BASQUIAT. TANIEC ZE ŚMIERCIĄ



Czy miał uwierzyć, że ci, którzy urodzili się dla sztuki, będą rozkwitać i tworzyć? Że ci, którzy przyszli do niej z nienaturalnych powodów, ponieważ wydawało się to łatwe, romantyczne albo stanowiło prostą drogę do sławy i fortuny mogą mieć niewiele do powiedzenia? Przymus rysowania i malowania był czymś realnym. Czy był to dar czy upośledzenie, błogosławieństwo, czy przekleństwo? Chodziło o samozwańców czy wybrańców?

(…)

Kobiety tak, miłość nie. Pan już się zakochał w sztuce. I proszę dochować jej wierności[i]

 

A czy sztuka odwzajemni tą wierność? Z tym może być różnie. Bo dla sztuki to trzeba wycierpieć wiele. Wiedział o tym Van Gogh, który zrezygnował z dobrej posady sprzedawcy obrazów w firmie rodzinnej na rzecz malarstwa, by potem błąkać się między kolorami i pociągnięciami pędzlem, nie znajdując już nigdy spokoju. Za swego życia nie sprzedał ani jednego obrazu. Znaczniej więcej szczęścia miał Jean-Michel, bohatera filmu „Basquiat — taniec ze śmiercią”, o którym trochę tu sobie popiszemy.

Prymitywne i neoekspresyjne malarstwo Basquiata przypomina trochę malowidła z jaskiń, pełne kontrastujących barw, gdzie ujrzymy jakieś stwory, małpy, ludzkie bestie w dziwnych pozach, jakby były porażone prądem lub prześwietlone przez rentgen, tak że widzimy również ich szkielety i brudne wnętrza. To skojarzenie mogłoby być nawet trafne, bo Basquiat jeszcze jako dziecko czerpał sporo inspiracji do swoich rysunków z ilustrowanej książki „Gray’s anatomy”, którą dostał od matki. I pomyśleć, że kiedyś biedni Leonardo i Michał Anioł musieli urządzać tajne sekcje zwłok, by dogłębnie poznać anatomię i realistycznie przedstawić swoje postacie. U Basquiata realizmu nie znajdziemy, lecz za to jakąś ukrytą prawdę w tych pierwotnych rysunkach, archetypach różnych charakterów, jakimi się brzydzimy lub kiedyś staniemy. Kto wie, gdyby się jeszcze bardziej zaczytał, może zostałby lekarzem. A tak stał się artystą, rzucającym bezczelnie wyzwanie naszej wyobraźni. Niejeden oglądając te „dzieła” zapyta zdumiony: I to wisi w galeriach albo w najdroższym apartamencie jakiegoś ważniaka? O to się biją marszandzi i kolekcjonerzy?! Gordon Gekko pokazywał gorsze bohomazy w swoim biurze. Oto sztuka pierwotna/prymitywna wojuje równie prymitywne miasto-dżunglę, jakim jest Manhattan, a chłopak z dredami i pryszczami na twarzy nagle staje się pierwszorzędnym artystą, docenionym na rynku sztuki.

Zaczynał jako uliczny graficiarz (podpisując się wtedy SAMO), podobnie jak Keith Haring, czy Banksy (w Wielkiej Brytanii). Za płótna i galerie służyły im mury, ściany, dworce. Malowali wszędzie tam, gdzie jest mnóstwo ludzi i szansa, że ktoś odczyta te dziwne hieroglify i potem przekaże wieści dalej. Gdzie, jak nie w Stanach, tej „jaskini rozpusty” miała się przyjąć ta sztuka? Nadęta publiczność zmęczona wyszukanymi kreskami, od dłuższego czasu miała apetyt na coś prymitywnego i prostego. Coś co przypomina z jednej strony dziecięce rysunki, bazgroły, a z drugiej symbole, logotypy układające się w różne ciekawe slogany, komunikaty, które jak wiersze drążą coraz to nowe sensy. Łatwo się domyśleć, że nie wszyscy entuzjastycznie podchodzili do tej sztuki. Policja często musiała zadawać sobie i artystom kultowe pytanie: „co też ci mieli na myśli, niszcząc/malując ścianę na dworcu metra?” Artyści czy wandale? Och wy ignoranci, czy nie zdajecie sobie sprawy, że jesteście świadkami wielkiej rewolucji w sztuce! Czemu by nie utworzyć miejskich pasaży pełnych takich rysunków, malowideł, które co chwila proszą się o nową interpretację? Wreszcie bezmyślny tłum pędzący w niewiadomym celu, miałby się nad czym zastanawiać. To jest sztuka, która wyszła z ram i salonów, sztuka tworzona tuż pod nosem zwykłego przechodnia. Jest niczym zagadka, rebus, kalambur zmuszające do wytężenia szarych komórek. To sztuka, która zbija z wygodnego toru, jakim przemyka przeciętny odbiorca komiksowej narracji swego życia.

