TEORIA WSZYSTKIEGO. GDY KOŁO CZASU ZMIENIA SIĘ W SERCE



Wirujące koło roweru. Kto pierwszy? Radość i wiatr we włosach, aż nagle to koło roweru zmieni się w koło od wózka inwalidzkiego. Czas usiąść, zatrzymać się w tej bieganinie i zastanowić nad kołem fortuny swego czasu.

 

Stephen Hawking bywał już gwiazdą niejednego programu dokumentalnego, gdzie kamera śledziła jego zmagania z codziennością i czarnymi dziurami. Uczony także udzielał się w różnych produkcjach jak „Star Trek” czy „Futurama”, idealnie wkomponowując się ze swoim super wózkiem w kontekst robotów i cyborgów. Gdy już rozprawił się z historią czasu, postanowił, że spisze także swoją autobiografię, dzieląc się z czytelnikami swoimi wspomnieniami, sekretami a także archiwalnymi zdjęciami, zrobionymi jeszcze przed chorobą. Było tylko kwestią czasu, kiedy to wreszcie zobaczymy historię tego naukowca i jego żony Jane w pełnometrażowym filmie biograficznym. Produkcja telewizyjna „Hawking” (2004 r.) z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej, późniejszym Sherlockiem i Turingiem, pokazała, że historia uczonego, zajmującego się rzeczami, do których większość z nas nie przykłada żadnej uwagi (piszę za siebie, bo w szkole za fizyką nie przepadałem) i zmagającego się z chorobą, ma potencjał na ciekawą fabułę. I wreszcie przyszedł czas na duży ekran i „Teorię wszystkiego” w reżyserii Jamesa Marsha. Pośród spadających gwiazd i czarnych dziur, posypały się Oscary. Zarówno dla nas — widzów, jak i pewnie dla samych bohaterów taki film był wręcz panoramicznym spojrzeniem na własną historię, gdzie mimo sukcesów, porażek, pokrętnych równań losu, dostrzega się jednak sens i słychać w głębi duszy słowa: „Warto było. Mimo wszystko”.

On — to dziś najsłynniejszy fizyk, wymieniany jednym tchem obok Galileusza czy Newtona, autor bestsellerowej „Krótkiej historii czasu” i jeszcze krótszej autobiografii. Bo po co się rozpisywać, gdy przekazuje się swoje myśli za pomocą mięśnia policzkowego i mając świadomość, że żyje się w zapożyczonym czasie. Ona — to dziś spełniona lingwistka, zgłębiająca język ojczysty de Rojasa i Borgesa. Cierpliwa Beatrycze próbująca przejść ze swoim mężem przez piekło choroby. No i jest jeszcze trzecia bohaterka tego dramatu. Trochę jak zazdrosna kochanka, zagarniająca Stephena tylko dla siebie. Oto ALS, czyli stwardnienie zanikowe boczne. Choroba, w której z każdym rokiem tracisz coraz więcej, chyba, że masz szczęście i choroba zwalnia, dając ci wytchnąć. Ale to w gruncie rzeczy tortura nadziei. Wciąż się zastanawiasz, kiedy w końcu stracisz możliwość wyrażania swoich myśli, emocji i staniesz się jak kłoda, mając poczucie, że jesteś tylko ciężarem dla innych. Tej chorobie ulegli: baseballista, Lou Gehrig, basista grupy Toto, Mike Porcaro, czy projektant słynnej figurki Lego, Jens Nygaard Knudsen. Według prognoz, choroba ta doprowadza do śmierci po kilku latach od zdiagnozowania. Stephen Hawking to bez wątpienia rekordzista, który wytrzymał z tym schorzeniem ponad pół wieku, rozwijając z licznymi inżynierami system komunikacji dla chorych. Bo nie ma nic gorszego niż niemożność wyrażenia swoich myśli.

Hawking usłyszał ten straszny wyrok, mając dwadzieścia parę lat. To przecież wiek, kiedy stoisz na szczycie świata, z radością witasz słoneczny poranek życia i czujesz, jak wiatr bije w żagle twego okrętu. Niesie ciebie poezja, ambicja, kreatywność. Chcesz tyle dokonać, chcesz się wyszaleć. Tylko spójrzmy na to zdjęcie z okładki autobiografii Hawkinga. To ten uśmiechnięty chłopak w białym stroju, stojący ponad wszystkimi studentami, wznoszący białą chustę, ale chyba nie po to, aby się poddać. Zdaje się, jakby parodiował obraz Delacroix: „Wolność wiodąca lud na barykady”. Tak, to Stephen. Aż trudno w to uwierzyć. Niezły rozrabiaka, żartowniś, leniuch, ale nade wszystko inteligentny gość.

Zarówno dla widzów pamiętających Hawkinga niczym bohatera s-f, cyborga, który z wózkiem i komputerem stanowili niemal harmonijną całość, jak i dla samych dzieci wielkiego uczonego: Lucy, Roberta i Tima, to było niezwykłe doświadczenie zobaczyć swego ojca (odgrywanego przez zdolnego aktora) bez wózka. Choć pewnie ten ciężki wózek jak rekwizyt odegrał niemałą rolę w ich dzieciństwie. Dla nich tata i wózek to była jedność. I dzięki tej niezwykłej kombinacji Stephen mógł z powodzeniem udawać statek kosmiczny, pociąg albo dzikiego rumaka przemierzającego domowe podwórko. Co zresztą dobrze widać w jednej ze scen, gdy rozbawione dzieci jeżdżą z tatą wózkiem elektrycznym, demolując niemal cały pokój, a biedna Jane próbuje poskładać notatki do swojego doktoratu. A w końcu poskłada wspomnienia, by wydać swoją biografię.

„Teoria wszystkiego” w głównej mierze opiera się właśnie na zebranych wspomnieniach żony uczonego, która tak długo żyła w cieniu swego męża, a jednak znacznie więcej miała do opisania. W końcu to lingwistka, czuła na słowo. Jej książka: „Podróż ku nieskończoności. Moje życie ze Stephenem”, będąca relacją z życia rodzinnego Hawkingów, jest dwa razy grubsza od autobiografii samego Stephena, który zresztą sam zatytułował ją „My brief history”. Oprócz głównego motywu bycia żoną i matką, Jane dzieli się także swoimi wspomnieniami na temat rodziny Stephena, jego rodziców i siostry, z którymi nie zawsze jej się układało kolorowo. I parę tych zgrzytów jest delikatnie zarysowanych w filmie, zwłaszcza gdy teściowie podejrzewają, że nowonarodzony Tim jest owocem romansu Jane i przyjaciela rodziny, dobrodusznego Jonathana.

Stephen, którego poznajemy na początku filmu to taki wesoły, inteligentny chłopak, który może dyskutować na każdy temat, nawet religijny czy filozoficzny. Nic dziwnego, ma niezłe zaplecze w inteligenckim domu, gdzie pośród wielu książek, dyskutowano o wszystkim, polityce, nauce, a nawet o aborcji. Z takimi szerokimi horyzontami, Stephen spokojnie dostał się na Cambridge University, a ze swoimi zdolnościami miał właściwie dyplom w kieszeni. Choć jego ojciec, z zawodu lekarz liczył, że syn pójdzie w jego ślady. W tamtych czasach kosmologia była aż nazbyt abstrakcyjną dziedziną nauki. Bo co możesz myśleć o facetach, którzy patrzą w niebo i zastanawiają się nad równaniem istoty świata? Więcej tu nawet filozofii niż twardej fizyki pełnej, niekończących się równań.

Wszelkie ćwiczenia i zaliczenia na uczelni to była tylko czysta formalność dla tego geniusza, który mimo dużego talentu jednak nie specjalnie przykładał się do systematycznej pracy nad swoimi teoriami. Być może to wszystko za łatwo mu przychodziło, przez co często się nudził.

 

 

Aż nastąpił ten jeden upadek i wyrok – zupełnie jakby zatrzymał się czas. To, co przychodziło kiedyś łatwo, teraz wymagało olbrzymiego wysiłku. Ale od czego jest determinacja i upór, których dotąd leniwy Stephen jakoś nie używał zbyt często? Wszystkie te drobne rozrywki, te bzdury, jakimi raczył się student Hawking, przestały mieć znaczenie wobec czasu, jaki mu pozostał. Gdy wiemy, że nasz koniec jest bliski, wtedy rzeczywiście widzimy życie w innej perspektywie, co paradoksalnie dla niejednego, niezdyscyplinowanego marzyciela staje się błogosławieństwem. Zaczyna się on koncentrować jak nigdy przedtem nad wykonaniem danego zadania. Życie z wyrokiem śmiertelnej choroby może mieć swoje zalety. Wreszcie widzimy metę i możemy dokładnie sobie zaplanować, co chcemy osiągnąć w czasie, który nam pozostał. Hawking zakasał rękawy, jak nigdy przedtem. Sam zresztą przyznał w jednym z wywiadów, że to właśnie choroba sprowokowała go, by działać efektywniej. Więzienie ciała stało się lekarstwem dla niesfornego, może nawet nadpobudliwego umysłu, który skakał tu i tam[i]. Stephen wreszcie się skupił, by napisać doktorat. Co za ironia, że w głowie masz myśli o czarnych dziurach i abstrakcyjnych wielkich ideach, a tu w życiu codziennym musisz uczyć się wszystkiego jak dziecko. I wiesz, że będzie gorzej Będziesz się cofał w swoim fizycznym rozwoju, choć twój umysł pozostanie jasny jak płomień w tych ciemnościach beznadziei.

Ale paradoksalnie to cofanie się do siebie jest także projekcją poszukiwań Hawkinga o cofaniu się do początków świata i czasu w ogóle. Może gdyby udało się cofnąć do początków świata? Hmmm. Nie zapędzaj się tak marzycielu. Może lepiej cofnąć się do czasów, gdy żyło się bez tej choroby? Na twarzy Stephena pojawia się niewyraźny uśmiech. Ale czy wtedy Jane wyszłaby za mąż tak szybko za Hawkinga? Może byliby przez jakiś czas parą, kończąc swoje doktoraty, a potem każde by poszło w swoją stronę? Nie mieliby dzieci. Nic by ich nie łączyło. Czy można pokusić się o twierdzenie, że ta miłość, którą tu widzimy na filmie, zresztą pięknie przedstawioną w każdym odcieniu, od tych słodkich ciepłych pasteli po te chłodne barwy oddalania się, ta miłość była trochę na siłę, trochę z litości?

Tu zresztą warto chwilę się zatrzymać na tej scenie, gdy Stephen (Eddie Redmayne) słyszy wyrok od lekarza, granego przez Adama Godleya, który wcześniej wcielił się w ojca Stephena w serialu „Hawking”. Twarz lekarza jest nieco „wybrzuszona” przez soczewkę. Widzimy teraz wszystko oczami Stephena, który słyszy diagnozę o ALS. Wszystko jest takie intensywne, powiększona twarz lekarza, jego głos, współczujące spojrzenie, w którym odbije się pewnie niejedna twarz pacjenta z wyrokiem. Poważne oblicze lekarza i opustoszały korytarz. Lekarz jednak nie zamierza się bawić w pocieszyciela. Stawia sprawę jasno, trzeźwo i oznajmia, że nie może pomóc Hawkingowi. Szybko odchodzi, zostawiając pacjenta samemu sobie. Młody geniusz, który bez trudu rozwiązywał najbardziej skomplikowane równania, teraz jest zupełnie bezbronny wobec równania, jakie mu zgotował los. Mały człowiek na tle szerokiego korytarza. Dwa lata życia. Wszystko przyspiesza.

Stephen jak żaden inny zaczął rozumieć istotę czasu w swoim prywatnym życiu i to właśnie kwestii czasu poświęcił swoją pracę naukową. Jane (Felicity Jones) z kolei trochę jak siostra miłosierdzia, chciała się wywiązać ze swojej miłości, nie rzucając słów na wiatr.

W filmie widzimy, jak uparcie każe grać Stephenowi grać w krykieta i patrzy ze łzami w oczach, jak jej ukochany coraz bardziej traci równowagę. Zmaganiom tym towarzyszy przejmująca muzyka Jóhanna Gunnara Jóhannssona. No dalej Jane, jesteś gotowa się ze mną męczyć? Będzie jeszcze gorzej. Mimo wszystko zdecydowali się wziąć ślub. Wszyscy zakładali, że Stephen od momentu wykrycia choroby pożyje zaledwie parę lat, a Jane spełniłaby swój obowiązek „świętej, oddanej żony” i potem zaczęła wszystko od nowa. Ale Stephen (jakby na złość) przeżył ponad pięćdziesiąt lat, stając się wielką gwiazdą nauki i motywatorem dla wielu niepełnosprawnych osób. Jane z kolei usunęła się w cień. Na jakiś czas odsunęła swoje ambicje naukowe i poświęciła się rodzinie. Może się przeliczyła w tym wszystkim? Może poczuła się oszukana przez los? Zawsze była tą silniejszą w związku, opiekunką i organizatorką, a jednak to Stephen osiągnął więcej od niej. On tak bardzo ograniczony przez chorobę, był w stanie efektywnie się samorealizować, podczas gdy ona nie mogła się skupić, by ukończyć chociażby doktorat. W końcu doszła do wniosku, że rola oddanej żony geniusza już ją znużyła. Czas ją schować do garderoby i odnaleźć siebie — tą dawno zapomnianą Jane, która kiedyś zgłębiała wersy poezji hiszpańskiej. Zawsze tu nasuwa się pytanie, skoro wiedziała, że będzie ciężko w tym związku, że to właściwie ona będzie musiała przejąć większość obowiązków głowy rodziny, to czemu w ogóle zdecydowała się na założenie rodziny? Czemu uległa litości, a nie własnemu egoizmowi, dążącemu do samorealizacji? Dlaczego nie dokonała zdroworozsądkowego wyboru, jak radzili jej przyszli teściowie?

Jane na pytanie o powód poślubienia chorego Stephena, odpowiedziała, że w latach sześćdziesiątych nad światem unosiło się widmo bomby atomowej i właściwie każdy czuł na sobie oddech śmierci. Może dlatego tak chętnie podejmowała odważne decyzje. Człowiek tamtej epoki zdawał sobie sprawę, że jutra może nie być, więc warto było ryzykować i żyć na krawędzi. W tej historii miłości jest coś podobnego do tego, co widzieliśmy w „Motylu i skafandrze”, „Mojej lewej stopie”, „Nietykalnych”, czy wreszcie w „Pięknym umyśle”, choć tam cierpliwa żona dowiaduje się o chorobie męża w środku trwania małżeństwa, a nie na początku. Tam również następuje kryzys małżeński i separacja i dopiero po dłuższej przerwie małżonkowie wracają do siebie. Cierpliwa Alicia Nash znosi chorobę męża, który coraz bardziej przypomina przestraszonego chłopca niż pewnego siebie mężczyznę, jakim był na początku. Takie jest życie ze schizofrenikiem po drugiej stronie lustra. Alicia ściska jego dłoń i szepcze ciepłym głosem przez łzy: „jutro znów spróbuj”. Właśnie o tym są te filmy, o odwadze próbowania dzisiaj, jutro, pojutrze i dalej, aż do końca naszych dni. Spróbujmy być razem mimo tej choroby, która wisi w powietrzu jak burza. I nie wiadomo, kiedy przyjdzie tornado, które zupełnie odwróci wszystko do góry. W tym obrazie miłości, stereotypowa rola mężczyzny jako głowy rodziny, kogoś twardego, silnego jest odwrócona. Uczony, myślący o wielkich ideach, staje się jak dziecko, niesione na rękach opiekuńczej żony, która nie zawsze ma siły chronić ognisko domowe. To daje spore możliwości dramatyczne aktorom. Poskręcany Eddie Redmayne jak niegdyś Daniel Day-Lewis w „Mojej lewej stopie”, wznosi się na wyżyny, by pokazać ból uczonego, który nie jest w stanie wyrazić swoich prostych potrzeb, a co dopiero wielkich idei, jakie kłębią się w jego umyśle.

W tym filmie obsypanym wieloma nagrodami po raz kolejny sprawdza się zasada, że aby dostać Oscara, trzeba się wcielić w cierpiącego i niepełnosprawnego bohatera. Zarówno Al Pacino jako niewidomy, Day-Lewis jako sparaliżowany i wreszcie Redmayne odebrali złote statuetki za swoje wysiłki w ukazaniu bohaterów walczących z własnym ciałem. (Ale już DAWID OGRODNIK nie dostał Oscara za swoje wysiłki w filmie „Chce się żyć”). I jednocześnie przypomnieli nam, że dopóki widzimy drogę przed nami, możemy chodzić i podziwiać to lub tamto, jeszcze wiele możemy zmienić w naszym życiu, by nie skończyć jako zgorzkniali, niespełnieni ludzie.

Ciekawym motywem towarzyszącym filmowi jest niepozorny długopis, dzięki któremu roztargniony uczony zapisze ostatnie równanie, podsumowujące prawidła rządzące światem. Ale niestety długopis spada na podłogę i koniec. Nie można nic wyrazić, ani przekreślić. Ktoś musi go podnieść, ktoś musi pomóc. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, jakie to szczęście, gdy możemy podnieść długopis, który komuś wypadł. Może zyskamy czyjąś sympatię, jakbyśmy napisali nowy rozdział relacji? Możemy tak fantazjować i się śmiać, ale dla sparaliżowanego Stephena podniesienie długopisu to jedno z największych marzeń. Uwolnienie się z tego paraliżującego skafandra i przekroczenie swojej niemocy fizycznej, bo ta sfera duchowa i rozumowa mają się wciąż dobrze.

 



„Jakkolwiek życie byłoby ciężkie, zawsze możesz znaleźć coś , w czym osiągniesz sukces. Póki jest życie, póty jest nadzieja” — przemawia Stephen swoim komputerowym głosem do publiczności. Brzmi jak robot, a jednocześnie w jego postawie jest tyle człowieczeństwa. Nie mówi tylko o fizyce, czarnych dziurach i innych abstrakcyjnych kwestiach. Mówi także o swoich życiowych doświadczeniach, nie żałując przy tym humoru. Zdumiewające jest to, jak ten sparaliżowany uczony, ateista, który nie tak dawno się rozwiódł ze swoją żoną, wlewa tyle wiary w siłę człowieka. Dla niego wciąż jest nadzieja, mimo, że choroba postępuje. On wciąż znajduje nowe sposoby komunikacji ze światem, czy to przez mrugnięcie okiem, czy poruszenie mięśniem policzka. Wciąż uparcie widzi nowe połączenie, jak dziecko układające klocki wraz z inżynierami Intela.

To nie przypadek, że właśnie na drodze Jonathana (Charlie Cox), muzyka i dyrygenta chóru kościelnego pojawiła się rodzina Hawkingów, dzięki którym ten samotny wdowiec poczuł znów rodzinne ciepło. Ale jednocześnie znalazł się w dość skomplikowanej sytuacji uczuciowej, gdy zdał sobie sprawę, że darzy Jane czymś więcej niż przyjaźnią, tak samo zresztą jak ona. I co teraz? Czekać, aż Stephenowi się pogorszy? Czekać na jego śmierć, by rozpocząć nową miłość? To okrutne.

Ich znajomość zaczęła się właśnie od potrzeby Jane, by odnaleźć własny głos w chaosie życia rodzinnego. Postanowiła go znaleźć dosłownie w kościelnym chórze, który prowadził właśnie Jonathan. I tak pod równaniem fizycznym rozpoczęła się nowa symfonia miłości. Oto najmocniejszy zwrot w całej tej historii. Opisałeś Stephen historię czasu, ale nie możesz go cofnąć i nie możesz zatrzymać swojej żony, która chce się rozwieść. Ale może taka jest siła miłości? Trzeba dać odejść ukochanej, która chce się spełnić w innym związku i w swoich pasjach. Może tak jest uczciwiej, by teraz żona odetchnęła samorealizacją? Wreszcie Jane może przemawiać swoim tonem, a nie tylko w chórze słodkim mezzosopranem, podczas gdy Stephen zyskuje nowy głos w adapterze mowy, który modyfikuje go dla niego inżynier, David Mason. Mason nie tylko da głos wielkiemu fizykowi, ale także odda mu swoją żonę, pielęgniarkę Elaine, która zostanie drugą żoną Stephena. Rudowłosa dama, która doskonale potrafi się porozumiewać ze swoim pacjentem, znając także jego słabości. Z zadziornym uśmieszkiem przewraca przed Stephenem kolejne stronice magazynu erotycznego Penthouse, który tak naprawdę był dla Kipa Thorne’ a. To nie są żadne wymówki chłopca przyłapanego na gorącym uczynku. Magazyn erotyczny był nagrodą dla zwycięzcy pewnego zakładu. Jakiego? Thorne założył, że Cygnus X-1, galaktyczne źródło rentgenowskich promieni może zawierać w sobie czarną dziurę, co zdaniem Hawkinga było niemożliwe. Założymy się? Stephen przegrał zakład i musiał zapewnić roczną prenumeratę magazynu Penthouse dla Thorne’ a. Fizyka ma różne oblicza, czyż nie? Krągłości i czarne dziury. Już widzę gwiazdy.

Małżeństwo z drugą żoną, Elaine Mason przetrwało jedenaście lat, aż w końcu Hawking zrozumiał, że tą pierwszą miłością była zawsze astrofizyka. Ale nie ma co żałować miłosnych zawodów. Wszystko było po coś, jak to pokazują nam twórcy pod koniec filmu, gdy Stephen zostaje odznaczony tytułem Komandora Orderu Imperium Brytyjskiego i zaprasza Jane, by mu towarzyszyła. „Spójrz, co razem stworzyliśmy” — mówi sztucznym głosem do żony, patrząc na trójkę swoich dzieci. Ona także się wzrusza. Czas jakby się zatrzymuje, znów są razem i tworzą niezwykłą rodzinę. 

 


 

 


 

 



[i] Zapis wywiadu ze Stephenem Hawkingiem, przeprowadzony przez Sue Lawley z cyklu „Płyty na bezludną” wyspę BBC z roku 1992. W: S. Hawking: „Czarne dziury i wszechświaty niemowlęce oraz inne eseje”. Przeł. P. Haski. Wydawnictwo Zysk i S-ka. Poznań 1997.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH