PRZYLĄDEK STRACHU

PRZYLĄDEK STRACHU. MAXSAM


 

Adwokat i złoczyńca jak awers i rewers. Adwokat musi bronić prawa, złoczyńca musi je łamać. Ale czasem jest tak, że adwokat w końcu stanie się złoczyńcą, by dorwać adwokata zbrodni.

 

Adwokat Sam Bowden (Nick Nolte) wiedzie spokojne życie w New Essex. Mieszka z piękną żoną, Leigh i nastoletnią córką, Danielle w eleganckim domu pośród zielonych ogrodów. Widać, że dobrze mu się wiedzie. Czasem gdy dopadnie go rutyna, poflirtuje niewinnie z młodszą koleżanką z pracy podczas meczu w squasha. Ale bez szaleństw. Ostatni romans Sama kosztował jego żonę załamanie nerwowe. Wszystko się zmienia, gdy w mieście pojawia się Max Cady, który dziwnym trafem dość często bywa w tych samych miejscach co Sam. Na przykład w kinie, na seansie komedii „Kochany urwis”. Ten facet w hawajskiej koszuli, z cygarem, produkujący nadmiar dymu i głośnego śmiechu na Sali, potrafi zwrócić na siebie uwagę, chociaż Sam jeszcze go nie rozpoznaje. To nawiązanie do „Kochanego urwisa” też może nam się przydać w dalszym odkrywaniu „Przylądka strachu”. W końcu główny bohater komedii Dennisa Dugana, Junior pisze list do najgroźniejszego z przestępców i chce z nim ruszyć w wielką wyprawę, by rabować banki. W „Przylądku strachu” to nastoletnia córka Sama, Danielle (Juliette Lewis) będzie tą pierwszą, która w jakiś dziwny sposób zafascynuje się męskością i romantyzmem Cady’ ego. Bo przecież wiadomo, że dziewczyny kochają brutali i łobuzów. Tylko z nimi można przeżyć inicjacyjną przygodę życia. A jak Max potrafi całować. Mmmmmm.

 

Cady tu, Cady tam. Co teraz zrobisz Sam?

 

Coraz częstsze „przypadkowe” spotkania z byłym więźniem i dawnym klientem zaczynają niepokoić adwokata, cieszącego się dotąd nieskazitelną opinią. Czy aby na pewno nie popełnił on jakiegoś błędu jako obrońca tego zbira? Być może Sam kiedyś zataił pewne fakty i poprowadził sprawę tak, by jego klient dostał surowszy wyrok. Sam wymierzył sprawiedliwość. Nie musiał się specjalnie wysilać, bo Cady w tamtym czasie był analfabetą. Można mu było mówić jedno, a wpisać drugie. Ale po kilkunastu latach ludzie się zmieniają. Spokojny dotąd Sam zaczyna być coraz bardziej zestresowany, jakby żył na wulkanie, który za niedługo wybuchnie. Kiedyś siadał do fortepianu i snuł sobie wesołe melodie w zaciszu domu, teraz zauważa przerażony, że jednej ze strun brakuje. Ktoś umiejętnie gra na jego nerwach. Max z kolei jest coraz bardziej zrelaksowany i pewny siebie. Potrafi tak ustawiać pionki na szachownicy, że tworzy wokół Bowdena istny labirynt, z którego coraz trudniej się wydostać, nawet jeśli się jest szanującym prawnikiem i ma za sobą wsparcie policji.

Sam ma za sobą studia prawnicze i lata praktyki w salach sądowych, z kolei Max ma za sobą lekturę wielu książek prawniczych, dzięki którym zrozumiał, że ktoś w jego sprawie popełnił błąd. No i ma jeszcze za sobą długie lata w więzieniu jako bolesną praktykę nieznajomości prawa. Można powiedzieć, że obaj bohaterowie są teraz zawodowcami. Cady już nie jest zwykłym, narwanym rzezimieszkiem. Planuje jak genialny strateg, a działa jak bezwzględna bestia, szybko i bez sentymentów. W więzieniu narodził się na nowo, a swoje słabości zamienił w siłę. Stał się mścicielem gotowym na wszystko, aby zamienić życie swego byłego obrońcy w piekło. Bowden już rozumie, że nie pomogą żadne prośby, groźby, zastraszanie czy nawet pieniądze. Max traktuje całą sprawę bardzo honorowo. Chce zgotować adwokatowi takie piekło, jakie on przeżył w więzieniu. Nieustannie wraca do przeszłości i pragnienia zemsty niczym Hrabia Monte Christo. Napięcie narasta. W końcu musi dojść do największej konfrontacji między bohaterami, gdzie spokojny dotąd adwokat stanie się takim samym drapieżnikiem jak jego adwersarz, nie wahający się złamać prawo raz i drugi.

 

 

 

Ten pojedynek opisany w książce „The Executioners” Johna D. MacDonalda odbił się na ekranie po raz pierwszy w 1962 roku w reżyserii Johna Lee Thompsona. Wtedy to Gregory Peck jako adwokat Lee Miller (w tym samy roku Peck zagrał także adwokata Fincha w ekranizacji „Zabić drozda”) staje do pojedynku z Maxem Cadym (Robert Mitchum). Ciekawostką jest tam także udział Telly’ ego Savallasa (jeszcze z włosami) w roli detektywa, który śledzi Cady’ ego. Obsada jest doborowa, a napięcie między bohaterami bardzo intensywne. 

 

Ale jeszcze ciekawiej wypada ekranizacja „Przylądka strachu” wyprodukowanego przez wytwórnię Amblin i wyreżyserowanego przez Martina Scorssese’ a, który zaprosił na plan swoją dawną gwiazdę, Roberta De Niro, by tu zajaśniał jako bezwzględny, psychopatyczny Cady i zamienił w piekło życie Sama Bowdena, w którego wcielił się Nolte. W tej ekranizacji emocje sięgają zenitu, może także dzięki odpowiednim zbliżeniom na twarze bohaterów i intensywnym kolorom, podczas gdy wersja z 1962 jest czarno-biała i jednak dość statyczna. Te różnorakie kolory także przekładają się na charaktery głównych bohaterów, które nie są takie jednoznaczne. Sam Bowden w wydaniu Noltego ma swoje słabości, raz że zataił pewne fakty w protokole sądowym i nie stroni także od nieczystych zagrywek na sali sądowej, a dwa, że flituje ze swoją młodszą koleżanką z pracy. Tymczasem jego żona, Leigh (Jessica Lange), graficzka głowi się nad logiem firmy, w którym ma połączyć dwie wartości: stabilność i dynamikę. Sam właśnie jest takim stabilnym, może nieco nudnym mężem, ale w końcu będzie musiał pokazać trochę dynamiki w pojedynku z nowym wrogiem.

Cady w wydaniu DeNiro na pierwszy rzut oka rzeczywiście może kojarzyć się z typowym zbirem, samcem alfa, który szuka okazji do zademonstrowania swojej siły. Dobrze zbudowany, z wrednym grymasem na twarzy i tatuażami na całym ciele. No właśnie, te tatuaże. Porucznik policji nawet przyznaje, że sam nie wie, czy go oglądać, czy czytać. A Max sporo czyta, co już trochę odbiega od stereotypowego wizerunku bandziora. Oprócz książek prawniczych sięga do dzieł Nietzschego, cytuje Biblię, List do Galatów, twórczość Henry’ ego Millera (tak sławiącą witalizm) czy Księgę Hioba, która ma zobrazować wizję nieszczęścia, jakie spadnie na Bowdena. Z pasją dźwiga ciężary i dba o swoją muskulaturę, jak i czyta kolejne wersy różnych dzieł, by poszerzać horyzonty. Właśnie w taki sposób chce przytłoczyć swojego przeciwnika — siłą mięśni, charakteru i inteligencji. Cady w wydaniu De Niro jest też bardziej podstępny, a nawet „teatralny”. Bez problemu podaje się za nauczyciela córki Sama, Danielle i zwabia ją do pustej salki szkolnego teatru, gdzie chciałby z nią przeanalizować soczyste fragmenty dzieł Henry’ ego Millera. W tej alegorycznej scenie mówi o sobie jak o myśliwym z bajki o Czerwonym Kapturku. Jakby chciał swoim ostrymi pazurami zedrzeć osłonę naiwności, w jakiej dotąd żyła głupiutka Danielle. W ostatecznej konfrontacji Cady przekona się, że ta dziewczyna jest sprytniejsza, niż się wydaje.

Co do innych masek Maxa, to nie odmówił on sobie także przyjęcia roli gospodyni w domu Bowdenów, by podstępnie zabić detektywa, który ochraniał rodzinę Sama. Struna z fortepianu i pistolet zagrały tu piękny nokturn grozy. Adwokat już myślał, że się ubezpieczył i przechytrzył wroga, a ten jak zwykle jest o krok dalej od pana mecenasa. Jak to możliwe? Z każdą kolejną sceną mamy dziwne wrażenie, że Cady jest wręcz nadczłowiekiem, który swoją inteligencją i siłą zwycięża kolejne rundy. Zakrwawiony i poobijany triumfuje po pokonaniu czterech osiłków, wynajętych przez Bowdena. Triumfuje także moralnie nad tchórzliwym adwokatem, który skrył się za śmietnikiem, by obserwować brutalną konfrontację. Taka jest taktyka Bowdena. Cały czas się ukrywa za różnymi paragrafami i zagrywkami, odwleka konfrontację, w której on, jego żona i córka będą musieli zmierzyć się z demonem strachu pośród szalejącej burzy i dowieść, ile są warci. Ta burza zaczyna się już w pierwszej scenie filmu, gdy widzimy, jak Max wychodzi z więzienia, a na niebie zbierają się czarne chmury. Mroku dodaje tu posępny motyw muzyczny z trąbami na pierwszym planie, jakby to wysłannik zemsty rozpoczynał rewolucję w życiu zakłamanego prawnika.

Oglądając ekranizację Scorsesse’ a nie można tu oczywiście zlekceważyć udziału trzech legendarnych aktorów, Roberta Mitchuma w roli porucznika policji, Gregory’ego Pecka w roli adwokata diabła, Cady’ ego oraz Martina Balsama, który trzydzieści lat wcześniej grał w pierwszej ekranizacji „Przylądka…” porucznika policji. Wydaje się, jakby udział Mitchuma i Pecka w tej nowej ekranizacji podkreślał także dwoistość ludzkiej natury. Oto stary adwokat grany przez Pecka, przestał być już tym idealistycznym prawnikiem, broniącym słabych i skrzywdzonych. Teraz broni on także bandytów, którzy lepiej płacą (fakt, że pobitych). Z kolei Robert Mitchum, czyli niegdyś Max Cady, teraz wciela się w cierpliwego porucznika policji, który chce jakoś pomóc zdesperowanemu Bowdenowi, ale dobrze wie, że nie może naginać prawa do równania, które kreśli Cady coraz bardziej krwistą barwą. Jednak na ucho proponuje Bowdenowi skorzystanie z usług prywatnego detektywa, który może trochę więcej niż policja.

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH