EMPIRE RECORDS. MIĘDZY UCZUCIAMI I PŁYTAMI

 

Ciepła komedia muzyczna z połowy lat dziewięćdziesiątych z offowym klimatem, gdy na naszych półkach królowały winyle, kompakty i kasety, zdobyte czasem z wielkim trudem. Zrealizowany przez wytwórnię Warner Bros, „Empire records” to film paradoks, który w czasie swojej premiery okazał się kompletną klapą finansową, a dopiero po upływie kilkunastu lat zyskał sobie miano kultowego, klimatycznego kina ze świetnymi postaciami i ich przygodami z potencjałem na serial a także musical na Broadwayu (już wystawiany kilkakrotnie). Kto wie, może dlatego docenialiśmy ten film, bo wciąż tęsknimy skrycie za tamtą analogową epoką.

Scenariusz filmu napisała Carol Heikkinen, autorka mająca na koncie również takie muzyczne filmy jak: „W pogoni za sukcesem”, czy „Światła sceny”. Sama Heikkinen przez jakiś czas pracowała w sklepie z muzycznym, więc wszystko co widzimy w „Empire records”, w większym lub mniejszym stopniu doświadczyła sama autorka. Natomiast za reżyserię jest tu odpowiedzialny Alan Moyle, który z początkiem lat dziewięćdziesiątych wkroczył na scenę z filmem „Więcej czadu”, opowiadającym o nieśmiałym Marku Hunterze, który po szkole prowadzi piracką rozgłośnię radiową, gdzie dzieli się ze słuchaczami swoimi refleksjami na temat jałowej dekady, w której nie ma co robić. I również w tym filmie wydaje się, że okres lat dziewięćdziesiątych jest takim dekadenckim okresem, poczuciem, że zmierzasz do nikąd, odpalając z walkmana kolejną składankę, która mogłaby oddać twój zmienny nastrój. Co dziś zagłuszy twoje niespokojne myśli? Jimmi Hendrix, Alice in Chains czy Led Zeppelin? Moyle w tym dekadenckim, a momentami zabawnym ukazywaniu młodych ludzi w latach dziewięćdziesiątych, przypomina mi trochę Johna Hughesa, który dekadę wcześniej portretował na dużym ekranie radości i smutki nastolatków. „Empire records” to smutki i radości młodych ludzi, pracujących w sklepie muzycznym, magicznym miejscu dla niejednego z nas, dorastającego w latach dziewięćdziesiątych, kiedy składanki robiło się na kasetach. Ten film to opowieść o ludziach, stojących przed ważnymi decyzjami w życiu, ludziach wciąż szukających idealnej składanki, w której mogliby się poczuć ważni, by zostawić swój ślad, swój hit w tej szarej dekadzie. Odpalamy odtwarzacze, nastawiamy igły (ale bez szprycowania) na gramofonie i przewijamy szpule z taśmą naszego życia. Zapraszamy na jeden dzień z życia sprzedawców sklepu Empire Records, sklepu innego niż cały ten sieciowy chłam. Sklepu z duszą, gdzie każdy pracownik ma swój gust muzyczny, temperament i humory, tak jak w tym uroczym komisie muzycznym, prowadzonym przez głównego bohatera filmu „High Fidelity”.

Wszyscy mamy jakieś problemy – powiada spokojnie flegmatyczny Lucas (Rory Cochrane, czyli ten upalony gość z dredami z „Uczniowskiej balangi” a później Tim Speedle z CSI Miami), starając się wyjaśnić kradzież (jak przystało na kryminologa z CSI) dziewięciu tysięcy dolarów utargu ze sklepu muzycznego, które chciał pomnożyć w Las Vegas, by tak pomóc swojemu szefowi, Joe Reavesovi (Anthony LaPagila, który już dosyć się nagrał w serialu „Bez śladu”, bez śladu kasy!), wykupić swoje udziały w sklepie muzycznym. Jednak się nie udało, a teraz strapiony Joe się zastanawia, co zrobić z nierozgarniętym Lucasem, którego zawsze traktował jak młodszego brata albo nawet jak syna. Pomógł mu w najgorszych momentach jego życia i przygarnął do tego magicznego sklepu, gdzie swoje miejsce znalazły też inne zwariowane dzieciaki, które mają swoje problemy. Depresyjna Deb (Robin Tunney) ma dosyć bycia niezauważalną przez kolejnych chłopaków i własną matkę. Na znak protestu goli sobie głowę na jeża, a tak w ogóle marzy jej się już własny pogrzeb. Z kolei głośna, żartobliwa, seksowna Gina (Renee Zellweger), która z każdym facetem i o każdej porze, wyznaje zapłakana, że boi, iż skończy tak, jak jej matka, w której życiu nic się nie wydarzyło od matury. Gina zawsze chciała śpiewać w zespole, ale nigdy nie odważyła się spróbować. Dlatego póki co znalazła swoje miejsce w sklepie muzycznym. Z kolei Corey (Liv Tyler) rozważa wyjazd na studia, podobnie zresztą jak podkochujący się w niej A. J., który nie potrafi się zdobyć na odwagę, by wyznać jej miłość. Swoje niewypowiedziane uczucia przekształca w abstrakcyjną sztukę, jak dziwne rysunki albo przyklejanie monet do podłogi klejem super glue (co pewnie ma symbolizować niezdobyte bogactwo, czy coś takiego). Uśmiechnięty Mark (Ethan Embry) to sklepowy clown, który chyba ze wszystkich sprzedawców najbardziej przypomina zwykłego dzieciaka i podobnie jak Gina, marzy o wielkiej karierze muzycznej. „Pokażę wam kiedyś, na co mnie stać!” – odgraża się, po fałszowaniu kolejnej piosenki. Na co zgryźliwy Joe odpowiada: „kiedy wyskoczę z wózka inwalidzkiego i zacznę tańczyć”. Zabawne, że rok później na ekrany kin wejdą „Szaleństwa młodości” w reżyserii Toma Hanksa, gdzie zobaczymy również Liv Tyler i właśnie Ethana Embry’ ego, grającego na basie w zespole The Wonders, świętującym swój wielki hit „That thing, you do”. Cała historia opowiedziana przez Hanksa cofa się do magicznych lat sześćdziesiątych, gdy niemal każdy zespół próbował iść śladami legendarnych Beatlesów. Jednak teraz wracamy do lat dziewięćdziesiątych, gdy szał rock and rolla już trochę przygasł, jak pet w ustach Kurta Cobaina. Cukierkowy pop minimalizuje swoje syntezatorowe aranżacje, jeszcze rock trochę się broni i surowy grunge wlewa w uszy młodych słuchaczy liryczny nektar dekadencji. Kolejny członek zespołu Empire Records, Berko, w którego wciela się tym razem muzyk, Coyote Shivers, dzieli pasję muzyczną między sprzedażą płyt a graniem w różnych zespołach. Ktoś zamawiał pizzę? Czarny winyl zamienia się w okrągły aromatyczny placek. Oto Eddie, wiecznie upalony dostarczyciel pizzy, który przychodzi tutaj tak często do sklepu, że jest prawie jak członek tej zwariowanej ekipy. Eddie zgrywa na taśmach składanki życia, tzw. „Obowiązkowe piosenki”, które są niczym kanon lektur, o których potem można dyskutować, tak jak to robił Jack Black, tworząc poranną poniedziałkową taśmę w „High fidelity”. Oczywiście, skoro to film o sklepie muzycznym, niebagatelną rolę odgrywają tu piosenki (podobnie jak w „Amerykańskim grafitti”), które podkreślają nastroje i osobowości bohaterów filmu. Gdy poirytowany Joe szuka zaginionych pieniędzy, które wziął Lucas, słyszymy w tle „Hey Joe” Jimmiego Hendrixa, opowiadający o człowieku, który zabił. I rzeczywiście wzburzony Joe wygląda tak, jakby miał zabić Lucasa. Potem jest jeszcze lepiej, gdy wobec piętrzących się problemów w sklepie, Joe wybiera z szafy grającej utwór AC/DC: „If you want a blood”, po czym zamyka się w swoim biurze, by pograć na perkusji, by tak wyładować swój gniew. Ale płyta nadal się kręci, by odbić w sobie osobowość śmiałej Giny w utworze: „Girl like you” Collina Edwyna. Ach ta Ggggginaaaaa, gotowa zawsze na romans lub chociaż szybki numerek. Marka z kolei charakteryzuje energetyczny rock, idealnie podkreślający jego nadpobudliwość. Ale oczywiście nic nie przebije występu Rexa Manninga: „Say no more mon amour”. Tak się składa, że pan Manning, podstarzały gwiazdor, śpiewający szmirowate piosenki, będzie podpisywał swoje płyty właśnie w „Empire records” ku niezadowoleniu Joego i pozostałych ze sklepu, którzy zdecydowanie mają inny gust muzyczny. Choć akurat Corey z utęsknieniem wyczekuje przybycia podstarzałego lowelasa. Pragnie mu się oddać, co bardzo irytuje A.J-a (Johnny Whitworth), który wciąż nie wie, jak wyznać miłość Corey. Jest tak przejęty, że nawet radzi się doświadczonego Joego, co ma począć. Ale zgryźliwy Joe nie ma zbyt dobrych doświadczeń w związkach, jego była żona okazała lesbijką a druga dziewczyna mierzyła do niego z rewolweru. Jedyną miłością, która go utrzymuje w ryzach jest muzyka i ten sklep. Ale i w muzyce zdarzają się trzaski i błędy. Pora przekonać się do twórczości pana Manninga. Joe tylko przewraca oczami.

Manning to typowy, zadufany w sobie gwiazdor, dla niektórych słuchaczy nawet obciach. Ale wciąż na jego muzykę jest popyt, więc drugi właściciel Empire Records, Mitch (wielbiący komerchę) z przyjemnością się zgadza, aby pan Manning promował tu swoją twórczość i jednocześnie promował sklep. Podczas gdy rozkapryszony gwiazdor promuje swoją płytę, nie mogąc się pogodzić, że ma coraz bardziej starsze fanki, pozostali pracownicy sklepu raczą się głębokimi rozmowami na tematy około muzyczne i egzystencjalne, a nade wszystko zastanawiają się, jak odzyskać utracone dziewięć tysięcy dolarów. Atmosfera robi się coraz bardziej napięta i przy okazji dochodzi do bójki między Joem a Lucasem i wielkiej awantury między Corey a Giną. Na dokładkę jeszcze dochodzi sfrustrowany, młody klient, przedstawiający się jako Warren Beaty, który ma lepkie rączki i pojemne kieszenie. A w tych kieszeniach znajdują się przypadkowe składanki, które jeszcze bardziej podkreślają brak gustu i wewnętrzny chaos chłopaka, nie wahającego się użyć broni palnej. Wszystko po to, by zwrócić na siebie uwagę.

O to chodzi każdemu w tym sklepie, by zachować swoją indywidualność, być zauważonym a zarazem potrzebnym w tym niezwykłym miejscu. Nie dziwne, że nastroje podupadają, gdy muzyka schodzi na psy przez cukierkowo-dyskotekowego Rexa Manninga, a Empire Records grozi apokalipsa włączenia do sieci sklepów Music Town, gdzie każdy będzie musiał się stosować do twardego regulaminu i ubierać w firmowy mundurek. Chyba że Joe zdoła wykupić swoje udziały i odłączy się od spółki z nadętym Mitchem, który przede wszystkim dba o pieniądze, a nie jakość muzyczną.

Wreszcie nasi bohaterowie zmęczeni własnymi problemami, wpadają na pomysł, aby zorganizować zbiórkę na rzecz Empire Records, sprzedać trochę pamiątek i uratować sklep przed włączeniem go do wielkiej sieci Music Town. Imperium bije się z miastem! Będzie gorąco i głośno.

Właściwie okazuje się, że lekkomyślna decyzja Lucasa, by postawić cały utarg ze sklepu w kasynie, poskutkowała większą solidarnością wśród całego zespołu Empire, a także wśród wiernych klientów, którzy od lat robili tam zakupy. Tak bardzo różniący się od siebie i barwni bohaterowie tego komediodramatu, między którymi iskrzy w dialogach są niczym różnorakie utwory zebrane na cudownej składance Empire records, która brzmi jeszcze lepiej, gdy wszyscy razem walczą o swoje miejsce na ziemi, raz krzykiem, raz śmiechem i płaczem, tworzą niesamowite Greatest Hits.


 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH