MISTRZ I MAŁGORZATA

MISTRZ I MAŁGORZATA. NAWET DIABEŁ ZROZUMIE KOCHANKÓW 

 

Oj pamiętam, jak w wakacje, przygotowując notatki do matury wziąłem się za tą książkę. Jakież było moje miłe zaskoczenie, gdy zacząłem ją czytać w ten gorący lipiec 2006 roku. Że też takie coś dali na szkolną lekturę?! Wspaniałe. Co za powiew świeżości. Rzekłbyś, że to dzieło wyśmiewające wszelkiej maści hipokrytów, bijących się w pierś i zapewniających o swojej uczciwości. Lepiej uważać, bo zawsze można paść ofiarą diabelskiego żartu. Za to właśnie uwielbiamy świtę Wolanda, grupę żartownisiów, którzy mimo swego ponurego, diabelskiego rodowodu, działają w słusznej sprawie, odwracając wszystko do góry nogami, by zbyt pewny siebie obywatel nie przyzwyczaił się za bardzo do obecnego stanu rzeczy (czyt. „ustroju”). To grozi świętoszkowatą rutyną. Prędko, trzeba przeciwdziałać!

Ale Mefistofeles nie tylko przybył tu, aby w roli mistrza czarnej magii pofiglować sobie na rosyjskim podwórku, gdzie rządy sprawuje nadopiekuńczy Stalin. Woland przybył także po to, aby zorganizować Wielki Bal i wskrzesić dawną miłość. Czytając tą „ewangelię” Bułhakowa, zachodzimy w głowę, czy Szatan naprawdę jest naprawdę taki zły? I co właściwie oznacza zło? Ono jest konieczne, abyśmy rozumieli dobro. „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”, jak przedstawiał siebie Mefistofeles w „Fauście” Goethego. Diabeł wyśmiewa, demaskuje, podsuwa wątpliwości w Edenie, żongluje znaczeniami, ale potrafi także pomóc, kiedy prosi go o to potrzebujący i także sam Bóg. Robi się ciekawie, nieprawdaż?

W stalinowskiej Rosji rzecz jasna było sporo potrzebujących. Każdy czegoś potrzebował, każdy psioczył na władzę, ale mimo wszystko jakoś żył, donosił i krył. Żył sobie też kiedyś pewien Mistrz, z wykształcenia historyk, który miał taką ambicję, aby napisać powieść o Poncjuszu Piłacie. I udało mu się. O Poncjuszu Piłacie? A to postać zagadkowa i tragiczna, wyłaniająca się spod blasku Chrystusa. Idealna bohater powieści. Miał Mistrz nosa. Tragedia Piłata polegała na tym, że mógł jeszcze uratować Jeszuę. Wypytywał go o to i tamto, drążył i nie potrafił znaleźć jednoznacznej winy u przesłuchiwanego filozofa, który coraz bardziej go fascynował swoimi dziwnymi metaforami. Piłat jako przedstawiciel prawa zawsze kierował się twardą logiką, dosłownością, przepisami, a tu nagle rozmawia z kimś, kto zupełnie inaczej interpretuje pewne sprawy. W końcu zniecierpliwiony Piłat wydał skazańca tłumowi, który wolał uwolnić przestępcę Barabasza i ukrzyżować tajemniczego filozofa. Bo lepsze stare piekło niż nowe niebo. Ludzie nie znoszą takich wichrzycieli, co niepokoją swoimi poglądami i wywracają wszystko do góry nogami, otwierają świadomość na zupełnie nową rzeczywistość, królestwo nie z tego świata. Ślepy tłum orzekł, że Jezus miał zostać przybity do krzyża, a Piłat miał dalej sądzić kolejnych buntowników. Piłat umył ręce nad czarą goryczy, do której potem spłynie krew Zbawiciela.

Co potem mieliby sobie do powiedzenia Piłat i Jeszua, gdyby się spotkali gdzieś ponad tym ciężkim kontekstem historycznym, gdzieś między gwiazdami? Mistrzowi nie dawało to spokoju. Wciąż wracał do Jeruzalem i odtwarzał cały ten proces, jakby chciał uratować Jezusa i duszę Piłata, a także zmazać tą hańbę ludzkości. Piękne to ideały, lecz jego powieść poruszająca biblijne motywy, właściwie ewangelia spisana z innej perspektywy, nie znalazła uznania w towarzystwie literackim. Po cóż rozdrapywać te religijne motywy w ateistycznej Rosji? Przodujący, racjonalny redaktor Berlioz nie zamierza się kłaniać takim poetykom. Dzieło życia Mistrza zostało odrzucone. Lecz w tych najgorszych chwilach była przy nim jego ukochana Małgorzata, którą poznał niedawno. Mężatka znudzona bogatym życiem, która postanowiła związać się z intelektualistą-artystą. Miała szczęście, bo Mistrz wygrał niedawno na loterii wielką kwotę i mogli sobie żyć szczęśliwie w małym mieszkanku.

 

Gdyby nie pewne nieszczęśliwe okoliczności.

 

Najpierw ta miażdżąca krytyka dzieła Mistrza, książki o Poncjuszu Piłacie, w którą bardziej wierzyła Małgorzata niż sam autor. Potem jeszcze zdrajca Mogarycz, który złożył donos na Mistrza i wyrzucił go z mieszkania. I wreszcie sam Mistrz, będący przekonanym o tym, że jego dzieło jest przeklęte, spalił wreszcie tą książkę (choć Małgorzacie udało się uratować parę fragmentów) i wpadł w załamanie nerwowe. Aż w końcu udał się do kliniki psychiatrycznej, pozostawiając ukochaną samą sobie. Więc i ona zmusiła się, by na jakiś czas zapomnieć o tym romansie, który zdawał się rozgrywać w jakimś dziwnym śnie. Wróciła do swego bogatego męża, udając, że go kocha. I tak życie znudzonej Małgorzaty biegło by dalej, gdyby nie spotkanie z samym Szatanem, który właśnie poszukiwał do swojego wielkiego balu mistrzyni ceremonii. A wedle tradycji taka Gospodyni balu Szatana powinna nosić imię „Małgorzata”. Zupełnie, jakby Bułhakow czynił tu hołd dla swojej cierpliwej żony, która po śmierci swego Mistrza uporządkowała tą niezwykłą powieść, pisaną przez dwanaście lat (1928-1940) i walczyła o wydanie, zmagając się z ciągłą cenzurą. Małgorzata to babka z charakterem, która siarczyście przeklnie i zemści się na niejednym krytyku literackim. Potrafi walczyć o swoje i potrafi negocjować z Władcą Ciemności, by za swoje męki na makabrycznym balu rodem ze świata Addamsów, dostać nagrodę i przy okazji uratować duszę pewnej dzieciobójczyni. Nade wszystko Małgorzata pragnie spotkać się ze swoim Mistrzem, który przepadł gdzieś bez wieści. I wreszcie dostaje swoją nagrodę. Szatan potrafi docenić szlachetnych. Dochodzi do spotkania między dwojgiem kochanków. A powieść o Poncjuszu Piłacie, która podobno spłonęła, teraz w rękach Wolanda objawia się w całej krasie, bo w końcu Diabeł to także patron awangardy i tworzenia. Ale to nie koniec. Bo czas najwyższy uzdrowić znerwicowanego Mistrza. I Szatan to robi. Ale oczywiście wiadomo, że spokoju Mistrz nie odnajdzie w Rosji i w ogóle w tym dziwnym świecie. Szatan i jego ekipa decydują się uśmiercić kochanków i przenieść ich dusze w jakąś ustronną krainę, gdzie nie pamięta się złych rzeczy. A wszystko to za przyzwoleniem samego Stwórcy, który od czasu do czasu działa w komitywie z Panem Ciemności. I taką to niezwykłą baśń kreśli nam Pan Bułhakow.

A tak poza tym wszyscy żyli długo i szczęśliwie, wspominając dziwne wypadki, jakie zaszły ostatnimi czasy w dumnej Rosji.

Niejeden czytelnik po pierwszym skonsumowaniu takiej księgi, której akcja rozgrywa się raz to w stalinowskiej Moskwie, to znowuż w Pałacu prokuratora Piłata i jeszcze w jakiś fantastycznych światach, zastanawiał się, czy istnieją jakieś ekranizacje tego dzieła. W polskiej gwardii filmowców znalazł się odważny, Maciej Wojtyszko, który postanowił to rosyjskie dzieło przełożyć na serial telewizyjny. Jak na tamte realia, końcówkę lat osiemdziesiątych i wciąż słabe efekty specjalne, było to spore wyzwanie. Choć film, telewizja ze swoim blichtrem i możliwościami technicznymi i tak miały przewagę nad teatrem, to i on miał zakusy na dzieło Bułhakova. Rok wcześniej przed premierą serialu Wojtyszki, w 1987 roku, na deskach Teatru Współczesnego, Maciej Englert podjął się reżyserii tego przedstawienia w doborowej obsadzie. Wtedy wystąpili: Mariusz Dmochowski w roli Poncjusza Piłata, Wiesław Michnikowski jako Korowiow, Krzysztof Wakuliński w roli Wolanda, Adam Ferency jako Asasello, Mariusz Bargiełowski w roli Mistrza. W Małgorzatę wcieliła się Jolanta Piętek, Krzysztof Stelmaszyk zagrał Iwana Bezdomnego (U Wojtyszki Stelmaszyk zagra Barona Meigelmana), Katarzyna Figura zagrała Helę, a Grzegorz Wons przywdział strój Behemota.

To oczywiste, że w adaptacji teatralnej nawet najbardziej fantastycznej historii trzeba iść na kompromisy z efektami specjalnymi, ale nade wszystko nigdy nie rezygnować z wyśmienitej gry aktorskiej. I tak właśnie było w ekranizacji telewizyjnej Macieja Wojtyszki. Jeśli komuś bardzo doskwiera brak efektów specjalnych, szczególnie niezbędnych w wielkiej scenie balu, gdzie dzieją się cuda niewidy, zawsze może przerzucić się na ekranizację rosyjską z 2005 roku. Tam dopiero są fajerwerki, otwierające się trumny i chodzące kościotrupy. Polska ekranizacja ma jednak jakiś niesamowity klimat, który rekompensuje wszelkie braki wizualne. Niesamowite scenografie, stare kamienice i ten przaśny klimat lat 80-tych odbity na taśmie. Ale to przede wszystkim wspaniała obsada broni tą ekranizację. Wielu krytyków zwracało uwagę na rolę Korowiowa w wydaniu Janusza Michalskiego. O tak! To strzał w dziesiątkę. Idealny, ekspresyjny kraciasty Joker, który zrobi w konia największego bufona, jak choćby prezesa spółdzielni, łasego na duże łapówki. Przymknijmy oczy na nieporadną kukiełkę Behemota, któremu może zabrakło Franka Oza, ożywiającego Muppety Jima Hensona i Mistrza Yodę. Kukiełka kota i tak w kolejnym ujęciu zmieni się w aktora z kocią maską (jak z musicalu „Koty”). Bo przecież i sam Behemot w opisach Bułhakowa często się zmieniał w faceta podobnego do kota. Ni to człowiek, ni to kot. Najzabawniejszy z całej ekipy. Tytułowa Małgorzata, czyli Anna Dymna jako kobieta po przejściach – raz przeciętna, potem znów przepiękna i urokliwa (po terapii cudownym kremem Asasalla), a nade wszystko charyzmatyczna i walcząca o swego wymęczonego Mistrza (Władysław Kowalski). Po mistrzowskim regencie chóru cerkiewnego w wydaniu Janusza Michalskiego, również drugi sługa Wolanda, Asasello w wydaniu Mariusza Benoita zasługuje na uwagę. Do dziś nie widzę innego aktora, który tak wspaniale by pasował do tej postaci – taki szlachetny buc z czarnym poczuciem humoru. W Iwana Bezdomnego wcielił się Jan Jankowski, kędzierzawy blondyn o błękitnych oczach, wschodzący aktor, który w połowie lat osiemdziesiątych pojawiał niemal w każdym filmie (role drugoplanowe w filmach Wojciecha Wójcika) i w pierwszej polskiej telenoweli „W labiryncie”. Z młodego pokolenia zobaczymy tu także słynną seksbombę PRL-u, Marię Probosz. Tu jako bezwstydna Hela znów śmiało eksponuje swoje wdzięki. Wobec jej uroku dyrektor Warionucha w wydaniu Zdzisława Wardejna (który w tamtym czasie będzie bawił w „Koglu-moglu”) okaże się zupełnie bezbronny. A Rysiek z Klanu starci swoje „czerwońce” na słynnym pokazie czarnej magii! Z kolei Leszek z „daleko od szosy” czyli Krzysztof Stroiński będzie musiał cierpliwie wysłuchiwać kolejnych absurdalnych zeznań świadków, którzy zetknęli się z gangiem Wolanda.

Uwagę przykuwa także występ Wiesława Drzewicza (Gargamela) w roli zrzędliwego Fokicza, który w nieszczęsnym mieszkaniu Berlioza dowie się, że za niedługo umrze. Zawsze wydawało mi się z książkowych opisów, że kierownik baru jest trochę młodszy, ale Drzewicz i tak świetnie tu sobie daje radę, ukazując znerwicowanego człowieczka, walczącego z czasem i „drugą jakością” swego życia. Z właściwym określeniem swego położenia względem czasu i miejsca będzie musiał sobie poradzić chuderlawy Lichodiejew, wstający z niezłym kacem i próbujący jakoś zrozumieć niespodziewaną wizytę pana Wolanda w jego mieszkaniu i nagłe oddelegowanie go do Jałty – to mistrzostwo w wydaniu Jerzego Bończaka.

No i mamy tu jeszcze Zbigniewa Zapasiewicza, znanego z filmów Zanussiego, gdzie wcielał się zazwyczaj w cyników, toczących filozoficzne spory ze swoimi idealistycznymi przeciwnikami. Tu również, w roli Poncjusza Piłata demonstruje swój cynizm wobec otoczenia. Bo gdy zbyt długo sądzi się różnych ludzi i skazuje na te czy inne kary, łatwo popaść w melancholię, podszytą cynizmem. Prokurator Piłat, choć znudzony i cyniczny, to jednak wciąż ciekawy, co takiego ma do powiedzenia nowy, tajemniczy więzień, Jeszua, którego Królestwo nie jest z tego świata. Za tym Piłatem, próbującym w jakiś sposób uratować Chrystusa, stoi nieszczęsny Mistrz, zbyt wrażliwy na brutalne czasy, w których przyszło mu żyć. W tej roli zobaczymy Władysława Kowalskiego, idealnie ukazującego to rozedrganie psychiczne. A siwe włosy aktora tylko potęgują wrażenie, że Mistrz się postarzał w zakładzie zbyt szybko, nie mogąc odnaleźć równowagi psychicznej.

No i przyszła pora na Mistrza Ceremonii, czyli Wolanda, w którego wcielił się tu as polskiego aktorstwa, czyli Wielki Gustaw Holoubek, mający już za sobą słynną „Wielka Improwizację”, szermierkę słowną Bogiem. Gdy patrzymy na tego Wolanda, nie pasuje tu fizjonomia Holoubka. Z książki wynika, że Woland to raczej szpakowaty, dziarski, 47 letni mężczyzna, no taki Tom Selleck po erze „Magnum”, Robert De Niro w „Harrym Angelu”, ewentualnie Al Pacino z bródką. Ale wizerunek Wolanda jako siwego, podstarzałego mężczyzny pokutuje również w rosyjskiej ekranizacji z 2005 roku. Ale mimo swej fizjonomii Holoubek oczywiście rekompensuje nam spektakl swoją niezwykłą manierą aktorską. Wygląda trochę jak angielski dżentelmen i tak też w większości się odnosi do swoich rozmówców, z wielką powagą i szacunkiem. Potrafi być ironiczny i zdecydowany. Potrafi zadrwić z niejednego, jak choćby przemądrzałego Berlioza. Ale i pana redaktor w wydaniu Igora Przegrodzkiego nieco odchodzi od swojego książkowego pierwowzoru. W końcu Berlioz był łysawy, podczas gdy Przegrodzki jak na złość ma siwą i gęstą szczecinę. Czepiam i czepiam się tych nieistotnych szczegółów, żeby poza chwaleniem trochę sobie krytykować, ale dobrze wiem, że to walka z wiatrakami.

Jak już wspomnieliśmy na spektakularne efekty rodem z Industrial Light and Magic nie możemy liczyć w tej produkcji. Biedny Żorż Gembalski straci na chwilę swoją gumową głowę, trzymaną zręcznie przez Korowiowa. Taka tandetna, lalkowata głowa biednego redaktora potoczy się po Patriarszych Prudach, gdy rozlał się już olej słonecznikowy.

Ale co tam, dla tej ekranizacji warto stracić głowę.

 

I zrozumieć, że rękopisy, na których spisane są nasze miłości i marzenia nigdy nie spłoną. I jeśli trzeba, to Diabeł je wskrzesi.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH