MÓJ BIEGUN
Filmowa biografia najmłodszego zdobywcy dwóch biegunów, Jana Meli, który mimo swej niepełnosprawności pokazał, że potrafi przekraczać bariery, jakie często tworzymy sobie w naszych ciasnych umysłach. „Mój Biegun” zalicza się do cyklu „Prawdziwych historii” zrealizowanych przez TVN, wśród których znalazły się filmy o tragedii w Rysach („Cisza”) czy o porwaniu Krzysztofa Olewnika („Krzysztof”). W swojej konwencji przypomina on trochę filmy w stylu „Okruchy życia”, motywacyjne kino polecane przez coachów, gdzie bohaterowie znajdujący się w dramatycznych okolicznościach, ukazują swój heroizm, motywując widza do zmiany swego życia. Tego typu kino, oparte na faktach raczej nie wznosi się na artystyczne wyżyny, czy niepotrzebne ozdobniki. Chodzi o bezpośredni przekaz, trochę jak paradokument, gdzie uderzą nas realizm i pewna surowość emocji.
W rolach głównych możemy tu podziwiać Macieja Musiała (jak na swój wiek już dość doświadczonego aktora), Bartłomieja Topę i Magdalenę Walach. Trzeba przyznać, że młodziutki Musiał stanął tu przed sporym wyzwaniem, by pokazać zmagania swego bohatera z własnym kalectwem, który raz się załamuje, leży obojętnie, to znowuż zaciska zęby i uparcie ćwiczy, by udowodnić sobie i ojcu (Bartłomiej Topa), że nie jest przegrany. Pod tym względem taka rola jest bardzo atrakcyjna, by ukazać cały wachlarz emocji, jakie towarzyszą niepełnosprawnej osobie, która jeszcze pamięta, jak kiedyś cieszyła się swobodą ruchów.
Filmowa biografia naszego bohatera zaczyna się jednak od jeszcze jednej rodzinnej tragedii, gdy traci on swego młodszego brata, Piotra, który się utopił w jeziorze. Nie wiem czemu, ale widzę w tym wydarzeniu coś także symbolicznego, odnoszącego się do ewangelicznej historii o Piotrze, który zwątpił podczas burzy w moc Chrystusa. Tu jakby główny bohater, Jasiek po tym tragicznym wydarzeniu traci wiarę w siebie. Jest przestraszonym chłopcem, zmagającym się ze stratą brata. Od tego momentu atmosfera rodzinna, a zwłaszcza relacje z ojcem się ochładzają. Mela senior chcąc jakoś odreagować swój żal i pretensje do siebie, obwinia jednocześnie najstarszego syna, że nie dopilnował młodszego brata. Tak mijają lata, gdy Jasiek i jego ojciec mijają się w domu, uciekając w swoje światy. Ojciec ciągle buduje swoją łódź, ale nie potrafi jej skończyć, jakby się bał „wypłynąć na głębie” swoją barką. Z kolei syn skleja modele, uciekając w zabawę i powoli coraz bardziej się buntuje. Matka (Magdalena Walach) z trudem próbuje znaleźć między nimi nić porozumienia. Aż któregoś dnia dochodzi do tej tragedii, która zmienia życie ich obu.
Piorun oświecenia
Porażony prądem Jasiek trafia do szpitala, skąd wyjdzie bez jednego przedramienia i podudzia. Początkowo wydaje się, że po tej tragedii dystans między ojcem a synem został przełamany, tym bardziej, że rodzice walczą o odszkodowanie dla syna. Jednak z czasem widzimy, że Mela senior wciąż jest chłodny dla Jaśka, który próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji. Matka z kolei ratuje sytuację swoją opiekuńczością. Zatem nasz bohater jest zawieszony między ojcowską obojętnością i matczyną troskliwością. Sprawdza się tu stara zasada, że matczyna miłość wybaczy wszystko, a na ojcowski szacunek trzeba sobie zasłużyć. Ojciec Janka ma w tym ukryty cel. Sam mierzy się z traumą własnego trudnego dzieciństwa, a teraz próbuje obudzić w swoim synu wojownika, który codziennie będzie walczył o swoją normalność, nie potrzebując łaski i współczucia. To nie jest przyjemna rola. Ojciec jest twardy, bezwzględny, nie zamierza przytulać i głaskać. Musi nauczyć syna znosić swój ból. Jest jak trener, czasem nawet jak kat, co doprowadza do ciągłych kłótni. Nieustannie iskrzy. Kowal losu uderza uparcie w rozgrzany metal. Ojciec ciągle prowokuje Janka, mówi, że ten czegoś nie będzie potrafił, a syn z kolei jeszcze bardziej się zapiera, by udowodnić ojcu, że może więcej. Niegdyś swobodny dzieciak żyjący podwórkowymi przygodami i grami komputerowymi, teraz musi zacząć żyć świadomie, zrozumieć, dokąd zmierza. Tylko przez ból, zrozumie swój cel. Tu Bartłomiej Topa zasługuje na uwagę, świetnie portretując zimnego ojca, który jak rzeźbiarz codziennie uderza dłutem w skalny blok, by wydobyć z niego uśpionego bohatera, swego syna, który nigdy się nie podda. Bo jeśli ojciec nie pokaże synowi, jak walczyć, to Jasiek na zawsze będzie przegrany, zdany tylko współczucie matki i innych zbyt wrażliwych ludzi, jakie dane mu będzie spotkać w swoim, ograniczonym życiu. Wreszcie rodzina postanawia skonfrontować Janka z prawdziwą przygodą i Markiem Kamińskim.
Szczerze pisząc, nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy wspinali się na Everest, czy przemierzali Biegun północny. Biało, zimno, nudno i niebezpiecznie. Stamtąd również można nie wrócić w całości przez odmrożenia albo w ogóle nie wrócić. Czemu to ma właściwie służyć? To rozrywka, sport ekstremalny, narkotyczny przymus podbicia swojego ego? Jon Krakauer, alpinista i autor książki „Wszystko za Everest” tłumaczył, że nie ma w tym logicznego powodu. Człowiek po prostu chce, musi, pragnie przeżyć taką przygodę. Bo gdy pokonasz tą białą, zimną przestrzeń, niczym pisarz pokonujący białą kartę niepewności albo malarz kończący obraz, dokonasz w swoim życiu czegoś awangardowego, przekroczysz barierę, a potem będziesz mógł przekraczać jeszcze więcej. O czym do dziś przekonuje nas bohater tego filmu, zawstydzając pewnie niejedno malkontenta z rękami i nogami, znajdującego tysiące powodów, by czegoś nie zrobić.
I w końcu widzimy, że Jasiek osiągnął swoje, a jego ojciec skończył budowę łodzi. Uwierzyli w siebie i w swoje możliwości. Czas wypłynąć na dalsze głębie wielkiej przygody.
Komentarze
Prześlij komentarz