MCGYVER
Najpierw to intro
Gitary i syntezatory, oddające proces kojarzenia, następnie dzwoneczek/trójkąt, jakby już świtał w głowie jakiś pomysł, potem elektroniczne bębny Simmonsa, symfoniczne wstawki, jakby nastąpił przełom. Wreszcie rytm i akcja – McGyver wciela swój pomysł w życie. Będzie głośno, wybuchowo i pomysłowo.
Z perspektywy trzydziestu paru lat serial ten jest już nieco przestarzały, naiwny ze zbyt jaskrawymi bohaterami. Kto dziś ogląda McGyvera? Uśmiech politowania. Chyba tylko ci, którzy kiedyś wychowali się na tej produkcji. Może właśnie dla nich twórca oryginalnej serii, Lee David Zlottoff odkurzył nieco zaśniedziałą markę, ale nie zalśniła ona złotem jak kiedyś. Nawet George Eads znudzony etatem w CSI, gdzie trzeba tylko badać, mierzyć, szukać u boku Gilla Grissona, nie sprawił, że ta produkcja była wyjątkowa. Typowy sensacyjny serial, pełen fajerwerków, gdzie wszystko przebiega wedle znanych schematów. Ale tak jest niemal z każdym remakem produkcji, która miała coś w sobie. Również „Magnum” doczekał się swojej nowej wersji. No i co? Pstro. A zresztą po co wracać na Hawaje, gdy Thomas Magnum został „Zaprzysiężony”. Ale czy również te oryginalne produkcje z lat osiemdziesiątych były idealne? Z pewnością nie. Ale gdy miało się dziesięć lat i czekało się z niecierpliwością na każdy odcinek tego serialu, nadawany Polsacie, nie zważało się na jaskrawe aspekty produkcji, czarno-białe charaktery, bezmyślnych bandytów/kowbojów, co tylko umieją strzelać na prawo i lewo i te przeklęte reklamy co dwadzieścia minut.
Czekaliśmy na to, jak tym razem sobie poradzi Angus McGyver. Blondyn czesany na „czeskiego piłkarza”, w brązowej kurtce, jasnych jeansach, w butach Nike, z zegarkiem Timex albo Casio. A poza tym zwyczajnym strojem zawsze nosił przy sobie swoje dwa amulety: scyzoryk Victorinox oraz taśmę izolacyjną. Coś odkręcić i coś dokleić. Oto cały przepis na sukces. Tak właśnie ten pomysłowy bohater radzi sobie z większością trudnych sytuacji, w które wpada. Z wykształcenia fizyk, ale spragniony mocniejszych doświadczeń. Dlatego przyjął on ofertę pracy od swojego przyjaciela Pete’ a Thorntona, szefa Fundacji Phoenix, by zajmować się ratowaniem ludzi, kraju, a może i świata przed różnymi złoczyńcami, w tym słynnym „niezniszczalnym” zamachowcem Murdochiem czy swoim pechowym przyjacielem Jackiem Daltonem, wpadającym co chwila w tarapaty. Codzienność naszego bohatera to rozbrajanie bomb lub tworzenie wymyślnych wynalazków. Nawet przeziębiony nie może zrobić spokojnie zakupów, bo akurat trafia na napad. I jak zwykle sobie doskonale radzi, używając produktów, które były w sklepie. Są fajerwerki i pościgi, ale i są ciekawe patenty, które z pewnością na warsztat wzięli również „Pogromcy mitów”. Nawet jeśli część tych wynalazków to bujda, to jednak twórcy przyklaskują tu filozofii, że twoją największą bronią jest wyobraźnia i pomysłowość niż bezmyślna przemoc. McGyver to ideał bohatera, który nie używa broni, tylko swojej pomysłowości. To taki niezwykły gość, który widzi możliwości pośród porozrzucanych fragmentów układanki. Wystarczy tylko znaleźć odpowiednie połączenie i można się wydostać z najbardziej podstępnej pułapki.
Pytanie, czy zawsze w najgorszej sytuacji, mamy przed oczami te porozrzucane podpowiedzi? I tylko niektórzy potrafią w tak niebanalny sposób odmienić swoje przeznaczenie i złożyć niewidzialną drabinę. Zwyciężą kreatywni? Zwyciężą.
Komentarze
Prześlij komentarz