Opuściwszy liceum przed jego ukończeniem, Basquiat został członek samozwańczej bohemy różnych dziwaków i ulicznych artystów. Pomieszkiwał u znajomych lub nawet w kartonach (jak to widzimy w filmie). Żył z dnia na dzień, uciekał od stabilizacji i nie stronił od narkotyków, by pobudzić wyobraźnię i tworzyć kolejne graffiti. Tyle, że murów ze swoimi malowidłami nie mógł sprzedać, ale za to mógł się promować wśród swojej publiczności. By mieć cokolwiek w kieszeni, tanim kosztem produkował pocztówki ze swoimi rysunkami i sprzedawał za parę dolarów. W filmie widzimy, że niemal ze wszystkiego Basquiat jest w stanie uczynić sztukę. Potrafi narysować palcem na rozsypanej soli albo wylanej śmietance wizerunek kelnerki i zrobić ciekawy remix z nagranej rozmowy telefonicznej. Czegóż chcieć więcej? Jesteś wolny, młody, mieszkasz w Nowym Jorku i tworzysz własne, oryginalne dzieła. Póki jest tworzywo, póty można żyć. Mogłoby się wydawać, że taki żywot wagabundy powinien zaspokoić ambicje artystyczne czarnoskórego chłopaka. Ale czasem marzenia nie dają spokoju. Tylko spójrz, jak daleko zaszedł Andy Warhol ze swoją cholerną puszką zupy. Jeszcze nadejdzie taki czas, że „Basquiat” będzie jak Mercedes. Jeszcze wam pokażę. Coraz bardziej marzy o tym, aby dostać się na salony, gdzie ludzie w modnych ubraniach od najlepszych projektantów, z szampanem w ręce dyskutują o kresce i kropce na wielkim białym płótnie i gotowi są zapłacić za te arcydzieła tysiące dolarów, bo ktoś im powiedział, że warto inwestować w tego artystę. To jest życie!

Na razie nasz bohater zadowala się posadą pomocnika elektryka w galerii, w której są wystawiane takie czy inne bohomazy (jakby powiedział ignorant). Miło być obok obrazów i podziwiać najnowsze trendy w sztuce. Jaś Fasola też tak zaczynał w filmie „Nadchodzi totalny kataklizm”. Tu zresztą Jean-Michel przekonuje się, że artystą można być na wiele sposobów i niekoniecznie wystawiać się na salonach. Wręcz przeciwnie — można wieść podwójne życie, co jest bardzo rozsądne. Tak to czyni właśnie elektryk, grany przez Willema Defoe (który w 2014 roku wcielił się w Pasoliniego, a 2018 roku zagrał samego Van Gogha u Juliana Schnabela). Na co dzień majstruje przy przewodach elektrycznych, by zapłacić rachunki, a po godzinach rzeźbi i cierpliwie doskonali swój styl. Nawet jeśli nie wejdzie na salony, to po prostu ma miłą odskocznię od zwykłej, przyziemnej pracy. To dosyć żmudna droga artysty, bo równie dobrze można być zauważonym po sześćdziesiątce albo po śmierci. Jednak przynajmniej człowiek nie tonie w długach jak Dostojewski, próbujący związać koniec z końcem, żyjący między jednym rozdziałem powieści, a nową partyjką karcianą. Ale można spróbować postawić wszystko na jedną kartę. Bo cóż taki Jean-Michel Basquaiat może mieć do stracenia, skoro żyje jak włóczęga, zawieszony między tymczasowymi pracami a imprezami? Wreszcie zdobywa się na odwagę i bezczelnie zaczepia Andy’ ego Warhola (David Bowie) w restauracji, przedstawiając mu swoją twórczość na małych pocztówkach. Tak się zaczyna znajomość obu panów. Andy trochę jak patron lub mentor wprowadza Jeana Michela Basquiata, którego imię i nazwisko już pięknie brzmi niczym Jacques Louis David, van Gogh albo Michel Angelo. Dobre, oryginalne nazwisko podpisywane konsekwentnie pod każdym osobliwym „bohomazem” już za kilkanaście lat będzie podbijało cenę każdego obrazu do kilkudziesięciu milionów. Ale i tak nasz młody artysta ma szczęście, że w ogóle został dostrzeżony przez takiego krytyka jak Rene Ricard. W tamtym czasie krytycy byli jak strażnicy wrót, wpuszczający lub wyrzucający z salonów potencjalnych kandydatów na gwiazdy. W Ricarda wcielił się brawurowo Michael Wincott, który zazwyczaj jest kojarzony z rolami ponuraków, buców i mrocznych charakterów (TOP Dollar), przeklinających zachrypniętym, zdartym głosem. Tu przedstawia się jako neurotyczny krytyk sztuki, który skacze tu i tam między poszczególnymi artystami, komentując w ekstazie ich ostatnie dzieła. Jak z karabinu, wyrzuca z siebie kolejne barwne metafory i analizy, dodające sensu bohomazom, powstałym podczas imprezy, gdzie nie żałowano heroiny i wódy. Parę lat wcześniej Wincott zagrał Paula Rotschilda, który obserwuje zza konsolety muzycznej upadek Jima Morrisona w filmie „The Doors”. Nie inaczej będzie w tym filmie, gdy zobaczy upadek samego Basquiata. Ale jeszcze nie rysujmy czarnych chmur na tym zagadkowym obrazie „Jadąc ze śmiercią”, gdy rodzi się nowa gwiazda.

Basquiat sportretowany w tym filmie przez Jeffreya Wrighta wydaje być nieco flegmatycznym, rozkojarzonym albo ciągle naćpanym młodzieńcem, który sprawia wrażenie, że nie wie, co się wokół niego dzieje. Nie trudno pomyśleć, że ten tworzący jakieś bohomazy chłopak jest raczej kimś przypadkowym w tej branży, kogo łatwo zbić z pantałyku, bo w rzeczywistości nic sobą nie reprezentuje. Do takiego wniosku dochodzi przemądrzały dziennikarz (Christopher Walken), starający się narzucić młodemu artyście swój autorytet i interpretację, podczas gdy Basquiat od niechcenia coś bełkocze, rzuca taką ripostę, która jest jak wiersz. Brzmi jak zagadka albo pytanie filozoficzne otwierające zupełnie inne drzwi w ograniczonej dotąd świadomości dziennikarza. W obsadzie też zobaczymy innego malarza, jakim był po godzinach Denis Hooper. Tu wciela się on w marszanda, Bruno Bischofbergera, który z początku nie jest zbyt zachwycony sztuką głównego bohatera, ale jeśli Andy zapewnia, że te bohomazy mają potencjał, to Bruno z chęcią kupuje od Basquiata jego dziwne pocztówki, traktując je jako inwestycje. Pięknym występem raczy nas maestro David Bowie w charakterystycznej peruce Warhola, który udowadnia, że jest artystą stuprocentowym i zagra świetnie Piłata, Ziggy’ ego Stardusta jak i króla Pop-artu. Warhol w tym filmie podobnie jak Basquiat również wydaje się być jak z innej planety. Wsłuchajmy się jego sposób wypowiedzi i delikatny sposób poruszania. Aż trudno uwierzyć, że taki ekscentryk zdobywa szturmem galerie w tym mrocznym Nowym Jorku.

W tym towarzystwie miło też zobaczyć Gary’ ego Oldmana, jak zwykle wyrazistego, z charakterem, wcielającego się w fikcyjnego malarza, Alberta Milo, który kiedyś był kucharzem, a potem zrobił furorę swoimi dziwnymi obrazami. To chyba najbardziej wyluzowany charakter w tym towarzystwie. On także staje się nowym przyjacielem i mentorem dla zagubionego Jeana-Michela. Proponuje bohaterowi spaghetti i dobrą rozmowę na tym zimnym Manhattanie. Zapewnia go, że Andy’ emu bardzo zależy na młodym malarzu i że ludzie jeszcze docenią Basquiata jak nigdy. Co do Oldmana, to warto wspomnieć, że dwa lata wcześniej oprócz ikonicznej roli Normana Stansfielda, wcielił się brawurowo w neurotycznego artystę, Beethovena, malkontenta, głuchego na cały świat, który skomponował jedną z najpiękniejszych symfonii. Nie mogło w tej produkcji również zabraknąć królowej kina niezależnego, Parker Posey, w roli Mary Boone, znanej amerykańskiej marszand, która jako jedna z pierwszych wystawiła dzieła Basquiata na salonach. Zabawnie przedstawia się pierwsze spotkanie Mary i Jeana-Michela, gdy on jeszcze nie jest artystą, a jedynie pomocnikiem w galerii. Mary, chcąc zobaczyć obraz w całości na ścianie, prosi go o przestawienie szpargałów, które zasłaniają dzieło. Jean Michael jednak czuje się urażony tą prośbą i wspomina o tym, że sam maluje, po czym odchodzi pozostawiając Boone i Alberta Milo w osłupieniu. Zostawcie mili państwo ten obraz i szpargały, bo oto przeszedł obok was jeden z najciekawszych malarzy XX-wieku i to on wam da nowy ogląd na to wszystko.

Robi się wokół niego coraz głośniej. Nie trudno o hasła reklamowe w stylu: jeśli chcecie doświadczyć nowego wymiaru sztuki, podążajcie za Basquaiatem. Nawet modna w tamtym czasie Madonna ulegnie jego urokowi. Prymitywne malunki, przypominające rysunki dziecka robią wrażenie na salonach i już niejeden przewidujący kolekcjoner sztuki bije się na aukcjach o dzieła Jeana-Michela, dorabiając mu odpowiednią filozofię, by po latach sprzedać go za miliony. Wreszcie nasz niepewny siebie bohater potwierdza swoją wartość, wreszcie czuje to miłe ciepełko. Żyje jak arystokrata, tworząc swoje dziwne obrazy. Nie żałuje sobie luksusów. Porzuca dawnych znajomych, by mieć teraz za przyjaciół ludzi sztuki, z którymi będzie prowadził te nudne, snobistyczne dyskusje o granicach malarstwa. Ale w tych kręgach łatwo o fałsz. Jedni są modni, drudzy już wypadają z gry i nie wypada się z nimi pokazywać. W filmie widzimy, że Basquiat ma nawet podejrzenia wobec samego Andy’ ego, który go wywindował. Czy aby stary mistrz nie chce go w jakiś sposób wykorzystać, żeby odświeżyć swoją markę? Gdy zbyt szybko wszedłeś na szczyt, takie urojenia prędzej czy później cię dopadają. Drżysz z podniecenia i strachu. Niby teraz czeka cię tylko prosta i jasna aleja w ekskluzywnej dzielnicy Manhattanu, a jednak gdzieś zawsze kuszą te ciemne zaułki, w których można na chwilę zejść ze swego piedestału i zapomnieć się.

Gdzieś na rogu stoi dama z różowym szalikiem, w którą wciela się Courtney Love, wdowa po Kurcie Cobainie, dobrze znająca uroki i mroki życia z artystą. Zdaje się być ona tu tym złym omenem, zgubą malarza, metaforą jego upadku. Chciałoby się zawołać: „Nie idź chłopcze za różowym szalikiem”. Ale artysta nie może żyć rutyną. Otumaniony Basquiat podąża za wściekłym różem, zapominając o swojej przyjaciółce, Ginie (Claire Forlani), kelnerce, która podawała mu kiedyś kawę i naleśniki. Teraz Jeana-Michaela stać na najdroższy kawior, choć podejrzliwy sprzedawca w tym ekscentrycznym kliencie wciąż widzi tylko czarnoskórego chłopaka z dredami, który chce raczej coś wyłudzić, niż uczciwie kupić. Niepewny siebie Basquiat, który nie tak dawno wycierał lub malował ulice, nie może dorosnąć do swojej nowej roli. I także inni nie potrafią w nim zobaczyć kogoś godnego swej pozycji. Uważają go raczej za przebierańca, który paraduje w drogich garniturach, lecz wciąż jest zlęknionym, niepewnym siebie chłopcem. Może kupować drogie ciuchy, perfumy, ale nigdy nie kupi sobie pewności siebie, pozycji, na którą inni pracowali znacznie ciężej. Kimże ty jesteś Basquiat wobec armii ambitnych Yuppie, którzy szturmują codziennie nowojorskie biura? Znów widzimy znajomy syndrom przesytu u artysty, który nie tak dawno zmagał się z biedą, a teraz nie wie, z kim porozmawiać o swoich problemach i lękach. Na szczęście pełny portfel oznacza także świeżą dostawę narkotyków, by znów się znieczulić i odpłynąć w swoje fantazje. Kłuje coraz bardziej ta samotność, jak bezmiar bieli na wielkim płótnie, które trzeba sensownie zapełnić jakimś dosadnym wizerunkiem, nad jakim znów będzie rozpływała się krytyka. Odzywają się wspomnienia z dzieciństwa i smutny fakt, że matka artysty przebywa w domu dla psychicznie chorych. Czy i jemu grozi obłęd? Czy coś jeszcze pozostaje mu poza tą sztuką? Może już za rok krytycy uznają, że Jean-Michael to przeżytek, zwykła wydmuszka i nagle zniknie on z galerii. 27 pędzli wbitych w tort, które za chwilę umalują słodką laurkę. 27 lat i pora kończyć przedstawienie, tak jak to zrobili kilkanaście lat wcześniej Janis Joplin, Jimmi Hendrix czy Jim Morrison, no i Kurt Cobain (po Basquaiacie). Dwadzieścia siedem lat, szybko, intensywnie. Nawet wcześniej niż van Gogh (37 lat). I wystarczy za wszystko. Skoro już jesteś na szczycie, pora uciekać, zanim spadniesz na samo dno. Gdzie jesteś przyjacielu? Woła Basquiat, straciwszy rok wcześniej swego ojca chrzestnego, drogiego Andy’ ego. Teraz dopiero dostrzega, jak ważny był dla niego ten facet w nastroszonych, białych włosach. Jak ważne były dla niego te rozmowy i wspólne obrazy. Ale jest jeszcze ktoś inny. Stary znajomy. Wreszcie nadjeżdża Benny, z którym niegdyś Jean przemierzał ulice Nowego Jorku marząc o tym i tamtym. Grali w kosza i ozdabiali mury, a potem liczyli drobne na śniadanie w barze. Przybywa Benny niczym wybawiciel, by zabrać Jeana-Michela gdzieś daleko, gdy ten znów odpłynął narkotycznym snem. Zabiera go, by ten wielki malarz i marzyciel nie skończył jak zaćpany żul na ulicy.

Reżyser, Julian Schnabel kreśli nam fascynującą opowieść o artystycznej bohemie Manhattanu z lat osiemdziesiątych, skupiając się przede wszystkim na wyjątkowej relacji między Warholem, mistrzem, ojcem i Basquiatem, który pragnie wyjść spod cienia swego promotora. Warhol kopiuje swoje puszki Campbella i podobizny Marilyn, sięga po to, co znane, czyniąc z tego jeszcze większy fenomen, podczas gdy nieokrzesany Jean-Michel uparcie kreśli żywiołowe obrazy pełne dziwolągów, przez które zdaje się przechodzić prąd. Tą relację dwóch artystów (niczym van Gogha i Gaugina) ukaże w powiększeniu Andrew McCarten w swojej sztuce „Collaboration”. Biografia o Basquaiacie to tyle wyjątkowy obraz, że malowany przez reżysera-malarza, jakim jest Schnabel, czuły nie tylko na dobrą historię, ale także na zdjęcia i wizualny aspekt filmu. Tylko spójrzmy na te surowe wnętrza i nowojorskie, obskurne ulice. Ciekawostką jest udział w tej produkcji Lecha Majewskiego w roli współscenarzysty. Sam Majewski również przecież ma słabość do malarzy. Wystarczy sobie przypomnieć jego ambitny projekt „Młyn i Krzyż”, będący ruchomą rekonstrukcją malarstwa Petera Bruegela. A nazwisko tego malarza oczywiście nawiązuje także do obrazu „Upadek Ikara”, mitu, który dobrze oddaje tragizm każdego wielkiego artysty sięgającego zbyt wysoko, by potem spaść z hukiem.

Kolejna tragiczna a zarazem piękna historia artysty, który odważył się malować inaczej rzeczywistość. Cztery lata później doświadczymy czegoś podobnego w filmie „Pollock” z Edem Harrisem w roli głównej, gdzie również moc kreacji będzie ścierała się nieustannie z autodestrukcją w postaci nałogu alkoholowego. Aż ta chlapiąca na wszystkie strony farba, wreszcie zabarwi płótno na szkarłatny, brunatny, czerwony odcień krwi. Koniec życia. Początek legendy. I nieśmiertelność. Misja spełniona, a na aukcjach marszandzi zacierają ręce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 



[i] I. Stone: Bezmiar sławy. Przeł. H. Pawlikowska-Gannon Wydawnictwo Literackie Muza. Warszawa 2007, s. 52-59.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH