolitry wody w wielkim basenie. Prócz tego wielkiego modelu był także model nieco mniejszy, który pozwalał na filmowanie z dalszej perspektywy, by uchwycić piękno Titanica na pełnym morzu, ale oczywiście nie zawiodły też greenscreeny i komputerowy model statku, szczególnie w tych scenach, gdy kadłub już mocno się przechyla, a te małe czarne ludziki spadają w ciemną otchłań oceanu. To sprytne połączenie zdjęć spadających kaskaderów z komputerowym modelem statku.

 


 

GDYBY…

 

Gdyby obserwator Frederick Fleet w porę zauważył górę lodową przez lornetkę, statek zdążyłby wyminąć przeszkodę. Ale Fleet nie miał przy sobie lornetki. Dziwnym trafem oficer Blair zapomniał oddać klucz do skrytki, w której były przechowywane lornetki (co to za pomysł, by był tylko jeden klucz do skrytki?!). Tej nocy pogoda była aż nazbyt dobra, spokojne, czyste niebo. Jednak mieszanie się prądów atmosferycznych (ciepłe wody Golfstromu i zimny prąd labradorski) spowodowało miraż. To zjawisko podobne do tego, jakie można zaobserwować na pustyni, czyli fatamorgana. Warstwy zimnego i gorącego powietrza zachowują się jak soczewka, w której wielka, półprzeźroczysta góra lodowa może wyglądać jak małe wzniesienie lub zupełnie zlać się z horyzontem. Aż dopiero przy krytycznej odległości daje się wyróżnić z tła. Może takiego złudzenia optycznego doświadczył także Kapitan statku Californian, Stanley Lord i nie pośpieszył z pomocą tonącemu okrętowi, który wydał mu się czymś zupełnie innym.

Gdyby kapitan Smith nie lekceważył ostrzeżeń o górach lodowych, gdyby zwolnił w nocy prędkość liniowca, łatwiej można byłoby manewrować przed górą lodową. Gdyby było więcej szalup ratunkowych, tak przynajmniej z siedemdziesiąt, uratowało by się więcej osób. Choć i tu można spekulować, czy cała akcja ratunkowa przeszła by pomyślnie, by w tak krótkim czasie wszyscy wsiedli do łódek. Faktem jest, że na Titanicu nie przeprowadzono ćwiczeń ewakuacyjnych. Nie zmierzono, ile czasu hipotetycznie może zająć taka akcja. Była to niepotrzebna formalność na okręcie, który sam dla siebie jest szalupą, jak głosiły slogany. Rozmiar liniowca, jego zakamarki tylko działały na niekorzyść pasażerów, którzy w panice i słabnącym świetle łatwo tracili orientację w terenie.

A samo uderzenie? Gdyby Titatnic zderzył się czołowo z górą nie uległbym takiej awarii. W zderzeniu bocznym zaś góra zrobiła wyrwę na długość ponad stu metrów, przechodzącą przez pięć przedziałów ponad wodoszczelnymi grodziami, które w tej sytuacji straciły swoją przydatność. Sama wytrzymałość poszycia mogła być już mocno nadwyrężona tuż przed rejsem, gdy doszło do pożaru w kotłowni. Nie chcąc opóźniać rejsu i siać niepotrzebnej paniki całą sprawę zatuszowano tak jak usterki po pożarze. Może gdyby wtedy opóźniono rejs i wzmocniono poszycie… statek wytrzymałby zderzenie?

A gdyby Titanic nie zatonął? White Star Line pewnie osiągnąłby ten swój wyśniony prestiż i wysyłałby kolejne giganty w morze. Kapitan Smith przeszedłby na emeryturę i zajął się swoim ogrodem przy domu w Southampton. Izba Morska nie zastanawiałaby się nad przestarzałymi przepisami dotyczącymi liczby szalup. Wieczni tułacze wreszcie by przybyli do nowojorskiej ziemi obiecanej, by tu zasiać swoje marzenia, rosnące jak okazałe wieżowce na Manhattanie? Wielkie nadzieje mogły się szybko zmienić w wielkie rozczarowania.

Titatnic by sobie pływał od brzegu do brzegu, aż do wojny, by potem służyć pod wojskowymi auspicjami. Jako ten niezatapialny służyłby pewnie jako pływający szpital, a kto wie, czy w końcu nie zostałby trafiony i też poszedłby na dno.

Titanic – pięć lat budowy, starannego projektowania i wykańczania wnętrz na wzór pałaców i tylko cztery dni rejsu na otwartym morzu (od 10 do 15 kwietnia). 2223 pasażerów, pełny przekrój społeczny, od biednych po bogaczy. 713 osób uratowanych. Titanic jest jak symbol zatopionego świata, innej epoki, która ginie w obliczu nadchodzącej zagłady I i II wojny światowej. Do tego jeszcze przecież słynny kryzys – krach giełdowy doprowadzający niejednego bogacza do samobójstwa tak jak Cala. Titatnic, statek elit, który zatonął, by ustąpić miejsca nowym elitom, niekoniecznie godnym nazywania się elitami.

 






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH