CHŁOPAKI NIE PŁACZĄ. KONESERZY MOCNYCH WRAŻEŃ

 



Ten film to jaskrawy żart polskiej kinematografii, który jednak urósł do rangi fenomenu klasyka komedii. Dwadzieścia lat już minęło od premiery tego dzieła i wciąż uśmiech pojawia się na twarzy. Jedno nieporozumienie goni kolejne, a każda scena jest jak cytat, który za dzieciaka powtarzaliśmy, zataczając się ze śmiechu. To przede wszystkim dialogi są najmocniejszą stroną tej komedii, podczas gdy sama narracja to zwalnia, to przyspiesza albo rozbija się w jakimś ciemnym zaułku. Zupełnie jakby widz był zarzucany przesadnymi anegdotami i żartami, aniżeli miał się wciągnąć w drogę bohaterów, która gdzieś powinna zmierzać, czyż nie? Hmmm, czy aby nie na poniemieckie bunkry? Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście! Reszta to improwizacja. Jakieś ciemne interesy, potem zemsta, ściganie niewygodnego świadka i oświecenie w wyborze życiowej drogi. No i tak to przebiega. Zabawa chłopców na podwórku, gdzie każdy zgrywa kogoś innego. Reinkarnacja, reinkarnacja bracia!

Scenariusz do tego filmu napisał muzyk, Mikołaj Korzyński, syn kompozytora Andrzeja Korzyńskiego. W jego dorobku znalazły się także równie chwytliwy „Poranek kojota” i bardziej niesławny: „Gulczas, a jak myślisz”. Sam pan scenarzysta również zaliczył zabawny występ w krótkim filmie: „Gra” (z cyklu „Wielkie rzeczy”) w reżyserii Krzysztofa Krauzego.

Po seansie tego filmu, przekonamy się, że Olaf Lubaszenko sprawdza się nawet lepiej jako reżyser niż aktor, że Cezary Pazura potwierdza status komediowego aktora, podążając śladem Kilera, że młodziutki Maciej Stuhr nie dzięki sławnemu tatusiowi i „Fuksowi” zawdzięcza sobie tą rolę, co dzięki talentowi komediowemu, mając za sobą już spore doświadczenie w prowadzeniu Kabaretu Po Żarcie. Że Wojciech Klata pozostanie słodkim Wojciechem Klatą (bo potem zawiesi karierę aktorską). Nota bene Stuhr i Klata zaliczyli jako dzieciaki udane debiuty u Kieślowskiego w „Dekalogu”. Klata grał w pierwszej części, a Stuhr w ostatniej. I tak się nam pięknie zamyka cykl o dojrzałości duchowej chłopaków, którzy nie chcą już płakać, tylko żyć pełnią życia. Na początku niepewny siebie Oskar w wielkich brylach, a na końcu Kuba szukający awangardowych wrażeń w życiu i muzyce. Między tymi dwoma roztacza się niezwykła przygoda sensacyjna i także duchowa. Choć pewnie co niektórzy się obruszą, że wmawiamy tej „perle polskiej kinematografii” jakąś wyższą filozofię i metafizykę. Ale zanim sobie to wszystko uświadomimy, poznajmy pokrętną fabułę tego filmu.

To komedia o chłopakach, którzy chcą być mężczyznami, chcą znaleźć własne terytorium na tym szarym podwórku i określić siebie we własnym kontekście. Jedni, żeby być twardzi, zgrywają się na twardzieli, jak choćby Jarek Psikuta, który nawet zmienił sobie nazwisko na Keller. Mówi bez zająknięcia i jeździ furą, z której słychać dudniące techno. Oooo! Nadstawcie uszu. Pan Keller jedzie! Wielka szkoda, że przy montażu wycięto scenę, w której nasz pozer-twardziel o „zajebiście silnej psychice” mówi coś bardzo interesującego o życiu, ale pewnie chodziło o to, aby spłycić ten charakter i pokazać zwykłego taniego szpanera i głąba. Oto druga twarz Jarosława Psikuty:

 

Parę lat temu boksowałem, medalu nie zdobyłem, ale nauczyłem się jednej rzeczy. Podczas walki, 90 % to psychika, a 10% to umiejętności. W życiu jest tak samo. Morda nie szklanka, nie stłucze się, ale ze słabą psychiką szacunku na mieście nie zdobędziesz. Raz popuścisz jakiemuś frajerowi, ktoś cię zgasi, nie odbijesz piłeczki, a już na twojej psychice pojawia się rysa, potem małe pęknięcie, a na finał ciągniesz laskę w bramie.

 

(O Lasce też za chwilę będzie)

 

– mówi z powagą Jarek, czekając na frytki, a my tą mądrość schowajmy do księgi z cytatami i przejdźmy do kolejnego twardziela, który z kolei lubi wyjadać frytki innym, chociaż na co dzień woli zdrową żywność i unika tłuszczów trans. Poznajcie znajomego Piaska, Freda (Cezary Pazura), równie wygadanego gangstera w eleganckim czarnym garniturze, który strzela niezłymi tekstami, intelektem, a jak trzeba to także strzeli do gościa z siekierą w łazience. No co! Facet chciał ukraść Fredowi walizkę. Fred to ma szerokie horyzonty. Gada o wszystkim, zarówno o reinkarnacji jak i o chomąto. A do kogo tak gada? A do swojego kolegi, partnera w interesach, niejakiego Gruchy (który ma paszport Polsatu), który z kolei jest dość oszczędny w słowach, ale potrafi słuchać. Te przegadane dialogi między dwoma gangsterami z walizką aż nazbyt przypominają pierwsze sekwencje „Pulp Fiction” Tarantino. Nie tylko zresztą w „Chłopakach…” poczujemy te znajome klimaty Tarantina, ale także we wcześniejszym „Sztosie” Lubaszenki, gdzie w rozmowach usłyszymy trochę o kantowaniu i o „zupce”. Bawi nas to i ciekawi zarazem, że ludzie parający się przestępczością mogą sobie swobodnie rozmawiać na każdy temat (od wzniosłego po zupełnie prozaiczny) z taką lekkością.

Fred w przeciwieństwie do Gruchy (Mirosław Zbrojewicz) lubi teatralizować swoją zbrodnię, nadaje jej własny styl, dba o każdy szczegół, jak choćby rzut monetą, który wzmaga niepokój u ofiary, do której gangster mierzy ze swej spluwy. Bo co wypadnie? Orzeł czy reszka? Czy darować komuś dziś życie czy nie? Fred lubi być zapamiętany przez swoją ofiarę jako gość z klasą i w drogim garniturze, który posłał nieszczęśnika do wszystkich diabłów i aniołków. I niech ta zbłąkana dusza powie wszystkim w niebiosach, kto go tam wysłał. Niech znają pana Freda tu, na tym padole ziemskim, jak i w niebiosach. To w końcu on kompromituje szpanera Psikutę, wygalając mu głowę. Trafił twardy na podróbkę twardego. Z kolei jego partner w interesach, gangster Grucha to typowy twardziel z małym mózgiem, który poza bułką z frytkami niczego nie widzi na tym świecie. W przeciwieństwie do zimnego i racjonalnego Freda wydaje się on jednak być twardzielem z większym sercem, szczególnie gdy się zakocha w pewnej dziewczynie z klubu nocnego.

Grucha i Fred to duet podobny do rozumu i serca. Jeden strzela mocnym tekstem i wszystko racjonalizuje, drugi bardziej ulega głębszym uczuciom. W końcu między tymi dwoma nastąpi rozłam i serce, uczucie, pasja zwyciężą.

To właśnie za sercem i pasją podąża kolejny chłopak, pseudo-twardziel Bolec (Michał Milowicz), syn gangstera (Bogdan Łazuka), który wyraźnie ma już dosyć tego całego gangsterskiego burdelu dookoła siebie. Nieustannie się charakteryzuje, pozuje z domalowanymi tatuażami i paraduje z tą niby spluwą, ale zupełnie nie nadaje się do mafijnych rozgrywek i interesów. Nawet wierny, podwładny ojca Bolca, Silnoręki (Andrzej Zieliński, czyli późniejszy Mnich w serialu „Świadek koronny) drwi sobie z Bolca, nierozgarniętego panicza, niegodnego mafijnego tronu swego tatusia. Ojciec i tak mu dał najmniej odpowiedzialną robotę, jaką jest prowadzenie agencji towarzyskiej i klubu nocnego. Ale i tam mogą się zdarzyć ostrzejsze przygody. I nie mówimy tu o seksie.

Widać, że Bolec się męczy w tym kwaśnym sosie. Serce nie sługa, ciągnie go coraz bardziej do muzyki, co także przekłada się na karierę samego Michała Milowicza (Młodego Wilka z „Kilerów 2-óch”), bardziej artysty muzycznego/musicalowego niż zwykłego aktora. Bolec pragnie się realizować jako artysta. I pragnie zmienić zastany świat muzyki, w którym ktoś sobie śpiewa, że wszystko się może zdarzyć (przytyk do Anity Lipnickiej) czy „widziałam ptaka cień” (przytyk do Varius Manx i piosenki „Orła cień”). Ten niepoprawny romantyk tęskni za takimi klasykami jak „Ta ostatnia niedziela”. A w swoim wyborze życiowej drogi się jeszcze bardziej utwierdza, gdy spotyka na swojej drodze młodego skrzypka, Kubę Brennera (Maciej Stuhr). A ten już wcześniej sporo namieszał, znajdując się w nieodpowiednim miejscu i czasie, podczas załatwiania ciemnych interesów między gangsterami. Podczas transakcji panom nerwy puściły. Bolec nieostrożnie pociągnął za spust, Grucha dostał w głowę, a Fred źle zinterpretował zastaną sytuację, widząc uciekającego Kubę. W każdym razie Kuba stał się niewygodnym świadkiem, a może i podejrzanym o usiłowanie zabójstwa. Co za absurd. Filigranowy Brenner w okularkach to przede wszystkim artysta (śmigający na skrzypcach „Wariacje Paganniniego”), a nie jakiś kowboj. Panowie gangsterzy miejcie litość. Kuba i tak nie ma lekko w życiu. Nie jest zbyt zdyscyplinowanym studentem, dlatego zawala kolejny egzamin u upierdliwego dziekana Zajączka, który i tak za nim nie przepada. No i jeszcze rzuciła go dziewczyna, Weronika (Magdalena Mazur), która bardziej wolała szpanerskiego, twardego Psikutę niż zbyt delikatnego Kubusia. Jednak w tym przypadku Kuba czuję ulgę, pozbywając się z życia tej pustej kobiety. Jednego balastu mniej. Ale jeszcze sporo na plecach. Brenner na dodatek nosi brzemię dziecka sławnego ojca, dyrygenta, co doskonale pokazuje ówczesną sytuację młodego Stuhra, na którego patrzy z portretu poważny ojciec, Jerzy (wcześniej komisarz Ryba). Ale to nie koniec rodzinnych koligacji. Olaf Lubaszenko zaprosił do filmu swoich rodziców (Edwarda Lindego-Lubaszenkę – Krzysztof Jarzyna ze Szczecina oraz Asję Łamtiuginę), którzy także grają tam mały epizod na uczelni. Zresztą tych występów cameo jest jeszcze sporo. Zobaczymy tu także niezawodowych aktorów jak: Andrzeja Mleczkę, Krzysztofa Kosedowskiego (Siwego, który wali Cwaniaka prosto w Gruchę), Marcina Kołodyńskiego (prezentera, który rok później zginie w wypadku na snowboardzie), Janusza Wójcika (ku chwale piłkarskiej namiętności Olafa Lubaszenki), Grupę Mocarta (jeszcze w starym składzie ze ś. p. Arturem Renionem) w koncercie z Gruchą (eksperymentalna, chaotyczna muzyka na Warszawską Jesień) czy Kubę Sienkiewicza w roli neurologa, czyli siebie samego (mającego ocenić stan zdrowia postrzelonego Gruchy). A nasz drogi Kuba Brenner jakoś ma problem z odnalezieniem siebie i własnego tonu. O jakże tęsknie i płaczliwie brzmią jego skrzypce.

Rozdarty w swoich planach skrzypek ciekawie kontrastuje z wyluzowanym Laską, który także jest synem wielkiego ojca, Króla Sedesów (Leona Niemczyka, Golarza Filipa). Jarając blanta wykłada Kubie prostą filozofię życia – o robieniu tego, co się kocha, co be zwątpienia jest motywem przewodnim całego filmu. Tak jak Laska udziela rad Kubie, tak Kuba próbuje być mentorem dla swego kumpla, zakompleksionego, pryszczatego Oskara (Wojciech Klata), który od lat chce wyleczyć trądzik (u pryszczatego dermatologa!). Chłopiec musi stać się wreszcie mężczyzną, a trądziku się pozbędzie, gdy wreszcie zazna rozkoszy z kobietą – jak radzi Kuba, który jest zwolennikiem kolekcjonowania mocnych wrażeń. W przypadku Oskara będzie to spotkanie z prostytutką. Tylko spotkanie i rozmowa, bo i tak do niczego nie dojdzie. Chłopak z wrażenia zupełnie się pogubi i spędzi tą magiczną godzinę na rozmowie z piękną Lilianą (Anną Muchą). I chyba zaiskrzy między tym dwojgiem. Lili zmęczona spotykaniem ciągłych pozerów, wreszcie spotkała na swojej drodze chłopaka z pasją, a z kolei Oskar spotkał niezwykłą dziewczynę. No generalnie są w takim uniesieniu, że oboje są dla siebie niezwykli. Ale zanim tak na dobre się zakochali, Oskar musiał zapłacić za tą jedną magiczną godzinę z Lili. A że godzina była naliczana w dolarach, a nie w naszych polskich złotych, chłopaki się przeliczą i podpadną gangsterom. Oskar będzie musiał zapłacić pamiątką rodzinną, złotą figurką Czarodzieja, którą potem Kuba będzie próbował odzyskać. Chcąc wykupić posążek od gangsterów, znajdzie się w nieodpowiednim miejscu i czasie i wpadnie w tarapaty jako niewygodny świadek gangsterskiej transakcji. Właściwie to każdy tu z bohaterów jest w nieodpowiednim miejscu i czasie, nawet prostytutka, wrażliwa Liliana, która próbuje zarobić na życie i wesprzeć chorego ojca. Trzeba tu jakoś posprzątać, bo każdy się miota w innym kierunku.

I tak, ofermowaty Oskar wreszcie pozbędzie się trądziku, na jego twarzy zagości pewność siebie i gotowość do podejmowania odważnych decyzji. Całkiem nieźle, zważywszy na poprzednią kreację Wojciecha Klaty w filmie „Musisz żyć”, gdzie jego bohater zaćpał się na śmierć. Oskar oświadczy się Lilianie, która właśnie się spodziewa jego dziecka. Kuba ucieknie gangsterom, którzy chcieli go zakopać w poniemieckich bunkrach i ruszy za granicę, by spełnić się jako muzyk. Grucha odnajdzie miłość swego życia, która silniejsza jest nad kraty więzienia. Bolec ruszy w stronę muzyki, by czcić pamięć Mietka Fogga. Jarek Psikuta przyzna się do porażki, a ten wygadany, pewny siebie, sarkastyczny Fred… odnajdzie spokój gdzieś ponad tym zgiełkiem, pośród aniołków, do których wysłał już sporo nieszczęśników.

A zakończenie? „Bunkrów nie ma, ale też jest pięknie” – powiada podjarany Laska, który trochę się spóźnił z pomocą dla Kuby, porwanego przez złych gangsterów. Ale to nic. Kuba sobie da radę. Może Laska przeżył objawienie, gdy na tle zachodzącego słońca zapalił z radością blanta? Jest pięknie, nawet jeśli dziś lub jutro nie dotrzesz do celu swej misji. Nadal ciesz się życiem. Jest pięknie jak nigdy. I ważne są też te „Dni, których nie znamy”. To właśnie ten klasyk Marka Grechuty żegna nas w napisach końcowych i dodaje zacnej patyny do pozornie głupawej komedyjki, z której jednak bije morał o odwadze poszukiwania siebie. Każdy tu podejmie odważną decyzję, która pomoże zmienić się bohaterom z płaczliwych, zagubionych chłopców w silnych i świadomych mężczyzn.

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH