ZIELONA MILA
ZIELONA MILA. MĘKA PAŃSKA WEDŁUG STEPHENA KINGA
Frank Darabont po pokazaniu nam brawurowej ucieczki z więzienia Shawshank, wraca po raz kolejny do prozy Stephena Kinga, gdzie znowu pośród więziennych scenografii zobaczymy równie niezwykłą historię. O ile w Shawshank więźniowie odbywali długie wyroki i mieli mglistą nadzieję, że kiedyś wyjdą na wolność, to w „Zielonej mili” tej nadziei już nie ma. Za zgrzytem ciężkiej kraty wchodzimy na oddział piekielny, gdzie wszelkie nadzieje już umarły. Tu jedyne, na co czekają skazańcy, to na karę śmierci: krzesło elektryczne. Stara dobra „Iskrówa”, która ledwo co ostygnie, to już zaprasza na swój tron kolejnego nieszczęśnika, by zabrać go na drugą stronę, gdzieś za zieloną milę, gdzie już nie ma pamięci i poczucia winy za zmarnowane życie. Zielona, wyblakła podłoga odprowadza morderców na scenę, gdzie stoi ten straszny tron z odstającymi kablami, a wokół gromadzi się publiczność, najczęściej rodziny ofiar, aby zobaczyć egzekucję sprawców ich tragedii. Poczuć chociaż cień satysfakcji. Zemstę, ale czy ulgę? I tak to się toczy od jednego spektaklu do kolejnego. Najważniejsze są rekwizyty, odpowiednie przygotowanie, konserwacja maszyny śmierci i rzecz jasna aktorzy, którzy zapewnią emocje. Główny strażnik, Paul Edgecomb (Tom Hanks) dobrze wie, że praca na tym oddziale wymaga specjalnych predyspozycji. Tu trafiają różne kanalie, oryginały, wariaci lub po prostu ludzie, którzy znaleźli się w złym miejscu i czasie w swoim życiu. Ale to nie daje powodu, by ich jeszcze bardziej dobijać i znęcać się nad nimi. To ich ostatnie dni życia. Trzeba jakoś z nimi dotrwać do tego sądnego dnia, gdy wreszcie przekroczą zieloną milę i umrą na elektrycznym tronie jak królowie zmarnowanego losu. Trzeba być zarazem przyjacielem, spowiednikiem i strażnikiem trzymającym dyscyplinę. Po pracy w takim dziwnym miejscu z pewnością ma się wiele wspomnień, strasznych i wzruszających. Ale nade wszystko zaczyna się szanować własne życie, gdy przez tyle lat widziało się ludzi idących na śmierć z powodu swoich błędów. W ich oczach migotał jakiś żal za tymi szczęśliwymi dniami, gdy jeszcze nie byli mordercami.
Paula poznajemy jako rezydenta domu spokojnej starości, który żyje przeszłością. Nie ma się co dziwić. Większość jego przyjaciół i bliskich już nie żyje. On sam spokojnie czeka, aż któregoś dnia przekroczy zieloną milę i dołączy do ukochanych. Póki co wciąż dręczą go wspomnienia z przeszłości. Uparcie wraca on do lata 1935 roku, kiedy to na odział trafił potężny i zarazem łagodny jak baranek John Coffey (Michael Clarke Duncan), skazany za morderstwo dwóch dziewczynek. Co dziwne, nie uciekł on po dokonaniu zbrodni, tylko został przy ciałach, płacząc nad tym, co spotkało te dwie niewinne istoty. Paranoja? A może to nie on? Może on tylko znalazł te dziewczynki? Kolejny Andy Dufresne, który znalazł się w złym czasie. Ale co tam. Czarny, potężny facet o wrażliwości dziecka, nie potrafiący pisać to idealny kozioł ofiarny, którego można łatwo wepchnąć do ciasnej celi śmierci, by mieć poczucie sprawiedliwości. Ciekawostką jest, że w roli ojca dziewczynek zobaczymy Williama Sadlera, który wcześniej w „Skazanych na Shawshank” grał wrednego Heywooda. Z kolei Brian Libby, grający jednego z poczciwych więźniów, w tym obrazie przyjął rolę Szeryfa McGee.
John Coffey zaskakuje strażników swoją łagodnością i uprzejmością. Jego charakter niewinnego dziecka zupełnie nie pasuje do jego wielkiej postury, a nade wszystko kłóci się z jego straszną zbrodnią. Jak to możliwe?! Zadają sobie to pytanie strażnicy, współczując biedakowi takiego losu. Ale pozory mogą mylić. To się tyczy praktycznie wszystkich rezydentów tego osobliwego oddziału: wrażliwego Johna, małomównego Wodza o kamiennej twarzy czy jowialnego, dziecinnego Francuza, Delacroix (Michael Jeter, niezapomniany z roli w „Fisher King”), bawiącego się ze swoją myszą, panem Jinglesem. Jak to możliwe, że czujemy do nich jakąś dziwną sympatię? Nie widzieliśmy ich zbrodni, ale w jakiś sposób żal nam tych ludzi za kratkami. Żal nam ich zmarnowanego życia. A taki nowoprzyjęty (po znajomości) strażnik, nadgorliwy służbista Percy (Doug Hutchinson) na każdym kroku chce dobić więźniów i pokazać swoją wyższość nad nimi, czym wzbudza w nas coraz większą odrazę. Co za wredny kat! Ale przecież on nikogo na razie nie zabił. To tamci za kratami, nasi ulubieńcy mają na swoim sumieniu ciężkie zbrodnie! To raczej z nimi nie chcielibyśmy się spotkać sam na sam w ciemnym lesie. Zwłaszcza z tym wariatem, Dzikim Billem (Sam Rockwell), człowiekiem bez hamulców, podobnym do Jokera, który jak się okaże, będzie miał znacznie więcej na sumieniu, niż mogło się wydawać. Póki co, udaje on obłąkanego i zadręcza wszystkich swoim wątpliwym talentem wokalnym, relacjonując dzieje tego smutnego oddziału. A na dokładkę skacze jak małpa w klatce i niszczy meble w celi. Obserwując jego poczynania, człowiek z rozkoszą odlicza ostatnie dni życia Billa. Gdy wreszcie Iskra go spali, nastanie błoga cisza.
Ale gdy patrzy się na takiego mordercę jak Delacroix, wątłego, drobnego mężczyznę, który cieszy się jak dziecko z tego, że bawi się z myszą, to serce człowiekowi topnieje. Żal, że taki ktoś skończy na krześle elektrycznym. Na tym oddziale zmienia się zupełnie optyka. Spokojny więzień Coffey zaczyna intrygować strażników, zwłaszcza po tym, jak leczy Paula Edgecombe’ a z zapalenia pęcherza moczowego, a potem przywraca życie myszy, panu Jinglesowi, która została brutalnie zdeptana przez wrednego Percy’ ego. No i jeszcze na koniec leczy żonę naczelnika więzienia, Hala Moorse’ a (James Cromwell).
Kim on jest? Zbawicielem w skórze czarnoskórego wielkoluda? Czy może wielkim oszustem, który chce zmiękczyć serca strażników i w odpowiednim momencie uciec? Wyciąga choroby z ludzi, lecz sam nie potrafi wyciągnąć siebie z tej dziwnej sytuacji. Sam przyznaje, że jest już zmęczony tym złem, które jest dookoła. Nie potrafi uzdrowić ludzi ze zła? Chciałby uciec ponad tą okropną rzeczywistość. A jedyną bramą, która może go wyprowadzić z tego piekła, jest właśnie „Zielona mila”. A może chodzi też o to, aby zostawić po sobie jakieś świadectwo, wyraźny ślad w strażnikach-apostołach? Edgecomb będzie właśnie jednym z nich — tym, który pamięta i zadaje sobie pytanie: „Kim był naprawdę ten więzień i co chciał mu przekazać?” Czy w tej historii nie odbija się Męka Pańska? Czy odległa przeszłość nie jest kluczem do jakiegoś misterium, sacrum, wobec którego jesteśmy bezbronni, zafascynowani i przerażeni jak dzieci?
David Morse grający w tym filmie strażnika, Brutusa Howella za trzy lata zagra w filmie Stephena Hicksa „Kraina wiecznego szczęścia”, będącym ekranizacją kolejnego opowiadania Kinga pt. „Serca Atlantydów”. Podobnie jak w „Zielonej mili”, tu również dojrzały bohater (w średnim wieku), ale tym razem fotografik, Robert Garfield wraca do wspomnień z przeszłości, do krainy dzieciństwa i do przyjaźni z człowiekiem obdarzonym niezwykłymi zdolnościami, który potrafi leczyć jak i przewidywać przyszłość. W końcu ten tajemniczy człowiek znika, pozostawiając w małym chłopcu niezwykłe wspomnienie, legendę, którą ten będzie rozpamiętywał przez długie lata. Ten motyw także odezwie się na polskim podwórku, w filmie Wojciech Marczewskiego pt. „Weiser”, będącego ekranizacją powieści Pawła Huellego, „Weiser Davidek”.
Wspomnienia z przeszłości otwierają jakąś mistyczną sferę, zagadkę, która w tym, a nie innym momencie naszego życia daje o sobie znać, byśmy przeprowadzili małą rewolucję w swoim obecnym życiu i byli gotowi przejść bez lęku przez zieloną milę.
Komentarze
Prześlij komentarz