MATKI, ŻONY I KOCHANKI

 

 

Choć polskie seriale obyczajowe z sercowymi rozterkami głównych bohaterów to dla mnie raczej odległy ląd, którego nie zamierzam zbyt często odwiedzać w swoich eskapadach filmowych, to jednak ten serial jest trochę dla mnie jak taka bezpieczna przystań, w której mogę odetchnąć i nasycić się słodkim sentymentem dla okresu lat 90-tych, w którym dorastałem.

No to odpalamy. Na początku wita nas senny, oniryczny pejzażyk, zasnuty mgłą, już słyszymy charakterystyczny motyw grany na saksofonie sopranowym (kompozycja Krzesimira Dębskiego). Odwiedzamy Wydział Pielęgniarstwa Liceum Medycznego, gdzie właśnie trwa rozdanie dyplomów. Wśród dumnych absolwentek tejże szkoły są cztery przyjaciółki: Wanda, Wiktoria, Dorota i Hanka. W tle płynie narracja (over voice), która przedstawia pokrótce dotychczasowe losy czterech przyjaciółek.

Pomysłodawcą serialu był Paweł Jędrkiewicz, za scenariusz odpowiadali Paweł Trzaska, znany ze swojego „Smacznego telewizorku”, czy Ekstradycji (scenariusz), to właściwie jedna z jego ostatnich produkcji przed tragiczną śmiercią. W zespole scenarzystów znaleźli się także Zdena Sisova, oczywiście Juliusz Machulski i Ryszard Zatorski, ci dwaj panowie również odpowiadali za dialogi i samą reżyserię. Z kolei produkcją zajęło się Studio Zebra (założone przez Machulskiego) wraz z TVP. Ten serial liczy sobie 22 odcinki (zrealizowane na przełomie 1995-1998 roku) i wystarczy. Nie za dużo, nie za mało, gdzie wszystkie wątki nam się pięknie zamykają. Choć pewnie po wyemitowaniu drugiego sezonu pojawiały się zakusy, by przygotować kolejną serię. Jak miałoby to wyglądać? No cóż, w 2010 roku pożegnaliśmy Gabrielę Kownacką, więc trzeba byłoby uśmiercić Dorotę. I co dalej? Tak jak pierwsza seria zaczynała się od spotkania klasowego po latach, tak w tej nowej serii trzy przyjaciółki: Hanka, Wanda i Wiktoria miałyby się pojawić na pogrzebie Doroty. Od żałoby ku nowej historii? Może i byłby w tym potencjał. A co potem? Gang zielonej rękawiczki? Nowe zdrady, romanse, a dookoła nowa Rzeczpospolita pełna tych zbyt idealnych wnętrz z katalogów meblowych, pełna komórek i innych gadżetów nowej epoki. Nie, nie. Pewne seriale są dlatego tak doskonałe, że tworzą zamkniętą całość. Póki co skupmy się na tym, co mamy na ekranie.

Główne bohaterki, to cztery przyjaciółki ze szkoły pielęgniarskiej: przebojowa Hanka (Elżbieta Zającówna), rodzinna, gapowata Wanda (Małgorzata Potocka), nadwrażliwa, romantyczna, a czasem wręcz rozmemłana Wiktoria (Anna Romantowska). Zupełne przeciwieństwo przebojowej kobiety sukcesu, którą Anna Romantowska zagrała w komedii „Dzieci i ryby” Bromskiego. Tam też partnerowała ją Gabriela Kownacka, która w naszym serialu wciela się w przebojową Dorotę. Ooo, Dorota to dopiero kobieta sukcesu, która wraz z mężem dorobiła się już niezłej pozycji, mając firmę kosmetyczną. Nowobogacka, kobieta z temperamentem, ostra, niekiedy bezczelna, pyskata, „z tupetem” – jak podsumował policjant, który ją zatrzymał pierwszym odcinku za przekroczenie prędkości. No ale Jeepem nie wypada jechać zbyt wolno.

Cztery przyjaciółki, a może i cztery typy kobiet albo portret zbiorowy współczesnej Polki, która pragnie niezależności, macierzyństwa, spełnienia zawodowego i nowego romansu w nowym K-Raju. A tak w ogóle, czy ten wątek czterech kobiet przeżywających perturbacje uczuciowe czegoś nam nie przypomina? Oczywiście, że „Sex w wielkim mieście”. Wprawdzie wersja amerykańska była późniejsza (1998 rok) i jest bardziej odważna, gdzie aż gorąco od tych wszystkich zmysłowych momentów. Z kolei nasz serial jest jednak bardziej stonowany, a nade wszystko krótszy. Ale obie serie próbują odpowiedzieć na najbardziej fundamentalne pytanie, które zadawał sobie każdy mężczyzna: Czego ty kobieto chcesz? Chcesz być kochanką, boginią, żoną, czy przede wszystkim matką?

Męska strona próbująca zrozumieć burzę uczuć głównych bohaterek i niejako je dopełnić niczym awers to ciekawa galeria różnych osobowości. Weźmy choćby takiego gderliwego Michała Lindnera, męża Doroty, granego przez Krzysztofa Stroińskiego. To poczciwy facet w rozciągniętym swetrze. Na jego twarzy drży ironia, przechodząca w zawód i zniecierpliwienie. Ma prawo być poirytowanym, bo wciąż żyje pod presją. Prowadzi z żoną własną firmę, ale nie jest chyba tak naprawdę szczęśliwy. Ani się nie obejrzał, a wpadł w typowy wyścig szczurów, by zdobyć jak najwięcej w tej nowej kapitalistycznej Polsce. Oczywiście gdy myślimy o Stroińskim, nie możemy zapomnieć o jego najpopularniejszej roli Leszka Góreckiego z „Daleko od szosy”. Zresztą twórcy serialu również dają nam między wierszami powody, byśmy na chwilę stanęli na szosie i przyjrzeli się znajomym wątkom, które przejeżdżają w tym serialu. Przecież ojca Doroty i zarazem teścia Michała gra tu Jan Machulski, który w „Daleko od szosy” również wcielił się w teścia Leszka Góreckiego. Jeszcze bardziej czytelną aluzję odczytujemy w imieniu jednej z bohaterek: Bronka („panna z mokrą głową albo Lolita z Nabokova”), którą zagrała się Jowita Budnik, znana wcześniej z innej kultowej produkcji: „W labiryncie”. Gdzie z kolei jej matkę grała Sławomira Łozińska, czyli właśnie oryginalna Bronka z „Daleko od szosy”. A w tym serialu chłopakiem Bronki jest Artur, który pracuje na giełdzie papierów wartościowych (kolejny znak nowej kapitalistycznej Polski).

A wracając do Michała. Michał sporo zrobił, by zejść ze spokojnej szosy i wtargnąć na ruchliwą autostradę, prowadzącą do dobrobytu, ale i do frustracji. Z wykształcenia jest chemikiem, ale ta wiedza bynajmniej nie pomaga mu w reakcjach uczuciowych z jego żoną. W pierwszych scenach poznajemy ich nie tyle jako rodzinę, co bardziej jak partnerów biznesowych w swojej firmie kosmetycznej, która powoli wchodzi na zagraniczne rynki – tak przecież zaczynała Irena Eris. W tej gonitwie po kolejne kontrakty, pieniądze, nowy interes z pizzą, które mają utrzymać dobry standard życia, Michał wraz z Dorotą zapominają o sobie. Dorota zresztą gra na dwa fronty. Z jednej strony trzyma się biznesu i męża (rozważna), a z drugiej chce więcej spontaniczności (romantyczna). Nie dziwne, że romansuje z niejakim Adamem, właśnie artystą. W tej roli Jan Nowicki, z którym Kownacka grała w „Dzieciach i rybach” Jacka Bromskiego, gdzie to Nowicki porzuca ją dla młodszej.

W końcu wszystko pęka, bo Adam dowiaduje się o nowotworze i nie zamierza się wiązać z Dorotą na stałe, poza tym, chyba by to zaprzeczało jego naturze artysty-wolnego ptaka, który swoim ego niszczy cudze małżeństwo. Dorota z kolei czując, że uległa kaprysowi namiętności, wraca z pochyloną głową do domu (i zmienia także fryzurę na krótszą), do cierpliwego męża i córki Klary (Anna Mucha). Już nie dała rady ukrywać, że ta koszula w niewłaściwym rozmiarze jest dla Michała, a tamta druga dla… kogoś równie ważnego. No i jeszcze te kopytka na obiad, których zawsze było mniej w domu, a więcej u Kogoś innego. Kogo ty chciałaś kobieto oszukać? Oj Dorotko, Dorotko. Michał rzeczywiście wykazuje się niesamowitą wyrozumiałością w stosunku do niewiernej żony, która po romantycznych uniesieniach z artystą wraca do szarej rzeczywistości, w której coraz więcej czarnych plam, bo oto obiecujący interes z pizzą nie wypalił (to jeszcze nie Pizza Hut). Tajemniczy wspólnik zginął i pojawili się wierzyciele (Maciej Kozłowski). A na dokładkę pali się fabryka Michała i Doroty. No i jeszcze zostaje skradziony Jeep. To niestety nie „Ziemia obiecana” i chyba nie będzie odszkodowania. Tracą niemal wszystko i muszą zacząć od zera. Ale paradoksalnie tracąc swój majątek, zyskują znów siebie, nie szczędząc sobie uroczych złośliwości „Dorota, Jak ty się czegoś uczepisz, to drążysz i drążysz – powtarza zgryźliwy Michał do swojej żony. Ale chyba wreszcie wydrążyli siebie na wylot, by odnaleźć szczęście w trochę skromniejszym raju, w mniejszym mieszkaniu i jazdą autobusami.

Nie wiem czemu, ale bardzo wzrusza mnie ta scena, gdy Michał i Dorota walczą o swój byt w gastronomii (podczas pandemii dostali by znowu w kość). Chwytają się desperacko czegokolwiek. Na przykład pieką razem serniki. Kiedyś takie serniki kupowali i chodzili w gości, a teraz pieką te ciasta, by je sprzedać i zarobić na utrzymanie. Kiedyś Dorota rzucała pieniędzmi tu i tam, kupowała ekskluzywne prezenty, nawet podczas kłopotów finansowych połakomiła się na toster stylizowany na lata 60, a teraz te błahostki nie mają znaczenia. Po co nam tak dużo, skoro mamy wciąż siebie i możemy się tym dzielić — podsumowuje Dorota, siedząc zmęczona na kanapie obok Michała.

A co mówi Janek Otrębowski, grany przez Pawła Wawrzeckiego do Wandy (Małgorzaty Potockiej)? „Ty leż Wanda, a ja idę”. Mówi to wtedy, gdy Wanda podupada na zdrowiu, a on jak dzielny rycerz idzie do apteki po lekarstwa. Ich małżeństwo powoli wraca do normy, choć będą musieli jeszcze przejść chorobę Wandy. Ale w pierwszej serii poznajemy ich, gdy przechodzą małżeński kryzys. Janek odchodzi od swojej żony pielęgniarki i przykładnej matki do pięknej lekarki, Teresy, którą gra Małgorzata Foremniak. Wtedy jeszcze była w ciemnych włosach (okres „Radia Romans” i produkcji „Musisz żyć”), ale już za niedługo zrobi się na blond i stanie się słynną, ciepłą Zosią Stankiewicz z „Na dobre i na złe”. Biedna doktor Teresa, potrzebuje pomocy. Ktoś musi jej naprawić telewizor albo podłączyć magnetowid i służyć towarzystwem. Janek odpala karetkę i jedzie do niej na ostrym sygnale. No skoro mąż zdecydował się na skok w bok, to i Wanda musiała się jakoś zrewanżować, umawiając się chociaż na kolacją z kolegą z pracy, Leonem, (podobnie jak Janek, również kierowcą karetek). To i tak dla niej wiele. Przecież poznajemy ją jako kobietę, która w przeciwieństwie do swoich przyjaciółek właściwie niczego już nie chce od życia. Jest zadowolona ze swojej życiowej rutyny i dumna ze swoich trzech synów. Szeleści fartuchem w domu i cieszy się, gdy może ugotować obiad dla swoich chłopaków. A potem szeleści białym fartuchem w szpitalu, będąc pielęgniarką i doglądając troskliwie pacjentów. Razem z Jankiem (lub bez Janka) mieszkają wraz z trzema synami w małym mieszkanku w bloku, próbując jakoś związać koniec z końcem. Koniec?

Skończyć definitywnie swoje małżeństwo z nadętym Robertem postanowiła Hanka Trzebuchowska, nieco zwariowana, spontaniczna dentystka, córka dyplomaty (w tej roli dystyngowany Leon Niemczyk) i równie snobistycznej mamusi (Eugenia Herman znana choćby z roli mamusi w serialu „W labiryncie”). Córeczka z dobrego domu zgrywająca się na twardą babkę, nie żałującą przekleństw, która nie narzeka na kondycję finansową, bo każdy chodzi chętnie do pięknej dentystki. U Hanki z uzębieniem wszystko w porządku. Jednak ostatnie zawirowania uczuciowe nie dają jej powodów do śmiechu. W swoich ostatnich związkach tak bardzo się nacięła, że stała się dość wybredna. Chce teraz szaleć, póki ma jeszcze 39 lat. Od dłuższego czasu żyje z młodszym od siebie partnerem, Filipem (Grzegorz Łukawski), studentem filozofii, który właściwie niewiele może jej dać… poza miłością i intelektualną rozmową, za to ona traktuje go bardziej jak chłopaka-zabawkę, którego zamyka na górze, gdy tylko zjawiają u niej jacyś goście. Goście? Albo przyjaciółki, albo jej nie-były mąż Robert (Krzysztof Kiersznowski, Wąski od Siary), który właśnie się wyprowadza od niej. Ale ciągle o czymś zapomina i zabiera coraz więcej rzeczy, które jak twierdzi, należały zawsze do niego. Hanka uśmiecha się pod nosem. Jej były mąż to nieuleczalny materialista, gotowy kłócić się o świeczniki i telewizor. To właśnie Robert wyczulił Hankę na to, by w grze zwanej miłością, zachowywać zasadę ograniczonego zaufania. Mąż już zbyt długo ją zawodził, wdając się w liczne romanse. On z kolei będzie to tłumaczył tym, że Hanka nie poświęcała mu dość czasu i uwagi, tylko całe godziny spędzała w gabinecie dentystycznym. On potrzebował gosposi a nie żony. Hanka nie dała się tak udomowić jak cierpliwa Wanda.

O ile mąż Wandy, Janek (Paweł Wawrzecki, czyli Buła i spóła) dostarczał nam sporo śmiechu, urządzając sceny zazdrości i latając z kijem baseballowym za adoratorem swojej żony, kolegą z pracy, Leonem (Andrzej Grabarczyk, czyli Jurek z „Klanu”), o tyle Robert, mąż Hanki wprowadza jeszcze więcej komedii do tego serialu. Grany przez Krzysztofa Kiersznowskiego, znanego nam z serialu „Barwy szczęścia” Robert łączy w sobie elokwencję, chamstwo i pazerność na majątek swojej żony. Jako pijany robi awanturę i wyrzuca z mieszkania Wiktorię, a już za parę odcinków z wielką skruchą przeprasza, mówiąc tak, jakby recytował wierszyk. Robert to niegdyś działacz partyjny, także opozycjonista i w końcu minister kultury, który zupełnie pijany ląduje w ogródku Hanki twarzą do ziemi – takie właśnie ekscesy urządza pan minister kultury. Wraz ze swoją kochanką, Magdą tworzą wręcz wybuchowy duet. Tutaj oklaski należą się Beacie Ścibakównie, przyszłej żonie Jana Englerta (czyli serialowego Jerzego). Magda w jej wydaniu to rozkapryszona blondynka, która koniecznie chce usidlić pana ministra.

 

„ — Robert powinnam dać ci w twarz

 — Tylko szybko, bo pani Kaiser z telewizji już czeka!

 — Tak ci obrobię dupę, że się zdziwisz!”

 

Ach ta Magda i jej ognisty temperament! Uwielbiam tą scenę w sklepie meblowym, gdzie chce ona naciągnąć Roberta na włoskie, snobistyczne meble, a w międzyczasie Robert spotyka swoją byłą żonę, Hanię z nowym narzeczonym. Co za niespodzianka. Gra Ścibakówny w tej produkcji idzie równolegle z równie temperamentną blondynką, żoną prezesa Nowaka (vel Siary) w „Tygrysach Europy”.

O następnym bohaterze z pewnością nie można powiedzieć, że jest takim „Tygrysem Europy”. Skromny Cezary, adorator nieśmiałej Wiktorii, powoli odkrywa w sobie żyłkę do interesów, niekoniecznie legalnych. Grany wyśmienicie przez Leona Charewicza, Cezary przy romantycznej Wiktorii jest trochę niczym buc albo prostak, próbujący jakoś się odnaleźć w roli męża kobiety, która wciąż nie wie, czego chce od życia i także w roli ojczyma dla nad wyraz dojrzałego Jurka (kapitalny Mateusz Damięcki). Do śmiechu doprowadza mnie scena, gdy Jurek uczy Cezarego prasowania koszul, a potem przychodzi Wiktoria i krzyczy na męża, że on nie wie, gdzie ma wyprasowane koszule, po czym bierze go za rękę, jak nierozgarniętego chłopczyka i idzie z nim po koszulę.

Nie można powiedzieć, Cezary naprawdę się stara, jest przedsiębiorczy, sam na początku urządza swój dom dla zagubionych Wiktorii i Jurka. Przygarnia ich do siebie, pamiętając o wygodach dla swoich gości (raz nawet daje przenocować Jankowi, który wyprowadził się od Wandy). Jurkowi prezentuje rower i gry wideo, co na chłopaku, nieżyjącym dotąd w luksusach, musi robić spore wrażenie. Cezary jednak zapomina, że tymi wszystkim gadżetami nie kupi sobie rodziny.

Pod wpływem swego szefa, postępowego Wierzbickiego, granego przez Pawła Stockingera, który równolegle będzie nam objawiał ideał nieskazitelnego Pawła Lubicza w „Klanie”, Cezary stanie się przebojowym biznesmenem III RP w trochę przydużej marynarce, oddalającym się coraz bardziej od swojej nowej rodziny i uczciwości jako takiej. Ale nade wszystko pozostanie oszczędny w kwestii filiżanek i herbaty! Wreszcie spotka partnerkę godną siebie, odważną Edytę, swoją sekretarkę, graną przez młodziutką wówczas Małgorzatę Kożuchowską (wcześniej była sekretarką Chmielewskiego w „Młodych wilkach”), która zarówno z wielkim entuzjazmem pracuje odbierając telefony, sprzątając biuro, jak i z krzykiem ekscytacji prosi o autograf Pawła Kukiza. A jeśli trzeba, namawia Cezarego do lewych interesów. Bo trzeba jakoś żyć w tym nowym kraju i już!

Po tych zabawnych charakterach pora trochę na bardziej zagadkowe postacie jak choćby Krzesimir Drucki, grany przez Jacka Borkowskiego, który też nieźle namiesza w „Klanie”. Druckiego poznajemy w pierwszej serii jako Jakuba Reuta, nieuczciwego wspólnika, który sprzeniewierza pieniądze Doroty i Michała, a potem znika w tajemniczych okolicznościach. Oficjalna wersja jest taka, że „ginie podczas polowania”, ale tak naprawdę to oszust o wielu nazwiskach i twarzach. Jedną twarz traci, a drugą zyskuje, by wrócić jako brat bliźniak Reuta. Widzimy go potem zamaskowanego w szpitalu, całą twarz ma zabandażowaną jak mumia i bacznie sprawdza bogatych pacjentów. Tam w szpitalu poznaje Hankę i jej schorowanego ojca (Leon Niemczyk). A potem wykorzystuje okazję, by wreszcie pocieszyć i oczarować majętną Trzebuchowską i zostać jej narzeczonym. Miły, przystojny, elokwentny, kulturalny, z poczuciem humoru, w odpowiednim wieku szybko zyskuje sympatię Hanki, która w końcu zrywa z młodszym od siebie, nierozgarniętym Filipem filozofem. To nawet było do przewidzenia. Hanka miała dosyć nadętego pana ministra, a także nie była gotowa na romanse z artystą Adamem (By tak zagrać na nosie Dorocie), z kolei w związku z Filipem czuła się raczej jak matka lub starsza siostra, która co chwila poucza swojego partnera, jak żyć. Krzesimir Drucki okazał się najlepszą alternatywą — nie za stary, nie za młody i bardzo, bardzo… przebiegły. Na szczęście i Hanka ze swoim temperamentem kapryśnej dziewczynki doprowadzi go do szału i zrobi mu niezłego psikusa na koniec, a pomogą jej w tym Wanda, Wiktoria i Dorota. Oszust Drucki-Reut trafi jak kosa na kamień. No i powróci Filip Filozof, pragnący dokończyć magisterium o miłości, ale tym razem nie tylko z teorii ale i w praktyce, właśnie z Hanką.

Jerzy Lipert, dawna, wielka miłość Wiktorii, też chciałby w swojej życiowej opowieści dopełnić rozdział miłości i wypełnić go intensywniejszymi akapitami. Grany przez Jana Englerta, Lipert to spokojny, cichy mężczyzna, który nie unika romansu ze swoją sekretarką (Ewa Gawryluk), by jakoś znieść poczucie samotności w domu z chłodną żoną, graną przez Marię Gładkowską. Lipert to były tenisista, swego czasu mistrz, a obecnie właściciel klubu sportowego. Pewnie dalej by prowadził nudne życie emeryta sportowego i biznesmena, gdyby nie wścibska Dorota, która przypomina mu o jego dawnej miłości, Wiktorii. Dorota sugeruje Jerzemu, że Wiktoria ma z nim syna, co nawet cieszy samego Liperta, bo to tak, jakby po długiej samotności odnalazł on swoją wymarzoną rodzinę. Zresztą imię Wiktoria (Victory) idealnie pasuje do Mistrza tenisa. Żeby jeszcze tak wygrać szczęście rodzinne, to byłby przełom w życiu Jerzego. Nie jest jednak tak łatwo wrócić do Wiktorii, obok której już od dłuższego czasu kręci się ciapowaty Cezary (jak kula u nogi), za którego w końcu ona wyjdzie i równie szybko się z nim rozejdzie ku chwale ciekawej opowieści. Jerzy ma też zobowiązania wobec swojej żony, która zawiedziona jego romansami, potrąca po pijaku jakiegoś człowieka.

Wstrząśnięty tym wydarzeniem i zarazem szlachetny Jerzy postanawia wziąć winę na siebie, bo w pewnym sensie to on przyczynił się do takiego stanu swojej żony. Jerzego zresztą dobija wiadomość, że Wiktoria jednak z nim nie będzie i że Jurek to nie jego biologiczny syn. W takim stanie można iść tylko za kratki i wspominać swoje błędy z przeszłości. Robi się smętnie, refleksyjnie. Ale rzecz jasna nie na długo, bo oto pojawia się kolejna ciekawa postać. Tak jak wcześniej Wiktoria spotkała swoją pierwszą wielką miłość, czyli Jerzego, teraz próbuje poukładać swoje życie od nowa, odwiedzając szorstkiego ojca, z którym kiedyś popadła w konflikt i uciekła z domu

Ojciec Wiktorii, emerytowany policjant, Tadeusz Zarychta mieszka w starej kamienicy, gdzie praktycznie nic się nie zmieniło od momentu ucieczki córki. W tej roli Aleksander Bednarz, którego pamiętamy chociażby z kultowych „Psów”, gdzie grał majora Bienia. Bednarz zresztą idealnie pasuje do ról srogich urzędników, prokuratorów („Krótki film o zabijaniu”), czy wicedyrektorów („Ostatni dzwonek”). Ale gdy tylko się uśmiechnie, ten urzędniczy chłód przemija. To dobrze widzimy w roli dyrektora szkoły, w filmie „Wszystko będzie dobrze”. Oj będzie dobrze – także w tym serialu. I pośmiejemy się, gdy ojciec Wiktorii podczas obiadu rodzinnego będzie opowiadał historię o wężu Boa, który zniknął z posterunku policyjnego. Zanim jednak ta wesoła opowieść nastąpi w ostatnim odcinku, poznamy go jako nieco zakłopotanego, schorowanego bohatera, który próbuje się pogodzić z córką. A co było powodem tej wielkiej kłótni, która wygnała Wiktorię na szesnaście lat poza rodzinny dom? Tym powodem był związek z Jerzym. Więc gdy Jerzy trafia do aresztu za potrącenie człowieka, pan Zarychta jest szczerze zadowolony, że po latach lowelas Jerzy dostał wreszcie nauczkę. Prawda jednak szybko wychodzi na jaw, że to nie Jerzy prowadził samochód. Wiktoria także wstawia się za dawnym ukochanym u ojca, który mimo, że jest prawie na emeryturze wciąż dużo może: na przykład wypuścić Jerzego z aresztu. Wcześniej ojciec Wiktorii pomógł także oczyścić z zarzutów syna Elżbiety Kaiser. Na tatę można zawsze liczyć.

Więc czemu właściwie Wiktoria wstawiła się za Jerzym? Bo wciąż chce być jego kochanką, choć jednocześnie wciąż jest żoną Cezarego (z którym w końcu się rozwiedzie. Ale chyba o tym już wspominałem). Nadążacie? To jak odbijanie piłki na korcie tenisowym. Dopóki piłka w grze, dopóty uczucie drży i nie zamienia się w rutynę, a ten dreszczyk emocji, zdrady i namiętności cieszy nas telewidzów.

A skoro już mowa o ojcach, którzy z pewnością dla głównych bohaterek stanowią ważne kryterium wyboru ich życiowych partnerów, to warto tu przyjrzeć się świetnej roli Jana Machulskiego, grającego ojca Doroty, pana Padlewskiego. Dziarski, starszy Pan, który jest bardziej nowoczesny niż jego córka. Sama wnuczka, Klara podsumowuje go: „dziadek jest cool, a ty mamo jesteś zestresowana”. Dziadek właśnie założył agencję reklamową i dorabia sobie w kasynie, grając w ruletkę. Gdy Michał i Dorota tracą niemal cały majątek, ojciec Doroty im pomaga, bierze do siebie Klarę, ale przede wszystkim odnawia relację z córką, która od dawna nie odwiedzała starego ojca, zajęta romansami i pogonią za pieniędzmi. Sam na początku wypytywał wnuczkę, dlaczego to zawsze ona sama przychodzi do niego, a nie z rodzicami. Bo rodzice jak zwykle byli zajęcie zbyt wieloma sprawami. Jan Machulski to zresztą znak rozpoznawczy dla filmów swego syna, Juliusza, grał w słynnym „Vabanku”, „Kilerze”, „Vinci”. W tym serialu niespodzianką jest, że zobaczymy tu także mamę samego reżysera, Halinę Machulską, grającą panią Zofię, sąsiadkę ojca Doroty.

A na dokładkę zobaczymy także samego pana reżysera, Juliusza Machulskiego, który odegra rolę samego siebie – czyli reżysera, któremu spodoba się historia zaradnego Jurka uciekającego z domu, w środku wesela jego matki Wiktorii i Cezarego. Jurek zawędruje aż do Zakopanego, gdzie spotka ekipę filmową zajętą przygotowywaniem filmu "Girl Guide" z Pawłem Kukizem w roli głównej. To zresztą dzięki tej ucieczce i spotkaniu Jurka z reżyserem, Wiktoria pozna niejaką Elżbietę Kaiser (Grażyna Wolszczak), dziennikarkę telewizyjną, prowadzącą program o ucieczka młodych ludzi z domu, która także musi się uporać z problemami swojego syna (Jan Wieczorkowski). Poza takim cameo Machulskiego, zobaczymy w tym serialu także Tomasza Raczka, Pawła Kukiza, Szymona Majewskiego, czy Pawła Mossakowskiego grających samych siebie.

Z postaci drugoplanowych moją uwagę zwrócił też jowialny Artur Żmijewski jeszcze przed „Na dobre i na złe”, w roli kolejnego, przebojowego biznesmena, Piotra Rafalika, byłego tenisisty, który ma za sobą jakąś przeszłość kryminalną. To taki typ człowieka, który każdemu pożyczy, ale i będzie chciał sporo zarobić. Uwielbiam tą scenę, gdy Piotr oznajmia zdumionemu Cezaremu (próbującemu dopiąć marynarkę), że ich interes „futrzarsko-kuśnierski” jest także przemytniczy – Cezary się dziwi, że Rafalik i Wierzbicki nie opłacili podatków i ceł, ale Rafalik ze śmiechem oznajmia, że bynajmniej nie są przestępcami, bo przestępcy siedzą w więzieniach. Czego najlepszym dowodem jest nieuchwytny Reut-Drucki, który co chwila kogoś oszukuje i pożycza także od wyrozumiałego Rafalika, a to pieniądze, a to garnitury. Robert, były mąż Hanki, chociaż minister, to także korzysta z pożyczek od hojnego kolegi. Trzeba faceta zrozumieć. Jest w nagłej potrzebie finansowej, bo musi urządzić mieszkanie pewnej Pani Magdzie, która jest z nim w ciąży. Rafalik jest jak chodzący bank, który każdemu udziela pożyczki, choć nigdy nie wiadomo, co szykuje. Równie ciekawą postacią jest niejaki Waldemar, Waldek, Waldi, Łysy z Ochoty grany przez Macieja Kozłowskiego. Tego bohater poznajemy w dramatycznych okolicznościach, gdy to nagle Jakub Reut znika, a pojawiają się długi, które muszą spłacić Michał i Dorota. Waldek z początku kojarzy nam się z gangsterem, który kradnie wypasionego Jeepa Lindnerów, a później jeszcze porywa ich córkę, Klarę, którą jednak szybko oddaje. A wszystko po to, by odzyskać swoje pieniądze. Restauratorzy nie mają lekko i muszą czasem sięgać po inne środki perswazji, by zwalczyć niestrawność finansową. Kto by pomyślał, że już za parę odcinków ten facet o mrocznym obliczu okaże się dość sympatycznym gościem, który nawet załatwi pracę Michałowi i Dorocie w ich najgorszym okresie życia, gdy stracili oni fabrykę. Fantastyczna jest scena, gdy Waldek ubrany w dres opowiada zniecierpliwionemu Michałowi o swoim dzieciństwie, szkole kolejarskiej, fryzjerze i okolicy, w której się urodził. I jak zwykle ten twardy gość ulega sentymentom do przeszłości. Waldek właściwie po bliższym poznaniu, okazuje się naprawdę sympatycznym gościem, rozsmakowującym w serniku Doroty. Podczas gdy dziś wszyscy latają za kasą. Kto ma lepszą furę i gablotę. Zwłaszcza ci niepoprawni dorośli.

Ale pośród tych intryg i miłosnych rozterek są dzieci, które mają tu sporo do powiedzenia. Wydają się być nawet bardziej rozsądne od dorosłych, którzy ciągle sobie komplikują życie. Prym wiedzie Mateusz Damięcki, który w latach dziewięćdziesiątych zyskał sobie miano najpopularniejszego aktora dziecięcego (choćby produkcja „WOW”). Myślę, że gdyby nie Mikołaj Radwan, to właśnie Damięcki wskoczyłby na jego miejsce, by dyskutować z Piotrem Fronczewski w „Tata a Marcin powiedział”. Taki jest właśnie Jurek, mądrala, chłopiec, który dużo rozumie, dużo widzi i dużo przeżywa w swoim życiu. Wciąż zmienia miejsce zamieszkania z Wiktorią, która nie wie czego chce. W tej relacji między matką a synem najbardziej jednak zwraca uwagę to, że Wiktoria traktuje Jurka bardziej jak partnera niż jak dzieciaka, którego trzeba pouczać. Jurek jej partneruje, prowadzi ciekawe rozmowy, doradza, próbuje ją wreszcie umówić ze swoim starszym imiennikiem, czyli Jerzym Lipertem. A kiedy trzeba to ucieka z domu w dniu wesela Wiktorii i Cezarego, wiedząc dobrze, że jego matka popełnia okropny, życiowy błąd.

I taka sama jest też Klara, zaradna, wygadana córka Doroty i Michała, grana przez młodziutką Annę Muchę. To dziewczyna, która nigdy się nie smuci, tylko szeroko uśmiecha i patrzy badawczo przez swoje okulary. I ciągle gada, zasuwając ciekawymi kwestiami o byciu wegetarianką (dlatego nie gustuje w mięsie chłopaków), albo o tym, aby nie oszczędzać na kosmetykach, plombach i okularach, czy też o krytykach filmowych i „Forreście Gumpie”. Nie dziwne, że szybko znajduje wspólny język z Jurkiem i szybko stają się parą, która potrafi prowadzić ze sobą ciekawe dyskusje. Ona doskonale rozumie, że jej rodzice stracili niemal cały majątek, że za chwilę będą musieli sprzedać to super mieszkanie/penthouse i ograniczyć wydatki na to lub tamto. Klara się na wszystko zgadza, a tak w ogóle oświadcza, że nigdy nie lubiła tego wielkiego mieszkania, w którym wszyscy się mijali. I już się domyśla, że dziadek sprzedał drogi sprzęt hi-fi, aby pomóc rodzinie. To ona doradza ojcu (Krzysztof Stroiński), który tkwi w zawieszeniu między pracą kelnera (w restauracji Waldka) a bezrobociem, by wreszcie wrócił do tego, co lubił robić najbardziej: do uczenia chemii na uniwersytecie albo w szkole. Wcześniej taki konflikt nauczyciela akademickiego, próbującego być biznesmenem widzieliśmy w komedii „Kapitał, czyli jak zrobić pieniądze w Polsce”, gdzie żonę głównego bohatera grała również Gabriela Kownacka. W „Dzieciach i rybach” Bromskiego zobaczymy Krzysztofa Stroińskiego w roli nauczyciela matematyki. Może będzie zarabiał mniej, ale czy nie jest ważniejsze, by mieć więcej czasu dla siebie. „Cokolwiek postanowicie, będzie dobre” — mówi Klara z uśmiechem i wraca do nauki hiszpańskiego, nie chcąc sprawiać problemów rodzicom. Równie dojrzale prezentuje się najstarszy syn Wandy i Janka, Józek, który w momentach kryzysowych, gdy jego rodzice decydują się na separację, dogląda swoich dwóch młodszych braci, sprawdza im lekcję i odbiera ich na czas z dodatkowych zajęć.

Gdy patrzy się na ten serial, a nade wszystko słucha się jego dialogów, na myśl przychodzi skojarzenie z filmem „Dzieci i ryby” Jacka Bromskiego (który w tamtym czasie był kierownikiem literackim STUDIA ZEBRA), gdzie także zobaczymy Krzysztofa Stroińskiego, Annę Romantowską, Gabrielę Kownacką czy Jana Nowickiego. Tam również dialogi iskrzą różnymi aluzjami literackimi, filmowymi i humorem. Na przykład ten dialog między Dorotą a Michałem, gdy ten opisuje nieznajomą pannę w szlafroku, w mieszkaniu ojca Doroty. Dorota żartuje o pannie z mokrą głową, a Michał dodaje aluzję o „Lolicie” Nabokova, co już dodaje pewnej pikanterii. Słyszymy o filmach Luca Bessona, "Absolwencie" czy "Forreście Gumpie, który w tamtym czasie wchodził na ekrany kin. Albo rozmowa Jerzego i Rafalika, gdy witają się ze sobą po dłuższej przerwie, przywołując tekst piosenki z „Czterech pancernych” („W piecu napalimy, nakarmimy psa”). Rozmowa Jerzego z jego żoną, Marią, gdy ta oznajmia, że proponuje „pakt o nieagresji”, na co Jerzy odpowiada pytająco: „reprezentujesz ONZ czy Watykan”. No i jeszcze ta kwestia syna Wandy o szukaniu wspólnego mianownika w matematyce, co szybko przechodzi na znalezieniu wspólnego mianownika w małżeństwie Janka i Wandy. Albo z kolei oburzenie Janka na temat słowa „zajebiste”, jakiego to użyli panowie redaktorzy w piśmie „Ślizg”. Niegdyś straszne przekleństwo, dziś słowo codzienne. A tam! Ten serial jest zajebisty! Dialogi są tu niebanalne, metaforyczne, momentami literackie albo skeczowe.

Tą niezwykłą atmosferą poza świetną obsadą i dialogami, dopełniają także scenografie. A tak! One tu tez grają ciekawą rolę, zwłaszcza z perspektywy ćwierćwiecza, gdy wraca się do tego serialu i ogląda jak kronikę dawnych z dawnych lat. Ten ujmujący powiew lat 90-tych, rozciągnięte, przyduże ubrania, powszechny brak komórek, choć już Cezary jako postępowy biznesmen sobie załatwił wielki telefon, by kręcić nowe interesy. A Hanka i Filip sprawili sobie pagery („pagiery”, jakby powiedział ksiądz proboszcz z „U pana Boga za piecem”), którymi wysyłali sobie mylne wiadomości co do wzajemnych uczuć. Ciekawe wnętrza z duszą albo wciąż pamiętające dawny PRL ze słynnymi meblościankami. Jeszcze nie splamione deweloperskim, nieskazitelnym stylem rodem z telenoweli IKEA. Na uwagę zasługuje mieszkanie/penthouse Doroty i Michała, zwłaszcza salon z tym wielkim regałem, pełnym książek, czy ten piękny pałac, zakupiony przez Rafalika i wspólników. Podobny nieco do domu Nowaka z „Tygrysów Europy”. A tu poza tymi przesadnymi rezydencjami puka do nas Ronald McDonald. Już zapomniałem, jakie to było wydarzenie, gdy w latach 90-tych wychodziło się do McDonalda, by tak celebrować rodzinny posiłek czy urodziny. A w tym serialu mamy takie odniesienie, gdy synowie Wandy i Janka czekają z niecierpliwością na rodzinny wypad do amerykańskiej restauracji (której pierwsza filia w Polsce, powstała w Warszawie w 1992 roku, na miejscu dawnego Sezamu). Ale poza tym wyjściem do McDonalda równie ekscytujące były rodzinne wypady na rowery czy jedzenie placków ziemniaczanych i opowiadanie sobie zabawnych historii. Tak zwyczajne, a tak niezwykłe.

Perypetie naszych czterech, odważnych bohaterek dopełnia świetna muzyka Krzesimira Dębskiego z tytułową piosenką na czele w wykonaniu jego żony, Anny Jurksztowicz (matki Jimka). „Znudzony saksofon” do tematu Wandy i Janka, skoczny, marszowy temat z akordeonem, ukazujący biznesmanów, wkraczających w polski kapitalizm, zawodząca gitara z fortepianem, podkreślająca refleksyjność i rozterki bohaterek.

 




 



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH