BRZEZINA. UPARCIE SZUKAĆ ŻYCIA
Andrzej Wajda sięga do twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, by pokazać nam konfrontację między śmiercią a witalizmem i erotyzmem.
„Przyjechałem do ciebie, żeby tu umrzeć” — oznajmia z uśmiechem i wzruszeniem blady Stanisław (Olgierd Łukaszewicz), który mimo swej choroby wciąż tryska radością i wigorem. A mówi te słowa do kogoś, kto od roku już przypomina żywego trupa, tonącego w melancholii. To jego brat, Bolesław, leśniczy, żyjący w głębi lasu wraz ze swoją córeczką, Olą i służącą Katarzyną, Wciąż nie może otrząsnąć się po śmierci swojej żony. Tą tęsknotę i melancholię Olbrychski powtórzy w innej ekranizacji Iwaszkiewicza, „Panien z Wilka”, gdzie jako Wiktor Ruben po śmierci swego przyjaciela powróci do rodzinnej miejscowości z dworkiem w nadziei na odzyskanie równowagi i być może rozbudzenie dawnych miłości. Nie będzie to jednak możliwe. Odpłynie z krainy snów i wspomnień, opuści swoje nimfy kochane, podstarzałe Panny z Wilka i wróci do szarego życia, by rzucić się w wir rutyny — najwierniejszej swej kochanki. Po kilkunastu latach Daniel Olbrychski jako porzucony mężczyzna powróci do zimnych lasów w „Siekierezadzie”, by wycinać jedno po drugim i spróbować zapomnieć o dawnym życiu.
W „Brzezinie” Bolesław próbuje żyć z dnia na dzień, wracając wspomnieniami do swojej żony, którą pochował w lesie między brzozami. Podczas samotnych spacerów wciąż nawiedza to miejsce, czując jej obecność. Mógłby tak trwać w tym zaklętym czasie, gdzieś poza tą cywilizacją, gdyby nie nagły przyjazd jego radosnego brata, który jak się okazuje, jest umierający. Właśnie wrócił z sanatorium w Szwajcarii i jest w przedostatnim stadium choroby. Pogodzony z własnym losem, chce teraz odzyskać utraconą więź z bratem. Wrócił dziedzic na włości, jak Pan Tadeusz do Soplicowa. Od początku rzuca nam się w oczy ten kontrast między melancholijnym Bolesławem, który traci swoje życie na wspominanie zmarłej żony, a umierającym Stanisławem, który mimo swej choroby, wciąż epatuje życiem i radością. Stanisław „sławi stan ducha”. W każdej drobnostce odnajduje jakiś dziecięcy urok. Tu gra na fortepianie wesołe, swingowe, kabaretowe numery, to gra w tenisa, jeździ na rowerze i stepuje sobie na moście, zawieszony między dwoma brzegami. Wszędzie go pełno, wszędzie głośno. Zawsze ubrany elegancko, jakby wciąż występował, a jego twarz nie tyle jest blada od choroby, co po prostu upudrowana jak u mima. Podczas gdy cichy, tłumiący w sobie emocje Bolesław, jak przystało na jego imię — „sławi ból” i szorstko traktuje wszystkich dookoła, nawet swoją córeczkę Olę, której umęczona lalka z rozbitą twarzą, przypomina rozkładającego się trupa. Wszędzie śmierć, wszędzie wspomnienia. Nawet gdy Bolesław zasiada do fortepianu, to gra tylko przejmujące, smutne, melancholijne kawałki w stylu Chopina. Jakże to dziwnie inne od repertuaru jego brata, który nie zamierza zwalniać. Skoro była muzyka, tańce to czas na romanse. Przed śmiercią trzeba się wyżyć jak należy. Tu Stanisław zwraca uwagę na zmysłową dziewczynę z gospodarstwa, słodką Malinę, która pracuje u Bolesława. Emilia Krakowska znów wciela się niejako w Jagnę z „Chłopów”, by kusić to jednego to drugiego, wyzwalać pożądanie, a tym samym rozpalać życie. Zarówno Stanisław jest do niej chętny, obejmując ją w lesie i tuląc do siebie jej piersi, jak i poważny Bolesław pragnąłby jej czasem w swoich najdzikszych fantazjach. Już wiosna, wszystko rozkwita. Stanisław przechadza się po lesie i widzi, jak drzewa puszczają żywice, soki żywotne. Spragniony mężczyzna spija z nich słodki nektar, a po chwili widzi tą słodką dziewczynę, wydobywającą się z jeziora. Ubrana w białą suknię, która mokra przylega do jej ciała, uwydatniając krągłości, przyciąga umierającego bohatera, by rozbudzić w nim jeszcze trochę życia. Mimo, że tu tak wiele erotyzmu i zmysłowości, to jednak reżyser nie zdecydował się na akty miłosne i goliznę. Chodzi o coś więcej, ponad tymi igraszkami na sianie. Malina swoją zmysłowością wyciąga obu braci z ich grobów, ale sama jest równie podstępna albo zagubiona, kusząc jednych i starając się być wierna innemu. Jest bowiem zaręczona z wielkim, atletycznym Michałem, Janosikiem (Marek Perepeczko), z któremu lepiej nie wchodzić w drogę. Chyba, że jest się masochistą.
Pośród tych scen z życia na wsi Wajda wplata w poetyckie, nasycone symbolizmem ujęcia- cytaty z polskich mistrzów malarstwa, jak Chełmońskiego czy Malczewskiego. Zwłaszcza gdy widzimy Malinę z kosą, obok której stoi Bolesław, naznaczony melancholią, śmiercią, atrofią uczuć. Czyżby śmierć była tak zmysłowa i kusząca? Może Bolesław pragnie śmierci jak kochanki, a z kolei Stanisław pragnie, by kochanka wyciągnęła go z otchłani umierania? Kogo zetniesz piękna? Pod koniec filmu widzimy puste łóżko Stanisława i kołyskę dla Lalki Oli. Dziewczynka opuszcza pokój, nie chcąc już wracać do wspomnień o chorobie matki i stryjka, podczas gdy pokorna służąca Katarzyna w czerni zmywa podłogę po dawnym życiu.
Innym razem widzimy starą służącą, Katarzynę (także w czarnej sukni), która niejako symbolizuje stateczność, wierność, spokój a może i śmierć. Obok niej siedzi w białej, zwiewnej sukience, kuszącą, bosa Malina z dzbankiem wody. Kogo nasyci swoją miłością? Gdzieś między nimi, jak Hamlet stoi Bolesław, który choć nie jest śmiertelnie chory, to jednak uwięziony jest w szponach melancholii, tęsknoty za zmarłą żoną. Żyje w zawieszeniu między witalizmem a śmiercią, rutyną.
Co wreszcie wybierze, gdy stanie nad mogiłą brata? Ile można trwać w tym zaklętym lesie driad, nimf, wspomnień, szumów, szeptów. Ile można tak tłumić te wszystkie niewypowiedziane kwestie, odpalać papierosa za papierosem i przeganiać córkę lub wołać ją z powrotem.
Nie mój drogi, czas ruszyć przed siebie, zostawić ten las i te mogiły. Umarli będą przy tobie, a przed tobą będzie jasna droga i córka. Naprzód przez Wilko, „Życie rodzinne”, „Potop”, „Siekierezady”, Ku „Ziemi Obiecanej” i Soplicowo
Na nowo.
Byśmy nigdy nie przezywali żałoby po zmarnowanym szczęściu.
Komentarze
Prześlij komentarz