GABINET WOSKOWYCH FIGUR

 

WAX HOUSE. GABINET FIGUR WOSKOWYCH

 

 

Genialny artysta tworzy ze wszystkiego. Nawet… z trupów. Spójrzmy na wystawę Body Worlds profesora Guntera Hagensa, gdzie eksponatami są spreparowane ludzkie ciała, a za niedługo będzie tam obecne ciało samego Hagensa. Frekwencja na pewno dopisze. Albo spójrzmy na ciała świętych, zamknięte w szklanych relikwiarzach. Ciała sprawiają wrażenie doskonale zachowanych, ale to nie tylko sprawa cudu, ale też odpowiedniej „charakteryzacji” i woskowych masek, dzięki którym zaczynamy jeszcze bardziej przeżywać to misterium. Woskowe figury patrzą obojętnie gdzieś przed siebie szklanymi oczami. Są takie nieskazitelne, gładkie. Piękne ale zarazem jest w nich coś niepokojącego. Im dłużej się wpatrujemy w ich oczy, w ich zastygłe pozy, zastanawiamy się, co one kryją. Chcą, żebyśmy je podziwiali godzinami i wzdychali nad ich urodą. Dreszcz przebiega po ciele, że jeśli tylko się od nich odwrócimy, wyciągną sztylet i wbiją nam w plecy.

Muzeum figur woskowych ciekawi, a zarazem przeraża, więc też i inspiruje twórców do tworzenia fantazji na ich temat. W 1924 roku powstał pierwszy film o tym osobliwym miejscu, kolejny w 1933, a dwadzieścia lat później jego remake, którego podjął się węgierski reżyser Andre de Toth, by opowiedzieć nam tragiczną historię artysty, Jarroda, który z artysty-idealisty stał artystą-potworem, sprzedającym wygłodniałej publice sceny grozy.

 

Jak do tego doszło?

 

Oczywiście, że zadecydowały tu względy finansowe. Główny bohater, profesor Henry Jarrod to artysta rzeźbiarz, który przede wszystkim pracuje na wosku, łatwym w modelowaniu, ale też trudnym w utrzymaniu. Zmiany temperatur mogą źle wpływać na woskowe figury, które zewsząd otaczają profesora, jak grono przyjaciół, którym oddał on całą swoją duszę, pasję, by stworzyć ich jak najlepszych. Zdarza mu się do nich mówić, tak jakby z nimi rozmawiał. Codziennie ich dogląda i dba o nich niemal tak jak o żywych ludzi, pacjentów. To coraz bardziej niepokoi i wręcz irytuje wspólnika Jarroda, Matthew Burke’a który nie jest tak czuły na sztukę. To typ zimnego biznesmena, który inwestując, oczekuje szybkich zysków. A ich niewiele z tego marnego gabinetu figur woskowych. Jarroda nie przekonują argumenty, że powinien sprostać gustom publiczności i może tworzyć bardziej przerażające sceny. Ludzie lubią się bać i chętnie popatrzą, jak woskowe figury odtwarzają jakąś zbrodnię w 3D. Upór Jarroda i jego idealistyczna filozofia piękna tak irytują Burke’ a, że postanawia on wbić sztylet artyście i zniszczyć jego dzieło życia. Zamierza puścić z dymem gabinet figur woskowych, dzięki czemu odzyska zainwestowane pieniądze z ubezpieczenia. I tak też się dzieje, tyle że sytuacja wymyka się spod kontroli. Gabinet figur woskowych staje szybko w płomieniach razem z nieprzytomnym profesorem, który rzecz jasna nie godząc się na taką profanację sztuki, walczy co tchu, obrywając raz i drugi od wspólnika. Wreszcie odzyskuje przytomność pośród otaczających go płomieni. Czyżby trafił do piekła? Tak, jakby. Bo właśnie widzi, że wszystko to, w co włożył tyle serca, rozpada się. Czyż może być większa tortura dla twórcy, gdy dzieło jego życia niszczeje na jego oczach?

To chyba najbardziej efektowna i przerażająca scena w całym filmie, gdy otaczające Jarroda figury woskowe stają w płomieniach. Te piękne figury, które jeszcze parę minut temu tak cieszyły oko i zachwycały swoim realizmem, teraz wyglądają jak upiory ze ściekającymi twarzami. Chyba można się domyślać, skąd twórcy filmu „Poszukiwacze zaginionej Arki” wzięli inspirację do ukazania przerażającej śmierci Majora Arnolda Tohta, który podczas otwierania tajemniczej Arki, cały się roztapia od żaru, jaki bije ze świętego artefaktu. Rozgrzany wosk wraz z makijażem rozpływają się w jedną okropną plamę, a już po chwili z oczodołów wypadają szklany oczy i wreszcie całe głowy odpadają od korpusów.

Pożar gabinetu woskowych figur wieńczy wielki wybuch, w którym biedny Jarrod nie miał prawa przeżyć. Chciwy Burke osiąga swój cel. Zgliszcza, popioły i zysk. Otrzymuje pieniądze z ubezpieczenia i wreszcie ma święty spokój z kapryśnym artystą, który najprawdopodobniej obrócił się w popiół. Może lepiej, że zginął wraz ze swoimi woskowymi przyjaciółmi, niż gdyby miał opłakiwać ich śmierć. Można żywić nadzieję, że gdzieś tam spotkał swoich mistrzów sztuki, z którymi tworzy jakieś nieprawdopodobne rzeczy.

 

A może

 

Nie, to niemożliwe

 

Po mieście grasuje jakiś tajemniczy mężczyzna w czarnym płaszczu i kapeluszu, którego rondo przysłania zdeformowaną twarz. Czyżby to protoplasta Frediego Krugera? Czego chce? Czego szuka? Pokraczna, okropna istota sieje śmierć i zniszczenie. Jedną z jego ofiar pada chciwy wspólnik Jarroda, Matthew Burke, liczący właśnie z satysfakcją pieniądze, które zwróciły mu się z „woskowej” inwestycji. Tajemniczy mężczyzna ze zdeformowaną twarzą znika pod osłoną nocy i znika też parę ciał z pobliskiej kostnicy…

 

Co to wszystko ma znaczyć?

 

No cóż. To, co pozornie legło w gruzach i popiołach, odradza się ze zdwojoną siłą. Jarrod, który podobno zginął w pożarze, powraca triumfalnie, chociaż sparaliżowany, ze swoim, nowym ambitnym projektem Gabinetu figur woskowych. Zasilony pieniędzmi z ubezpieczenia po pożarze, może śmiało realizować swoją nową wizję. Tyle że tym razem fundamentem całego przedsięwzięcia nie jest już naiwne piękno, postrzegane klasycznie, tylko groza, która dookoła się rozgrywa na ulicach miasta. Teraz wszyscy chcą czegoś mocniejszego. Szukają tego w teatrach, kinach, gdzie coraz więcej horrorów albo właśnie w takich osobliwych Gabinetach woskowych figur, gdzie można zobaczyć wszystko w wersji trójwymiarowej.

W nowym gabinecie figur woskowych profesora Jarroda, publiczność ma okazję zobaczyć najbardziej przerażające sceny zbrodni z historii, egzekucje na krzesłach elektrycznych albo pod ostrzem gilotyny, twarze największych zbrodniarzy, które niepokoją podobieństwem do tego lub innego gościa. Oto czego ludzie potrzebują. Oto nowy trend i smutna diagnoza, że ten świat rzeczywiście schodzi na psy, skoro chcemy upajać się takimi potwornościami. A może po prostu publiczność była już wyraźnie zmęczona tymi idealnymi pozami i maskami nieskazitelnych figur, które bardziej oddalają niż przybliżają. Rzucają widza na kolana, jakby stała na niedostępnych ołtarzach i jedyne, co trzeba robić to ją czcić i wzdychać do ich nieskazitelnych kształtów Sztuka była taka zimna bo projektowała własne piękno, zamiast odtwarzać, to co dzieje się dookoła, brud tego świata, to, co jest nam w gruncie rzeczy najbliższe, codzienne, zwyczajne.

Niegdyś artysta-idealista, niepraktyczny, bujający w marzeniach i ideach o pięknie, Jarrod, zmagający się z problemami finansowymi, wreszcie zrozumiał, jakim trzeba być w tym świecie, by tworzyć swoją sztukę i dobrze na tym wychodzić finansowo. Trzeba być kreatywnym, bezwzględnym, szokującym. Tak zdobędzie się publiczność i pieniądze. Teraz jako przedsiębiorczy wynalazca z powodzeniem zatrudnia kilku asystentów, tworzy swoje laboratorium do odlewania woskowych rzeźb. I co najważniejsze, nie narzeka na zainteresowanie swoją osobliwą woskową sztuką, które z tygodnia na tydzień jest coraz większe. Każdy jest ciekaw potworności, jakie rozgrywają się w gabinecie figur. Sprzyja temu także atmosfera grozy, gdy co chwila mieszkańcy miasta otrzymują wieści, że ktoś został zamordowany albo że z kostnicy zniknęło ciało. Ofiarę poniesie tu między innymi Carolyn Jones, późniejsza Morticia Adams z serialu o rodzinie Addamsów, która posłuży jako woskowy model Joanny d’Arc. Jej przyjaciółka, Sue Allen też jest w niebezpieczeństwie z uwagi na swoje podobieństwo do Marii Antoniny, którą Jarrod koniecznie pragnie odtworzyć i pokazać w swojej nowej kolekcji. Dziennikarze, policja i amatorzy sensacji mają czym zaprzątać wyobraźnię.

Ludzie nie domyślają się, że tak naprawdę groza zbrodni, o których słyszą w wiadomościach, pokrywa się z grozą, jaką oglądają w Gabinecie genialnego Jarroda, napędzającego swoją sztukę prawdziwą zbrodnią. Podgrzewa on wyobraźnię widzów tak jak kolejną porcję wosku w wielkim garze, by po chwili zalać nimi trupy. Tak, to on jest tym szkaradnym potworem, który po pożarze doznał poważnych obrażeń twarzy. Jednak ze swoim talentem do tworzenia masek niczym Fantomas, odtworzył swoje dawne oblicze w wosku, by rano podejmować gości ze swoim szlachetnym obliczem, a w nocy straszyć swoją prawdziwą twarzą. Gdzieś w cieniu skrada się jeden z asystentów profesora, cichy Igor, czuwając, aby nikt ciekawski nie zgłębił mrocznej tajemnicy twórcy, który zarazem jest niszczycielem. Warto tu wspomnieć, że w głuchoniemego Igora wcielił się tu już bardzo dobrze zbudowany, wręcz jakby wyciosany z kamienia Charles Buchinsky, późniejszy Charles Bronson, który w latach 70 będzie już sporą gwiazdą.

Ale w tym filmie to przede wszystkim Vincent Price magnetyzuje swoim stalowym spojrzeniem i głosem. Opanowany, zimny geniusz uparcie realizujący swoją nową wizję sztuki. „Gabinet woskowych figur” skierował potencjał Price’a w stronę horrorów, gdzie jego fizjonomia wytwornego, poważnego pana dziwnie kontrastowała z osobowościami szaleńców, morderców, co jeszcze bardziej podkręcało atmosferę grozy na ekranie. Trzydzieści siedem lat później po „Gabinecie…”, zagrał wynalazcę w kultowym filmie Tima Burtona „Edward Nożycoręki”. Genialny twórca niczym Victor Frankenstein powołał do życia tytułowego Edwarda, którego chciał nauczyć wszystkiego co najlepsze, ale utrudnił swojemu ukochanemu „synowi” edukację praktyczną, wstawiając mu zamiast dłoni ostre nożyce. Miało to być tymczasowe rozwiązanie, dopóki nie stworzy on pięknych dłoni. Gdy już miało to nastąpić, schorowany, stary wynalazca z trzęsącymi się rękami (efekt choroby Parkinsona, na którą cierpiał także Price) umarł, pozostawiając Edwarda samemu sobie z nożycami zamiast rąk.

Ale mimo tych przeciwności, Edward znalazł swój sposób na wyrażenie swojej inności pośród ludzi. Zawsze przyda się ktoś, kto dobrze obcina to i owo, trawę, włosy albo coś innego lub kogoś niewygodnego. Piękno w końcu zawsze się obroni. Profesor Jarrod także chciał obronić swoje piękno w woskowej masce, tyle że okrutni ludzie zawsze zostawią na niej swoje odciski. W „Historii ludzkości” Price zagrał Diabła, oskarżającego ludzi o najgorsze zbrodnie, czym dawał argumenty Wielkiej Radzie, by zakończyć dzieje ludzi, którzy bardziej niszczą niż tworzą coś pięknego.

„Gabinet figur woskowych” to przerażająca i zarazem smutna historia artysty, który wierzył w idealne piękno i pragnął się nim dzielić z innymi. Do czasu, gdy nie został oszpecony w płomieniach. Jak feniks powrócił, by straszyć ludzi swoją jaskrawą sztuką zbrodni. Wbrew swoim dawnym ideałom ale ku uciesze tłumu. Zadrwił sobie z publiczności, pokazując im zawoskowane trupy, które bardziej nimi wstrząsają niż marmurowe posągi w zimnych muzeach, tak cierpliwie wykuwane przez wygłodniałych artystów. Jak widać, wystarczy tylko dobrze opakować najgorsze śmieci, trupy, by sprzedały się one jak świeże bułeczki. A potem coraz głośniej krzyczeć, że oto wielka, modna sztuka czeka na Jaśnie Państwa. Jeszcze więcej krwi, jeszcze więcej trupów. Nikt nie powinien się czuć bezpieczny. Sztuka ma drażnić, niepokoić, ekscytować, prowokować, żebyś co chwila rewidować swoje bezpieczne światopoglądy i zmienić maski. A artysta za ten cyrk musi w końcu rzecz jasna ponieść ofiarę jak kapłan i mesjasz, by dopełnić swej legendy. Takie są prawidła. Tak czy siak, Jarrod przejdzie do historii jako niezwykle „oryginalny” rzeźbiarz, formujący na nowe kości i skórę.

Historia tego zranionego artysty jakoś dziwnie kojarzy mi się z innym niespełnionym artystą, który czując się zupełnie odrzucony przez publiczność, nie wziął przykładu z niedocenionego za życia van Gogha, by uparcie dalej zgłębiać sekrety malarstwa, tylko wziął się za politykę, zmierzającą ku coraz większej destrukcji. Wszyscy wiemy, o kim mowa. O pewnym niemieckim przywódcy, który zarzucił malowanie na płótnach, a wziął się za malowanie grozy w historii świata, nie żałując czerwieni i czerni, krwi i popiołów.

 

Gorący wosk spływa po świecach, upamiętniając tych, którzy odeszli, a przy okazji spływa do kolejnych form, bo przecież produkcja mimo wszystko musi trwać.

 

Chwytliwa koncepcja gabinetu woskowych figur rozpaliła wyobraźnię kolejnych generacji twórców. Kolejne wersje woskowych gabinetów, jak kolejne pieczęcie odciśnięte coraz słabiej w wosku, który za chwilę zupełnie się rozpłynie lub też rozpadnie na kawałki. Niby lepsze efekty specjalne, lepsza jakość obrazu, a jednak coraz gorsza fabuła, miałkie aktorstwo i żadnego nastroju. Wszystko tak uproszczone, bez cienia tajemnicy. Coraz gorzej z tą sztuką. Może jednak trzeba wrócić do dawnych ideałów. Wyciszyć cały ten popkulturowy jazgot i zwrócić ku czemuś bardziej intelektualnemu, co lepiej przetrwa próbę czasu.

 


 

 

 

 

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

SYMETRIA CZYLI MAKOWIEC U NACZELNIKA ALBO SHAWSHANK PO POLSKU

KROLL. W POSZUKIWANIU KOGOŚ, KOGO ZNALIŚMY

PLEBANIA