CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ KRÓLEM

 

CZŁOWIEK, KTÓRY CHCIAŁ BYĆ KRÓLEM. SZTUKA SPEŁNIANIA MARZEŃ

 

Opowieść o ludziach, którzy mieli szalone marzenie i poświęcili życie, by je zrealizować.

Marzenie, by zostać królem! Czyż nie tak kończy się większość baśni? Oto zwyczajni, niepozorni bohaterowie pokonując różne przeszkody, niebezpieczeństwa, rozwiązując podchwytliwe zagadki, wreszcie zostają królami i żyją długo i szczęśliwie. Choć nie zawsze chodzi tu o to, aby ugrzęznąć na tronie i nosić ciężką, szczerozłotą koronę. Być królem to być panem swego życia, wyzbyć się wszelkich zgubnych nałogów i uparcie dążyć do celu. Z kolei niewolnik zawsze będzie się pętał w namiętnościach, nie mogąc dojrzeć celu swego życia.

Nasi dwaj bohaterowie, byli oficerowi armii brytyjskiej, Daniel Dravot (Sean Connery) i Peachy Carnehan (Michael Caine) po wielu różnych przygodach obmyślają śmiały plan, aby właśnie zostać królami i żyć w bogactwie do końca życia. A jeśli nawet się nie uda, to ze swoimi bogatymi przygodami z czasów bycia w armii i tak uchodzą za królów życia. Teraz jednak chcą niejako swoje doświadczenia odbić w złotej koronie, potwierdzić swój królewski status. Aby zrealizować to marzenie, spisują w obecności świadka, samego autora tej opowieści, Rudyarda Kiplinga (Christopher Plummer), umowę, gdzie zobowiązują się do rezygnacji ze zgubnych nałogów i słabości jak zabawy, pijaństwo czy kobiety, aby w ten sposób jeszcze mocniej się skoncentrować na drodze. Jakby powiedział niejeden coach: „wychodzą ze strefy komfortu, aby wejść poziom wyżej w swoim życiu”. Wychodzą w daleką podróż na wielbłądach, mułach, przez gorące pustynie, kamieniste szlaki, strome zbocza, rwące rzeki i wreszcie białe i zimne szczyty, gdzie niejedna lawina może pogrzebać ich w swojej bezdusznej bieli. Zatrzeć ich znaki, jakby nigdy nie istnieli i nie pisali swojej opowieści. Nawet w najgorszych tarapatach obaj towarzysze potrafią się pocieszyć nawzajem i ogrzać wspomnieniami z dawnych, szalonych awanturniczych czasów. Być może to jest ich największa siła, że w tej szalonej podróży postawili wszystko na jedną kartę. Nie lękają się iść dalej, przywdziewając różne maski i stroje, nie obawiają się, że zginą, bo już w jakimś stopniu są spełnieni. Odważnie zmierzają do nowego celu, pokonują kolejne doły i szpice w tej koronie złośliwego losu. Wstrzymujemy oddech, czy teraz im się powiedzie, czy wyjdą z opresji cało? Tam napadają na nich rozbójnicy, tu sypie się śnieżna lawina.

Ale jednak w ostatniej chwili zawsze los bierze ich stronę i znów nasi bohaterowie uparcie idą przed siebie na tle pięknych krajobrazów w obiektywie Oswalda Morrisa. Idą niezwyciężeni jak James Bond i Alfred Pennyworth,. Ta historia dwóch upartych wędrowców, przemierzających pustkowia w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi, odbije się potem także w filmie „Siedem lat w Tybecie”, tyle że tam bohaterowie odnajdą królestwo spokoju i nowy sens życia. W filmie Houstona zdobycie tronu w małym państewku i przejęcie skarbca, okaże się tak naprawdę zgubą dla głównych bohaterów. Dopadnie ich lenistwo, chciwość i pycha.

Gdyby tylko drogi Daniel Davrot (wszak imiennik biblijnego króla Daniela) nie wierzył tak bardzo, że jest wybrańcem bogów. Potomkiem wielkiego Aleksandra, którego nie imają się strzały i kule, a wszelkie kraje poddają mu się w końcu, łącząc się w wielką potęgę. Po latach w filmie „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata”, Sean Connery jako Henry Jones Senior wspomni cytat z Aleksandra Wielkiego, by jego armią były drzewa, skały i ptaki w niebiosach. I tak właśnie dzięki różnym siłom natury i szczęśliwym okolicznościom, nasi dzielni bohaterowie dotarli do swego celu, do bogactwa i korony. Niestety Daniel aż za bardzo uwierzył, że jego przeznaczeniem jest korona.

Podczas gdy Peachy chce się już zwijać ze skarbami i wrócić do Londynu jako majętny człowiek, Davrot w koronie odnajduje w sobie powołanie, by mimo wszystko prowadzić ten zagubiony lud do wielkiej potęgi. Nie chodzi już o te wszystkie małostki, świecidełka i złotka. Chodzi o to, aby zostawić swój wyraźny ślad, legendę niczym Aleksander. Ustanowić nowa cywilizację, dynastię, tradycję. Rządzić sprawiedliwie i rozsądzać spory, jakie trawią poddanych niczym trąd. Wcześniej John Houston pokazał w filmie „Sędzia z teksasu” portret drobnego bandyty, Roya Beana, który przybywa do małego miasteczka, by zostać bezwzględnym szeryfem, walczącym z przestępczością. Teraz z kolei widzimy portret samozwańczego króla, dążącego do ideału. Czy to naprawdę grzech pychy? Czemu Bóg nie mógłby dopomóc w tej szlachetnej misji zaprowadzenia porządku w zapomnianym państewku.

Jeśli czcigodny, samozwańczy król chce ustanowić dynastię, musi znaleźć sobie odpowiednią wybrankę. I jak zwykle to kobieta wbije ostatni gwóźdź do trumny nieszczęsnego idealisty. Nieufna wybranka króla, Roxanne (Shakira Caine, żona Michaela), podstępna żmija ugryzie Daniela, by pokazać, że krwawi on tak samo, jak wszyscy dookoła.

 

No i bach.

 

Most z boskim królem spada w otchłań, co potem także zobaczymy w filmie „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Taka jest kara za podszywanie się za Boga. Co czuje samozwańczy król, spadający w wielką przepaść, która zdaje się nie mieć dna? Czy żałuje swojej pychy, czy może jest dumny z tego, jak daleko zaszedł?

Mimo wszystko marzenie zostało spełnione. Na głowie Daniela lśniła pięknie ta korona, dodając mu powagi i na swój sposób obudziła w nim lepszego człowieka, który zapomniał o bogactwach, a chciał zbudować lepsze państwo lub co gorsza… utopię.

Potem Sean Connery zostanie najsłynniejszym Królem w filmie „Rycerz Króla Artura”, z kolei jego syn, Jason Connery wcieli się w sprytnego Robin Hooda w serialu o tym samym tytule. Co za piękna dwoistość. Bo tak już jest z każdym ambitnym przywódcą, że najpierw musi okraść ludzi z ich snów i majątków, by potem dać im iluzję lepszej rzeczywistości.

Ale kimże byłby król bez swoich kronikarzy, zapisujących każdy jego bohaterski i szlachetny czyn. Pamięć o Danielu przechował jego przyjaciel Peachy, a całą historię spisał Kipling. I tu także odbija się prywatna historia przyjaźni Caine’ a i Connery’ ego, gdy ten ostatni zmagał się z Alzheimerem, zapominając powoli o swojej legendzie, podczas gdy jego przyjaciel wciąż mu przypominał o tym dawnym barwnym życiu, gdy Sean był agentem 007 i życie było jakieś takie kolorowe.

 

 

Piękna i wzruszająca opowieść o spełnianiu marzeń, mądra baśń o tym, jak się zostaje królem i jak szybko spada się z tronu, wierząc zbyt mocno w swoją boskość.

Ale czymże by było nasze życie bez marzeń? Pytanie, po którym pojawia się na twarzy ironiczny uśmiech. To naiwność czy rozsądek drży w kącikach ust? Czy już staliśmy się kamieniami, czy może wciąż nas łaskoczą te ambicje i zachcianki. To marzenia nas inspirują, wznoszą, drażnią, kopią, policzkują. Budzą w środku nocy, zlewają zimnymi potami i każą ciągle iść, dopóki nie zobaczymy z wielkiego szczytu tej niezwykłej panoramy minionych zdarzeń, które nagle układają się w cudowną legendę. Warto było?

Warto. Odpowiadają nieliczni, przymierzając już korony. Cierniowe.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH