SŁODKI LISTOPAD, CZYLI ADWOKAT DIABŁA PARĘ LAT PÓŹNIEJ

 

SŁODKI LISTOPAD, CZYLI ADWOKAT DIABŁA PARĘ LAT PÓŹNIEJ

 


Nigdy bym nie przypuszczał, że komedia romantyczna uderzy w moje serce tak mocno. A jednak! Zresztą ten film w reżyserii Pata O’ Connora, będący remakiem dzieła o tym samym tytule z 1968 roku, nie jest do końca taką łatwą komedią, bo są łzy szczęścia i łzy wzruszenia. A nade wszystko przy oglądaniu tego obrazu nie opuszcza mnie dziwna myśl, że to jakby alternatywna historia dla filmu „Adwokat diabła”, czyli kolejna lekcja dla zabieganego karierowicza, który grzęźnie w piekle nicości.

Keanu Reeves jeszcze raz wciela się w pracoholika, a tuż obok niego staje Charlize Theron, która wcześniej partnerowała mu w „Adwokacie…”. Bohaterowie tego filmu dążyli do ideału, by się urządzić na Manhattanie w wygodnym, modnym apartamencie, żyć na wysokim poziomie i jednocześnie cieszyć się szczęściem rodzinnym. Cóż, wyszło jak w „Firmie” Grishama albo jak w „Omenie”. Buuuu. Ale słodko tak sobie śnić o tych wszystkich trofeach, jakie winien zdobyć przykładny konsument, jak choćby  bohater „Fight clubu”. Te sny o życiu z katalogu znają dobrze producenci reklam, a jednym z nich jest właśnie Nelson Moes (Reeves). To on wraz ze swoimi zdolnymi współpracownikami codziennie zaostrza apetyty konsumentów, chcąc im pokazać, że ich życie będzie gorsze, jeśli nie kupią danego produktu. Pożądaj i kupuj. Bądź jak inni konsumenci. Zaspokojony i szczęśliwy. Nelson w pewnym sensie żyje w wygodnym „Matrixie” własnej kariery. Na jego półkach stoją same nagrody, a on sam jest przekonany, że jest we właściwym miejscu i czasie. Prowadzi swoje życie pewnie i z podniesionym czołem. W końcu jeździ Mercedesem. Ale nawet jeśli wszystko jest w porządku i jak w reklamie, to już upomina się o niego Wydział Komunikacji w celu przedłużenia prawa jazdy. Ta niby prozaiczna sytuacja zwiastuje, że jednak za chwilę życie bohatera ulegnie znaczącej zmianie. Straci panowanie nad swoim życiem, wypadnie z bezpiecznego toru i znajdzie się w zupełnie abstrakcyjnym świecie.

Wszystko za sprawą pewnej pięknej kobiety, Sary Deever, która coraz bardziej mu się narzuca, bo przez niego oblała test teoretyczny na prawo jazdy (w filmie z 1968 roku, to główny bohater oblewa test przez nierozgarniętą panią w kapeluszu). Może chce się na nim zemścić, wymuszając co chwila jakieś dziwne przysługi, a może chodzi jej o coś innego? Sara wydaje się być rozkapryszoną dziewczynką, która coraz bardziej wyprowadza z równowagi przesadnie poważnego i skupionego na własnym prestiżu Nelsona. Z drugiej strony jest w niej coś intrygującego, że potrafi przewidzieć niemal każdy ruch głównego bohatera, niczym czarodziejka, albo kobieta o niezwykłej intuicji. Proponuje ona Moesowi dziwny układ i zaprasza go do siebie do domu na miesiąc, by tak zmienić jego życie. Sara bowiem oprócz tego, że zajmuje się zawodowo wyprowadzaniem psów, to świadczy także darmowe usługi jako „terapeutka”, zmieniająca życie zagubionym mężczyznom, którzy zbyt długo chodzili na smyczy. Wdaje się z nimi w romanse, ale także pomaga kochankom odnaleźć radość życia. Nie trudno się domyślić, że poukładany Moes traktuje ten cały plan jako wariactwo, a samą Sarę uważa za … no co tu dużo gadać… prostytutkę. 


Tytułowy „listopad” jest przydomkiem samego Nelsona, który z dniem pierwszego listopada ma właśnie przeprowadzić się do mieszkania Sary, urządzonym w stylu boho. Pochować swoje dawne wykwintne życie, łącznie z pracą, komórką, garniturem i odrodzić się jako nowy człowiek, który będzie prawdziwym koneserem spontanicznych chwil. Nie ma to jak zmienić swoje życie pod koniec roku. Oto John Wick Constantine spotkał swojego anioła, by zostać zbawionym od pustej egzystencji. Moes właściwie nie ma wyboru, bo w międzyczasie stracił pracę, mieszkanie, samochód i swoją dziewczynę. Wszystko stało się tak, jak przewidziała wszystkowiedząca Sara.

Zaintrygowani śledzimy tą rozwijającą się relację, która z jednej strony jest romansem, z drugiej strony przyjaźnią, grą, a nawet sesją psychoanalityczną. Nelson bowiem za sprawą Sary odwiedza swój dawny dom, aby przypomnieć sobie dzieciństwo i nieudolnego ojca akwizytora, a także spróbować być ojcem dla nieśmiałego Abnera, chłopaka z sąsiedztwa. Ten dzieciak wydaje się być jakby reminiscencją samego Nelsona, który z lokalnego pośmiewiska stał się zimnym człowiekiem sukcesu.

Oprócz dwójki głównych bohaterów, którzy wspaniale ze sobą kontrastują, dzięki czemu cała relacja iskrzy, uwagę zwraca występ Jasona Isaacsa w roli geja Chaza, przyjaciela Sary. Dodaje on szczypty humoru i ciągle wprawia w zakłopotanie biednego Nelsona. A ten mały uroczy pies, którym opiekuje się Sara Deever? Czy nie wygląda znajomo? Toż to ta sama rasa, która pojawiła się w filmie „Lepiej być nie może” z Jackiem Nicholsonem. Rozczulająca mordka od razu wprawia w dobry humor i zapowiada rewolucję w życiu niejednego ważniaka. Ciekawy jest tu także występ Franka Langelli w roli „Boga reklamy”, Edgara Price’ a, który podobnie jak w „Dziewiątych wrotach” bez mrugnięcia okiem podbija stawkę i kupuje ludzkie sumienia, wierząc, że każdy ma swoją cenę („Price”). Price także jak Gordon Gekko czyta sztukę wojny Sun Tzu. Ale teraz bitwę o serce Nelsona wygra zwariowana Sara Deever a nie potentat reklamowy.

Ale to rodzące się uczucie musi mieć swoją ofiarę. Czasem miłość jest tak długa i nudna, a innym razem tak krótka i intensywna, ale przez to na dłużej zostaje w pamięci porzuconego kochanka. Wspomnienie boli, wspomnienie rozgrzewa. Szarpie się ze sobą porzucony, walczy w klatce jak dzikie zwierzę. Aż po tym wszystkim wreszcie pragnie on być lepszym człowiekiem. Oto prawdziwe katharsis miłości.

Mam wrażenie, że smutny finał tego filmu w jakiś sposób łączy się z osobistymi doświadczeniami samego Keanu Reevesa. W 2001 roku pożegnał on swoją żonę, Jennifer Syme, która zginęła w wypadku samochodowym.

Ale cóż, trzeba wstać i grać dalej, raz adwokata Diabła, innym razem Johna Wicka i wierzyć, że ta miłość i jej strata były po COŚ.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH