BATMAN. W POSZUKIWANIU WŁASNEJ LEGENDY
— Więc czym pan się zajmuje panie Wayne? — Pyta słodkim głosem Vicki Vale w tej niezwykłej białej sukni. Pan Wayne próbuje odpowiedzieć, ale w tym momencie do zbrojowni wchodzi wierny sługa, Alfred i informuje, że komisarz Gordon nagle w pośpiechu opuścił bankiet charytatywny. Jakaż tego była przyczyna? Pan Wayne tak się starał, aby wszyscy się dobrze bawili, łącznie z władzami miasta, a tu nagle ktoś taki wychodzi. Panicz Bruce zasiada przed konsoletą i sprawdza, o czym to rozmawiał Gordon z policjantem. Zapomnieliśmy wspomnieć, że właściwie cała rezydencja Wayne’ a jest jak studio nagraniowe, gdzie są kamery i mikrofony, wyłapujące ciekawe fragmenty rozmów. Inwigilacja do potęgi! Ale w słusznej sprawie. Wystarczy przewinąć taśmę, pozbyć się zbędnych szumów i trzasków, aby wreszcie poznać powód nagłego wyjścia komisarza Gordona. To nie było takie trudne. Policjant zawsze jest na służbie. Jak zwykle, kolejny przestępca zaczął rozrabiać. Przestępca, który potem stanie się równie wielką legendą jak Pan Nietoperz.
— Chciałbym się z tobą kochać, ale on wciąż jest na wolności. Mam robotę. — powiada pan Wayne do zrozpaczonej Vicki, która teraz rozumie, czym jej ukochany się zajmuje. Dopóki są przestępcy, pan Wayne ma pełne ręce roboty. Cholerny idealista, chcący zmienić świat na lepsze. Żegnaj normalne życie. Ten świat nie musi być idealny, wystarczy, że oni będą się kochali. Bruce znika w półmroku. Vicky zaciska usta z żalu.
Czarny, połyskujący nietoperz, idealnie wycięty w metalu, przypomina fragment większej układanki, który łączy wszystkie wydarzenia z życia pewnego człowieka. Tu skosy, tam łuki, szpice, ciemne tunele, które przemierzał osierocony chłopiec. Ale ileż to bólu, frustracji, lawy nienawiści i ile zimnych łez przelało się wokół tego symbolu, by wreszcie wyraźną pieczęcią odbił się on w umyśle pewnego miliardera z kompleksem zbawiciela, który o dziwo nie wpadł na to, by kolonizować Marsa.
Historia Batmana to dla mnie genialna opowieść o tym, jak można przekuć swoje demony, lęki, koszmary w siłę. Wydrążyć swój logotyp w ciemnej jaźni, nakreślić siebie mocną kreską, wykluczyć zbędne niedopowiedzenia, podkreślić, to, co charakterystyczne, co jest naszą siłą i esencją. Bob Kane mógłby być z siebie dumny, że dołączył do grona tak wpływowych mitotwórców popkultury. Bo przecież historia Batmana to nie tylko komiksy, efektowne stroje i gadżety. To taka psychoanaliza w popowym wydaniu, czerpiąca z obfitego źródła archetypów. Gdzieś nam przemyka bogaty szlachcic na czarnym koniu w masce Zorro, który postanawia wymierzać sprawiedliwość i pomagać ciapowatemu sierżantowi, a po skończonym spektaklu znika w ciemnościach jak widmo. I w Polsce mieliśmy takiego bohatera, którego portret nakreślił nam Leopold Tyrmand w powieści „Zły”.
Trudno to w to uwierzyć, ale Batman zagościł w popkulturze osiemdziesiąt lat temu, jako komiksowy bohater. Zupełnie inny niż superman, bardziej heroiczny i ludzki. Dobrze wyćwiczony wojownik, który w pełni wykorzystuje zaplecze wschodnich sztuk walki, a nade wszystko w swojej misji zmieniania świata na lepszy, mierząc się jednocześnie ze swoimi demonami z przeszłości. O tym, że historia Batmana jest wciąż na topie, świadczą kolejne produkcje, jak choćby ta ostatnia z Robertem Pattinsonem w roli głównej, idąca już w stronę poetyki mrocznej mieszanki thrillera i kryminału. A wcześniej także mogliśmy podziwiać seriale: „Gotham”, „Pennyworth” , filmy: „Joker”, „Catwoman” no i epicką trylogię Nolana.
Jednak kiedy ja słyszę słowo: „Batman”, zawsze powraca do mnie film Tima Burtona, z 1989 roku. Oglądany pierwszy raz w pewne święta Bożego Narodzenia, wraz z „Kevinem” (a to niespodzianka, Batman nie uratował Kevina przed zbójami) na stałe już odbił się w mojej wyobraźni. To tak jak bajka czytana na dobranoc w dzieciństwie. Nie sposób jej wyprzeć z pamięci. Bo rzeczywiście Burton jak żaden inny reżyser, potrafi nadać swoim filmom klimat baśni, która bardzo mocno oddziałuje na wyobraźnię. Każdy z elementów tego filmu idealnie ze sobą współgra. Już w muzyce Danny’ ego Elfmana czuć ten baśniowy nastrój, wyrażony przez te dzwoneczki chórki i wreszcie ciemne barwy gongów podkreślające mrok całej historii. Kolejną istotną częścią są scenografie Antona Fursta (mieszanka neo noir, wnętrza w stylu art. deco i kultowy Batmobil). To przedziwna kombinacja mrocznego Nowego Jorku, antycznej Grecji i może XIX-wiecznego Londynu z kiczowatymi dodatkami. Raz widzimy brudne, zatęchłe ulice z posępnymi posągami, a potem ten jasny apartament Vicki Vale. Ciekawe są również kostiumy bohaterów. Spójrzmy tylko na ubrania gangsterów, te płaszcze, pasiaste, szerokie garnitury i kapelusze, jakbyśmy się przenieśli do lat trzydziestych. A potem znowu widzimy, jak po ulicach śmigają nowsze samochody, Mercedesy i BMW, a także ludzie są ubrani współcześnie. Tylko jakoś pan Batman i Joker wydają się być z innej epoki. Wszystko to się cudownie miesza w tej komiksowej stylistyce. Za tą niezwykłą wizję Gotham City, Furst został nagrodzony Oscarem. Mrok wylewający się z tego upadłego miasta w końcu jednak dopadł samego twórcę, który dwa lata od premiery filmu popełnił samobójstwo, dokładnie w tym samym dniu, w którym umarli Freddie Mercury i Eric Carr.
Na zdjęciach archiwalnych możemy zobaczyć, jak to całe mroczne Gotham City składa się zaledwie z kilku planów, ulic, ważniejszych budynków (choćby charakterystyczne muzeum z okrągłym oknem, ratusz czy wejście do katedry), które zmieściły się na terenie Pinewood Studios w Londynie. W Wielkiej Brytanii, konkretnie w rezydencji Knebworth House (na zewnątrz) oraz Hatfield House (wnętrza, zbrojownia i biblioteka) pan Bruce Wayne odnalazł swój dom. Zresztą ta słynna rezydencja najbogatszego mieszkańca Gotham występuje w różnych „odmianach”. Raz to jest niski zamek, z kolei w drugiej części „Batman returns” występuje on jako wysoka, trójsegmentowy dom o strzelistym dachu, której miniaturę widzimy także w akwarium, gdzie Bruce uruchamia sekretne przejście do jaskini. Oglądając te wszystkie wymyślne mechanizmy i bajery w zamkowych sceneriach, od razu przypomina mi się „Rodzina Addamsów” z 1991 roku, kiedy to Gomez wprowadza Festera do skarbca. Widzimy imponujące wnętrza, pułapki, mechanizmy. Poza ciekawą fabułą samych filmów, towarzyszy nam także radość ze zwiedzania tych niezwykłych domów, które niestety istnieją tylko w wyobraźni twórców. Zarówno w przypadku „Rodziny Addamsów” jak i „Batmana”, twórcy stanęli wobec wyzwania, by z komiksowych transz poskładać ciekawą historię. Scenariusz Sama Hamma i Warrena Skarena (który wcześniej pracował nad „Sokiem z żuka”) jest esencją dotychczasowych przygód człowieka nietoperza. Ta zwarta opowieść jest także potwierdzeniem zasady, że każdy komiksowy bohater, przedzierający się przez stosy dziwnych przygód. potrzebuje tej jednej, epickiej historii, która wyjaśni, skąd przybywa, z kim walczy i dokąd zmierza.
Tu wszystko opiera się na mocnej konfrontacji Batman z Jokerem. Co ciekawe, ci obaj bohaterowie stworzyli siebie nawzajem i to jest najsilniejszy punkt w całym scenariuszu. Najpierw to Jack Napier, lokalny gangster z ekipy Grissoma zabił rodziców Bruce’ a Wayne’ a, przez co chłopiec obudził w sobie chęć zemsty, by pozbyć się z tego miasta wszelkich bandytów. I tak powstał Batman, który podczas interwencji w Axis Chemicals zrzucił Jacka Napiera do pojemnika ze żrącymi chemikaliami — i tak powstał Joker. Obaj ci panowie stworzyli siebie ze swoich lęków, żądz, słabości i jednocześnie wykreowali sobie silnych antagonistów, którzy pobudzają ich czujność i kreatywność. Są jak dwie strony medalu. Obaj nie mogą bez siebie funkcjonować. Batman potrzebuje bandytów, by z nimi walczyć i uciekać od bliskości. Joker potrzebuje Batmana, by go ośmieszać. Obaj są tak samo zwariowani. I wszystko pięknie się uzupełnia. Ale oczywiście poza tym wątkiem sensacyjnym, dochodzi także romans. Widzimy tu konflikt bohatera, który musi żyć w mroku tego świata, walczyć z jego złem i nie jest w stanie wpuścić do siebie anioła, który by go uratował. Bo tak właściwie prezentuje się Vicki Vale (Kim Basinger) w białym płaszczu, schodząca do jaskini nietoperzy, by poznać prawdę o ukochanym. Ta pani w białych szatach jest jak czarodziejka, która swoją miłością, próbuje rozświetlić posępny świat Bruce’a, ale on nie potrafi zerwać ze swoją misją. Urodził się w mroku i mrok go pochłonie. Dla niego jedynym sensem jest zwalczanie tych wszystkich bandziorów. Tu znów pojawia się motyw oddanego bohatera, co potem zobaczymy w „Gorączce” Michaela Manna. Porucznik Vincent Hanna tonie w coraz większym mroku zastanych zbrodni, podczas gdy jego żona, Justine uparcie chce go wyrwać stamtąd.
Vicki z kolei, jako fotograf dokumentująca niejedno okrucieństwo wojny (zdjęcia czaszek, które tak podobają się Jokerowi), doskonale wie, że ten świat nigdy nie będzie idealny. Podobnie jak zatroskany Alfred, starszy kamerdyner Wayne’ a, Vale chciałaby, aby Bruce zapomniał o swojej misji, zabił w sobie Batmana i cieszył się zwyczajnym życiem, tym bardziej, że jako miliarder nie ma zbyt wielu trosk na głowie. Ale może właśnie ten nadmiar bogactwa każe Wayne’ owi uparcie walczyć o lepszy świat, by tak spłacić dług za swój dobrobyt. Początkowo do roli Vicki Vale brano pod uwagę Sean Young, aktorkę znaną z „Blade Runnera”, która w ostatniej chwili złamała obojczyk. Potem jeszcze starała się o rolę Kobiety Kot w „Powrocie Batmana”, ale ostatecznie przegrała z Michelle Pfeiffer. Kim Basinger została ściągnięta na plan w ostatniej chwili. Za sobą miała już głośne „Dziewięć i pół tygodnia”. Zmysłowa i anielsko niewinna. Nie trudno się dziwić, że gdy Bruce ją zauważa na bankiecie, zupełnie nie wie, gdzie postawić kieliszek. Na szczęście tuż obok jest niezawodny Alfred z tacą. Vicki Vale wraz z dziennikarzem Aleksandrem Knoxem uparcie szuka dowodów na prawdziwość legendy o Batmanie. Trochę tu przypomina fotografkę, Helene, która wraz ze swoim narzeczonym, sprytnym dziennikarzem Fandorem szukają potwierdzenia legendy o słynnym przestępcy, Fantomasie we francuskiej komedii o tym samym tytule. Wścibstwo Panny Vale zostanie odpowiednio nagrodzone, bo znajdzie się ona w jaskini samego Batmana, ale najpierw jako fotoreporterka (bez aparatu) a potem jako kobieta-anioł (w bieli) próbująca wyciągnąć Bruce’ a z piekła jego chorobliwej misji ratowania niedoskonałego świata.
Mroczny, cichy, małomówny Batman mierzący się z kolorowym, głośnym, jaskrawym Jokerem i jednocześnie przeżywający kryzys uczuciowy, w którym boi się zaufać kobiecie. Ciemny film Burtona, jak żaden inny zdefiniował na nowo tą legendarną postać i jej środowisko. Odcisnął wyraźne piętno na późniejszych twórcach franczyzy Batmana. Zarówno baśniowe scenografie, niezwykłe gadżety, jak i ten dramatyczny wątek głównego bohatera czy wreszcie wyrazista obsada: Michael Keaton i Jack Nicholson, sprawiają, że ten „Batman” z 1989 roku jest po prostu idealny. Wszystko w nim jest dopracowane na ostatni guzik. Film się nie przeciąga, nie nudzi, momentami śmieszy, przeraża, wzrusza i zachwyca. Genialna bajka, której nie masz dość. Pamiętam ją z dzieciństwa i wracam do niej jako dorosły i nadal uważam, że ten film ani trochę się nie zestarzał. Ale może to sentymenty biorą tu górę nad uczciwą krytyką tego dzieła?
Trudno nawet sobie wyobrazić, że Batman w początkowych wersjach występował w kolorowym wdzianku, co mogliśmy zobaczyć w serialu z lat 60-tych. To wręcz niedorzeczne! Batman to czernie, szarości, mrok. I oczywiście koszmarnie niewygodny strój, na który już zwracali uwagę Val Kilmer czy George Clooney (idealnie skrojeni do ról super bohaterów), również przepraszający za porażkę kolejnych filmów o Batmanie w reżyserii Joela Schumachera. Kilmer na jednym ze spotkań z fanami komiksów powiedział, że noszenie stroju człowieka-nietoperza uświadomiło mu, czym jest starość. No bo jeśli jesteś zapakowany w dość sztywne wdzianko (sporo plastikowych elementów), to masz też ograniczone ruchy. Ktoś musi cię obsługiwać, podać wodę i pomóc w łazience. Sama maska, zakrywa uszy, więc słabo słyszysz. Maska także trochę napina skórę na policzkach, przez co Batman wygląda jak smętny posąg z kamienia, podczas gdy Joker wyrzeźbił swój uśmiech tak sprytnie, że dokonuje zbrodni zawsze z wielką radością i bez wyrzutów sumienia. Generalnie będąc w stroju Batmana, człowiek czuje się jak sparaliżowany albo stary. A w filmie nasz bohater (wspierany przez kaskaderów) śmiga tu i tam nad zdumionymi bandytami.
Równie zdumiewające jest to, że właśnie w tej kultowej wersji z 1989 roku rolę Batmana zagrał Michael Keaton, który zyskał sobie miano aktora komediowego („Pan mamuśka”). Zresztą sama wytwórnia Warner Bros również nie była zachwycona pomysłem, aby to komik wcielił się w człowieka-nietoperza. W przeciwieństwie do Kilmera, Clooneya, Afflecka, Bale’, Michael Keaton to drobny człowiek, z lekkimi zakolami. Nie wygląda jak postrach Gotham. Bruce Wayne w jego wydaniu to nie pewny siebie biznesmen, a raczej niezdarny, wyobcowany, roztargniony, z poczuciem humoru mężczyzna, podobnie zresztą jak Selina Kyle w wykonaniu Michelle Pfeiffer. A tu nagle odwracamy monetę i oto widzimy zamaskowanego Keatona w stroju Batmana. Oszczędny w słowach (ten niezwykły głos i usta) i w mimice. Opanowany odpiera spokojnie każdy cios przeciwnika. I od razu myślimy: tak to jest Batman! Niejeden komik potrafi zaskoczyć swoim dramatycznym wyczuciem, jak to już widzieliśmy u Robina Williamsa, czy Jima Carreya, który z kolei zagrał Edvarda Nygmę w późniejszej odsłonie „Batmana” Joela Schumachera.
Dla wielu pokoleń to właśnie Michael Keaton pozostanie tym Batmanem z osobowością. Bo Keaton nieźle wygląda, ma urok przystojniaka i zawadiaki, ale jak żaden inny aktor potrafił nadać Wayne’ owi i Batmanowi głęboką osobowość, czego już Kilmer, Clooney czy Affleck nie dali radę. Ozdobili go tylko swoją przystojnością. Co do Christiana Bale’ a można dyskutować. Niegdyś Patrick Bateman („American psycho”) potem Batman. Zarówno jeden jak i drugi mają dwie jaźnie. Bale miał większe pole do popisu, by pokazać zmagania Bruce’ a Wayne’ a z samym sobą na tle epickiej trylogii Christophera Nolana. Co do Keatona, to jednak żal bierze, że nie zdecydował się nakręcić kolejnych przygód. Być może nie chciał zaszufladkowania. Ale chyba za późno, bo wystarczyły zaledwie te dwa filmy o mrocznym rycerzu, by aktor stworzył nieśmiertelną kreację. Z balastem tej roli rozliczył się na swój sposób w filmie „Birdman”, a potem jeszcze powrócił do niej we „Flashu” obok Bena Afflecka. Ciekawostką jest to, że początkowo do roli Batmana brano pod uwagę Raya Liottę, znanego nam później z kultowej produkcji „Chłopcy z Ferajny”. Liotta był też rozważany do roli Jokera i Harveya Denta. W końcu jednak nie znalazł miejsca w mrocznym Gotham, za to został gangsterem.
O ile wobec Keatona można było mieć wątpliwości, czy będzie pasował do tytułowej roli, o tyle wobec Jacka Nicholsona, który miał już za sobą takie głośne produkcje jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy słynne „Lśnienie”, nie było takich obiekcji. Wręcz przeciwnie, Sam Bob Kane aprobował Nicholsona jako Jokera. No bo kto inny mógłby zagrać szaleńca z demonicznym poczuciem humoru? No kto, jak nie stary dobry Jack. Zresztą nazwisko Nicholsona to także dobry omen dla całej produkcji, bo to także nazwisko Malcolma Whelera Nicholsona, założyciela DC COMICS, gdzie Batman ukazał się światu po raz pierwszy. Ciekawostką jest, że pierwszym kandydatem do roli Jokera był Brad Dourif (czyli jadowity Grima z „Władcy Pierścieni”), który nota bene z Nicholsonem spotkał się w kukułczym gniazdku, grając tam nieszczęśliwie zakochanego Billy’ ego Bibbita.
Swoją drogą ten „Lot nad kukułczym gniazdem” ukrył jeszcze dwóch przeciwników Batmana: Danny’ ego DeVito, który wcieli się w Pingwina oraz Vincenta Schiavelli’ ego, grającego jednego z opryszków gangu Pingwina w drugiej części; „Batman returns”. Z kolei sam Michael Keaton w filmie „Dream team” swoją rolą zbuntowanego, agresywnego pacjenta zakładu psychiatrycznego, powtórzy trochę styl Randala McMurphy’ ego Nicholsona. Kto wie, może taka przyszłość czeka Bruce’a Wayne’ a, właśnie w zakładzie psychiatrycznym. Arkham Asylum zamknie niejednego bohatera i wypuści szaleńca. Scarecrow (Cillian Murphy) powróci jako Oppenheimer, twórca bomby atomowej. Ale Batman i z tą bombą się upora w ostatniej części trylogii Nolana. A potem może dostanie załamania nerwowego. Smutny koniec bohatera, któremu nie udało się zbawić Gotham. Zresztą gdy przypomnimy sobie scenę, w której Bruce Wayne w apartamencie Vicki Vale wymachuje pogrzebaczem przed Jokerem i mówi „Zwariujmy razem!”, wręcz czuć, jak gęsto w tym mieszkaniu od szaleńców. Obaj są siebie warci. Przebierańcy idący w skrajności.
Ostatnio Joker Nicholsona doczekał się mocnego konkurenta w postaci Heatha Ledgera, którego rola naczelnego błazna Gotham City była tą ostatnią i najważniejszą w jego karierze. To spore wyzwanie zagrać kogoś, kto nie ma żadnych hamulców. Ledger jest zarazem tak bezwzględny i tak nieobliczalny. Nigdy nie wiadomo, kogo pokona ołówkiem i kiedy wysadzi w powietrze cały szpital.
Ale i Joker Nicholsona dokonując najcięższych zbrodni, czyni to z takim humorem, głupawym uśmiechem i w rytmie skocznej muzyki Prince’ a, że właściwie nie odbieramy jego poczynań jako ciężkich zbrodni, tylko jako komediową wariację. I to jest chyba najbardziej przerażające w działaniach Jokera, że pośród tego śmiechu (na skutek zatrucia gazem Śmiechex) śmierć drugiego człowieka traci swój patos, wartość. I to jest także wielki sukces tego bohatera, że w jego wykonaniu jakakolwiek zbrodnia nie kojarzy się z grozą a raczej z komedią. W tym Joker Nicholsona stał się arcymistrzem. Ściska dłoń staremu kumplowi z mafii i doprowadza do jego spalenia. Gdy na fotelu stygnie upieczony kościotrup, Joker śmieje się jak szalony. I my również jesteśmy tym rozbawieni, a gdzieś w głębi przerażeni.
A potem na dokładkę pojawił się Joaquin Phoenix, ukazujący jeszcze głębszy wymiar osoby Jokera, jako tego niezrozumianego, samotnego aktora, egzystencjalisty na placu pełnym obojętnych kukiełek, żyjących codziennie tak samo. Jego bronią jest szaleństwo, gdy przestaje żyć wedle reguł tego szalonego świata i zaczyna przemawiać do ludzi swoimi zbrodniami, by tak go usłyszeli i być może coś zrozumieli w tym wielkim żarcie, jakim jest życie. To kolejna ewolucja Jokera, który przestał być tylko jaskrawym, komiksowym bohaterem, a objawia się nam się jako błazen z łezką pod okiem, noszący w sobie olbrzymi ból egzystencjalny. Momentami żal nam tak zdesperowanego bohatera, któremu powoli puszczają hamulce, by tak dotrzeć do uśpionej ludzkości.
Ale żal także panicza Wayne’ a, który w tak młodym wieku stracił oboje rodziców. I to wszystko stało się na jego oczach. Dwa strzały. Bogaci muszą zginąć, by biedni mogli przeżyć o parę tygodni dłużej. Już w scenie otwierającej „Batmana” Burton widzimy jak typowa rodzina: ojciec, matka i syn, prawdopodobnie nietutejsi, zagubieni w piekle szukają taksówki, by wydostać się z tego mrocznego Gotham. Trafiają w ślepy zaułek, gdzie napada ich dwójka rabusiów. Ta scena to echo bolesnych wspomnień samego Wayne’ a, którego rodziców zamordowano właśnie w takim zaułku. Ta scena także doskonale tłumaczy powód dla którego Bruce wciąż chce walczyć z przestępcami. On chce cofnąć czas, ratując tych ludzi w potrzebie, w których widzi swoich rodziców. To w tej scenie człowiek-nietoperz przedstawia się niskim głosem się: „I’ m Batman”, choć oryginalnie w scenariuszu i komiksach nasz mroczny Rycerz przedstawiał się jako „Noc”. A noc w Gotham to otchłań, rozpacz. Zbrodnia i ból.
Milion długich lat w ciemnym pokoju. Jak szukać w tym sensu? Zaciskasz pięści i chcesz bić się ze wszystkimi. Chcesz zostać mścicielem? A może kimś więcej. Legendą. Ale jak to osiągnąć? Przecież jesteś tylko człowiekiem. Może bogatszym od innych, ale jednak tylko człowiekiem. Jest w tobie coś więcej. Ta druga natura, ukryta w zimnym, ciemnym wnętrzu. Już słychać to echo.
Mówi się, że życie bogaczy musi być śmiertelnie nudne, skoro mają wszystko pod nosem. Istotnie, w wielkim, pustym domu pana Wayne’ a niczego nie brakuje, oprócz rodzinnej atmosfery. O pieniądze nie trzeba się martwić. Jest się spadkobiercą wielkiej fortuny, która wciąż się mnoży. Tu Batman, tam Ironman. Czy super bohaterowie są zawsze miliarderami? W takim razie Richard Branson, Jeff Bezos czy Elos Musk też wiodą życie superbohaterów… szukających uparcie nowych możliwości na Marsie. A Bruce Wayne? On też trochę jest jak z Marsa, z innej planety. Po co wieść życie bogatego playboya, skoro można zainwestować w batmobil, a garnitur od Armaniego spokojnie zamienić na praktyczny batsuit. A to dopiero początek całego arsenału różnych ciekawych gadżetów, które pomagają wyjść z opresji głównemu bohaterowi.
Te małe metalowe nietoperze wbijające się w powierzchnię i te linki wypuszczane z pistoletu, kiedy wróg otacza ze wszystkich stron. Christopher Nolan w swojej epickiej trylogii (a zwłaszcza w pierwszej części) stara się odpowiedzieć na legendarne pytanie Jokera: „Skąd on bierze te cudowne zabawki”. No właśnie. Bogatego stać na wiele. Ale czy może sobie kupić tak po prostu tą niezłą brykę i cały kombinezon? Oczywiście, że nie. Bruce Wayne to nie tylko bogacz, którego stać na wiele dóbr luksusowych, to także wynalazca, który wraz z bardzo pomysłowym Luciusem Foxem buduje całe Bat-Imperium od starannie skomponowanego stroju, pancerza, maski, peleryny, po samochód i jaskinię pełną unikalnych patentów. Nota bene Morgan Freeman po raz kolejny wciela w wiernego pomocnika głównego bohatera. Wcześniej grał w Skazanych na Shawshank, gdzie dostarczył swemu kumplowi młotek geologiczny, z kolei w Robin Hoodzie zapewnił pomoc w decydującym starciu. Freemana warto przytoczyć jeszcze przy okazji filmu „Siedem”, którego mrok, ciemność przypominają charakter miasta Gotham, gdzie co chwila wydarzają się jakieś zbrodnie. Gotham niczym „God damn” – miasto przeklęte przez Boga, z którego lepiej uciekać jak najdalej albo skazać się na zagładę. Bohater grany przez Freemana, detektyw Sommerset w jednej ze scen wsiada do taksówki, mówiąc taksówkarzowi, by odjechali jak najdalej z tego miasta. To tak brudne i mroczne miasto, że chce się je porzucić. Bo każdy policjant, ambitny czy znudzony jest tu tylko Syzyfem, codziennie toczącym swój kamień. Nie inaczej jest z Batmanem, który swoją misją dźwiga codziennie krzyż i pomaga mu w tym właśnie pomysłowy Lucius Fox. Ale efektowne akcesoria to nie wszystko. Kto poda Bruce’owi Wayne’ owi skarpetki? No oczywiście lokaj, Alfred Pennyworth, o którym możemy się trochę więcej dowiedzieć w serialach „The Batman” czy „Pennyworth”, gdzie bynajmniej nasz lokaj nie jest zwyczajnym sługą i ma za sobą bogatą przeszłość jako bojownik sprawiedliwości. U Burtona Alfred w wydaniu Michaela Gougha jest starszym panem w okularkach, starannie ulizanym brylantyną, który zawsze wciśnie odpowiedni guzik, by doprowadzić całą akcję do końca, a przy okazji poda zupę na chłodno. Ale nade wszystko jest to oddany przyjaciel, który coraz bardziej martwi się o swego samotnego pracodawcę. Bo przecież kiedy Alfred umrze, panicz Wayne zostanie sam. To mu nie daje spokoju. Pennyworth w końcu prowadzi Vicki Vale do Jaskini Batmana, by zdradzić sekret Bruce’ a. To chyba pierwsza taka rewolta ze strony wiernego sługi, który zaczyna ingerować w życie swego pana. U Nolana to Michael Caine z kamiennym wyrazem twarzy i angielskim sznytem przywdziewa strój lokaja i jak najbardziej mu do twarzy w tej roli. Ale co ciekawe charakteryzatorzy jakoś nie postarali się w kwestii upływu czasu. Alfred wygląda tak samo, kiedy panicz Wayne ma lat dwanaście i gdy ma trzydzieści. Może w ten sposób twórcy chcieli pokazać, że Pennyworth jest niezmienny, wręcz niezniszczalny i oczywiście wierny. Jest zawsze taki sam, pragnie być opoką dla zmiennego Bruce’ a Wayne’ a, który wciąż zmaga się ze swoimi demonami.
U Burtona te demony są bardzo wyraziste. Jaskrawe stroje i głośne śmiechy przeciwników Batmana idealnie kontrastują z mrokiem i opanowaniem głównego bohatera, którego zdefiniowała ciemność groty podobnej do grobu. Bruce Wayne umarł. Narodził się Batman. Stoi on niczym posąg na dachu katedry i patrzy w dół (jak dzwonnik z Notre Damme?!) na ten istny karnawał zbrodni, gdzie każdy ma coraz inną maskę. Nowe interpretacje filmowe uniwersum Gotham, pokazują nam, że ci wszyscy komiksowi dziwacy w maskach to w gruncie rzeczy różne psychologiczne strategie. Ludzie z traumami, ambicjami, żądzami. W obecnych ekranizacjach nie są oni już tak dziwaczni, baśniowi, pstrokaci, cyrkowi i zabawni jak u Burtona czy Schumachera. Burton właśnie oprócz tej baśniowo-komiksowej aury, nie żałował humoru w swoich ekranizacjach. Reżyser wręcz śmieje się z efektownych pojedynków w stylu Stevena Seagala czy Johna Woo. Wystarczy tu wspomnień tą scenę z nożownikiem, który wymachuje na wszystkie strony nożami, jakby miał przymocowane do rąk śmigła, podczas gdy opanowany Batman powala go jednym kopem. Trochę to kojarzy się z pojedynkami Indiany Jonesa, który zmęczony „naparzaniem”, strzela z rewolweru do faceta z mieczem i po sprawie. Jeszcze lepsza scena jest w „Powrocie Batmana”, gdzie nasz mroczny bohater walczy z gangiem Pingwina (Danny DeVito). Otoczony przez akrobatów z cyrku używa swojego małego Batwinga (kolejna cudowna zabawka), który jak bumerang celuje w każdego oprycha, oprócz pewnej rokokowej damy o kamiennym wyrazie twarzy, której zwinny pudel łapie latający gadżet Batmana i chowa się. A to ci dopiero. Nawet Batman nie kryje zdumienia. Arystokracja zwyciężyła nietoperza! Zaskoczenie i śmiech na sali, którego jeszcze będzie wiele podczas oglądania Burtonowskiego spektaklu. Podobną drogą idzie Schumacher, nie odmawiając sobie komiksowej przesadności i narracji w stylu pulp. Jeśli nawet tu cała historia i charaktery nieco kuleją, to jednak gadżety i sama wizualność filmu broni się na plus. Ale to Nolanowi trzeba oddać sprawiedliwość, że w swojej trylogii, idącej torem kina sensacyjnego, pełnego strzelanek i bijatyk, reżyser znajduje miejsce na głębsze przystanki i psychiczne rozterki bohaterów. To dobrze widać, gdy młody Bruce miota się między swymi ideałami a autodestrukcją, wypowiadając wojnę wszystkim przestępcom, nie mając nawet solidnego zaplecza. Jest tak narwany, ocieka gniewem, bierze rewolwer na proces sądowy mordercy rodziców, że w końcu jego przyjaciółka, Rachel McAdams go policzkuje i każe mu się opamiętać. Przypomina mu, że zemsta to nie to samo co sprawiedliwy wyrok. To rozeznanie jeszcze długo będzie prześladowało Wayne’ a, który uroił sobie wymierzanie sprawiedliwości wedle własnej optyki. I potem jeszcze zobaczymy jak Bruce zmaga się ze swoim mistrzem Ras Al Ghulem, który co chwila prowokuje go do wydobycia z siebie tych wszystkich pretensji, jakie w nim siedzą.
Filmy Nolana nie są tak mroczne, ciemne jak u Burtona. Wbrew pozorom jest tam stosunkowo jasno. Miasto Gotham zdaje się przypominać Nowy York albo Chicago. To świat, który znamy, który jest tuż obok. A te wszystkie zbiry, które się pojawiają to głównie bosi narkotykowi (typowe problemy świata przestępczego: broń i narkotyki). Nie uświadczymy tam tak absurdalnych broni jak gaz „Śmiechex” czy wielka zamrażarka Mr. Freeze’ a. Trylogia Nolana jest jaśniejsza także pod kątem logiki. Dobrze wiemy, skąd Bruce Wayne bierze swoje zabawki i jak je modyfikuje z pomocą pana Foxa. U Burtona z kolei Mroczny Rycerz naciska magiczny guzik i nagle podjeżdża Batmobile albo wysuwa się jakaś lina z zaczepem i nie ma żadnych kulisów. Burton swojego Batmana właściwie urywa i pozostawia widza w niedosycie i tajemnicy. Bo nie wiadomo czy Bruce odnajdzie Selinę i spędzi z nią resztę życia? Żegna nas senny, zimowy obrazek jak z pocztówki Bożonarodzeniowej. Nolan natomiast wszystko pięknie domyka. Batman staje się legendą i niejako odkupicielem grzechów Gotham, mesjaszem, którego warto czcić i podążać jego drogą (motyw Robina). Natomiast Bruce Wayne uznany za nie żyjącego, uwolniwszy się od swojego alter ego i demonów przeszłości, odzyskuje na szczęście spokój i normalność. Rozpoczyna nowe życie u boku Seliny Kyle ,która również zerwała ze swoim kocim imagem. Nietoperz udomowił kota. I tak powinno być.
Ile jeszcze będzie Batmanów i który przebije następne? Czy znów będziemy prowadzili te cholerne dyskusje, który jest lepszy lub bliższy naszemu faworytowi z 1989 roku? Dajmy spokój. Schowajmy te nietoperze i inne dziwne maski do szafy i cieszmy się jasnym dniem naszej zwyczajności, gdzie nie musimy odgrywać super bohaterów, a jedynie przyzwoitych ludzi.
Wiem, to naiwne zakończenie, ale na razie nic mi nie przychodzi do głowy.
Do następnej edycji i redakcji tegoż tekstu.
Komentarze
Prześlij komentarz