NIEBO (SERIAL HBO)
NIEBO – WIELKI KAC PO SEKCIE ALBO AKADEMIA PANA KACA
Z jednej strony prof. Relig(I)a leczący chore serca, z drugiej Ryszard Riedel niepokojący d-usze swoim rozedrganym głosem w smutnych bluesowych kawałkach. Gdzieś między nimi Pan Kleks, co stworzył swoją baśń z wielkiej czarnej plamy atramentu. No i jeszcze pan Skalski! Grunt to budować swoją bajkową wizję na Skale! Leczyć zbłąkane dusze i chore serca! Gdzieś między tymi portretami przemyka Kot, Kocur. Wszak wedle wierzeń ze Starożytnego Egiptu, był on łącznikiem między różnymi światami i życiorysami.
Tomasz Kot i jego kolejne aktorskie wariacje. Coraz głębsze coraz dziwniejsze pośród płomieni i cieni, gdzie religia budzi swoje mroczne duchy. Tym razem na temat przywódcy sekty, co z jednej strony wyciągał dłoń do ludzi z marginesu społecznego i dawał im nowe życie, a z drugiej wyciągał z kieszeni łatwowiernych chorych kasę, by budować sobie ten dziwny raj w nowej Rzeczpospolitej. Jakież to było łatwe w tej nowej, pełnej nadziei rzeczywistości, która chłonęła teraz każdą ideę, gadżety, światopoglądy, mody, wywody. Wszyscy byli głodni czegoś nowego, innego. Jakiś nowy sposób na lepsze życie. Hurtownia, firma, interes, sekta podniebna z ograniczoną odpowiedzialnością i bezgraniczną miłością. Pewny interes z życiem wiecznym w gratisie. Akademia Pana Kaca Kleksa. Tymczasem dumny Kościół, który niegdyś był tą opoką dla zgnębionych przez komunizm, skostniał, osiadł na laurach i twardych skałach. Stał się może dla niektórych zbyt nudny, przepełniony pustą tradycją i niejasną wizją. Te zimne marmury, wyniosłe ołtarze, zbyt wiele sprzecznych wrażeń.
Ale patrz tam! Na tej pustyni. Fata Morgana. Na skrzyżowaniu jakiś znak.
Znak to na pewno!
Płonie ogień coraz większy.
Przy nim twój grzech
Coraz mniejszy
Ta wiara! Tarcza i kurtyna!
Wygrana czy przegrana?
Wielkie pytanie, od którego wszystko się zaczyna. Question… quest to your deep, to bottom of your soul
Decydujesz na tym skrzyżowaniu, co powinieneś, czego chcesz, od czego uciekniesz, kogo się wyrzekniesz. W niewielkim pokoju z obskurną meblościanką młodziutki, wrażliwy Sebastian Keller (Stanisław Linowski) szarpie nerwowo struny w swojej gitarze, łudząc się, że może zostanie muzykiem albo aktorem. Tym graniem na gitarze gra na nerwach swojej rodzicielce. Jego matka (Anna Radwan, w której kiedyś zakochał się pewien Anioł) jak to matka myśli praktycznie. Za dużo w życiu przeszła, by teraz mieć syna artystę. Syn to jej nadzieja, w przeciwieństwie do męża, który ją zostawił zbyt wcześnie. Idź synek na prawo, bo to zawsze pewne. Ten kraj i świat to same paragrafy, które co chwila trzeba naginać, by ułatwić klientom życie. A oni się odwdzięczą. Dobry prawnik zarobi na piękny dom z ogródkiem, gdzie mama spędzi swoje stare lata. „Mecenas Sebastian KELLER” — brzmi naprawdę dobrze. A jak pięknie będzie wyglądało na tej metalowej, lśniącej tabliczce. Widać, że Sebastian żyje pod presją, by spełnić oczekiwania matki. Poza tym można być dobrym prawnikiem i po godzinach świetnym muzykiem. Choć czasem można przesadzić, grając zbyt wiele różnych melodii.
Ale nawet gdy Sebastian zdaje na prawo, coś go jednak dręczy. Jakiś wewnętrzny konflikt objawiający się bólem. Ten ból, nierozumiany przez zwykłych lekarzy, prowadzi Kellera przed oblicze tajemniczego uzdrowiciela, Piotra, który w jakiś tylko znany sobie sposób potrafi przejrzeć człowieka. Wejrzeć w niego głębiej niż jakiekolwiek rezonanse, tomografie czy rentgeny. Podchodzi do pacjenta holistycznie. Potrafi odkryć i zrozumieć, że często te różne dolegliwości, jakie nas dręczą to skumulowane konflikty wewnętrzne, jakieś nieprzepracowane traumy, które prędzej czy później znów nas dopadają, rozkładając na łopatki. I nie przejdą od tak, dopóki czegoś w życiu nie postanowimy. Piotr rzecz jasna nie wszystkich uleczy, choć zawsze weźmie pieniądze od tych zdesperowanych, wyraźnie rozczarowanych tradycyjnymi lekarzami. Niemniej Sebastian ma to szczęście w nieszczęściu, że zostaje uzdrowiony przez magiczne dłonie Piotra albo też przez swoją autosugestię zdesperowanego człowieka. Tak czy siak spotkanie z tym niezwykłym uzdrowicielem, przypominającym trochę bosonogiego hippisa, zupełnie zmienia życie Kellera, który zaczyna dostrzegać, że jest coś więcej poza tymi błahymi sprawami jak studia prawnicze, kariera i zarabianie pieniędzy. No, z tego ostatniego nie warto tak całkiem rezygnować. Nawet tak uduchowiony człowiek jak Piotr musiał trochę pogłówkować, żeby zarobić na rozbudowę swojego gospodarstwa, gdzie hoduje sobie nowych ludzi na swój obraz i podobieństwo.
Sebastian niemal się do niego upodobnił. I do dziś, po tych trzydziestu latach nie potrafi zrozumieć, jak to się stało, że Piotr go omotał swoją dziwną wizją. Patrzy w lustro i próbuje odnaleźć tam dawnego siebie. Ale gdzieś zawsze jest za nim cień wielkiego Guru. Historię Kellera poznajemy właśnie z perspektywy byłego członka Sekty, który w rozmowie/spowiedzi z księdzem w pustym kościele opowiada, jak to się wszystko zaczęło.
No jak?
Tak jak zawsze.
Od zagubienia i bólu.
Piotr wpatrzony gdzieś w dal, recytujący w transie jakieś przypadkowe cytaty z Pisma Świętego, jest jak drogowskaz w tym chaosie myśli, jakie dotykają młodego człowieka, ale i każdego, kto bardzo się zawiódł na tej dziwacznej rzeczywistości. Tu, w Niebie każdy odnajdzie swoje miejsce, nawet ci, od których odwracano wzrok, gdy snuli się naćpani po dworcach, czekając na pociąg do spełnienia. Czy to źle, że Piotr ich uratował? A może jeden narkotyk został zamieniony sprytnie w inny? Zniewolenie to zniewolenie.
Postać Piotra wzorowana jest tu na osobie Bogdana Kacmajora, człowieka, który właściwie stworzył siebie od nowa. Urodzony w Elblągu, w inteligenckiej rodzinie, posłusznie realizował obowiązek szkolnej edukacji, aż przed maturą uznał, że jest na tyle dojrzały, aby iść śmiało swoją drogą. Zawsze w nim drzemały artystyczne ambicje. Miał też na tyle silną osobowość, aby przekonać kierownictwo pobliskiej galerii, by go zatrudniono, gdzie mógł się realizować jako kierownik artystyczny, przyciągający do siebie równie ciekawe osobowości. Wraz z nimi tworzył ciekawe projekty, wystawy, wernisaże, warsztaty. Mógłby tak dalej two-rzyć tą kreatywną atmosferę, ale ponura rzeczywistość się o niego upomniała. Wojsko. Przymusowa służba, w której ktoś taki jak Kacmajor w ogóle się nie odnajdywał, nawet jeśli w swoim oryginalnym nazwisku miał już poważny tytuł wojskowy. Nie dla niego tytuły, rozkazy, regulaminy, procedury, sztywne przepisy, które żołnierz powinien ślepo wykonywać. To właściwie paradoks, bo przecież później Bogdan jako przywódca „niebiańskiej armii” będzie egzekwował od swoich uczniów, żołnierzy, by wykonywali często bardzo absurdalne działania. Póki co, dla Bogdana absurdem jest służba wojskowa, którą swoim „wzorowym” nieposłuszeństwem zamienia na jeszcze większe zniewolenie czyli więzienie. Ale i tam daje się poznać jako charyzmatyczna osoba, zyskując uznanie nie tylko u współwięźniów ale i u strażników, którym pisał prace zaliczeniowe do szkoły wieczorowej.
Podobno wielcy przywódcy duchowi rozpoznają swoje przeznaczenie we śnie. Nie inaczej było z Bogdanem, który właśnie podczas snu zrozumiał, że powinien leczyć ludzi. Czyli już nie sztuka a medycyna? Sen czasem może być jak niezwykły surrealistyczny obraz, który prowadzi do rozwiązania zagadki swego przeznaczenia. W tym śnie Bogdan szedł, jak Chrystus po krystalicznie czystej wodzie, w której o zgrozo pływały szkielety ryb. Gdy tylko Kacmajor dotknął takiego szkieletu, ten zamieniał się w ptaka, wzlatującego natychmiast w górę. Co to mogło oznaczać? Inspirację, charyzmę, jaką promieniował od zawsze Kacmajor? Moc, która popycha ludzi do różnych działań. Leczyć ludzi? Bogdan zainspirowany tym dziwnym snem, nie zamierza jednak iść na studia medyczne, które mógłby skończyć z wyróżnieniem jak Patch Adams. To by było zbyt proste, zwyczajne jak na Bogdana, który zawsze cenił awangardę. Zamiast lekarza w białym kitlu, woli być takim uzdrowicielem, jak Ojciec Klimuszko, który akurat zmarł w 1980 roku, pozostawiając po sobie sporą pustkę. A tą dość szybko wypełniali lepiej lub gorzej różni, inni bioenergoterapeuci. Wśród nich właśnie był Bogdan, który nabrał jeszcze większej pewności co do swojego wyboru, kiedy wyleczył własną ciotkę. Również te siermiężne, beznadziejne, szare czasy komuny sprzyjały takim uzdrowicielom, dającym często złudną nadzieję na coś lepszego. Stan wojenny, ponure nastroje, a tu nagle pojawia się taka barwna postać jak Kacmajor. I bynajmniej nie zachowuje się on jak jakiś wyniosły, nieodstępny specjalista Guru od wszystkiego. „Bogdan jestem. I tyle”. Uścisk ręki i nadzieja, że to spotkanie pomoże. Miej nadzieję! Miej wiarę. Jak łatwo z medycyny niekonwencjonalnej zboczyć w kierunku duchowości, która jeszcze bardziej zajmowała Bogdana. Kiedy już wyrobił sobie markę i sławę uzdrowiciela, zgrabnie łączącego psychologię, medycynę i duchowość, uzdrowiciela przyjmującego do siebie każdego (zwłaszcza z pełnymi kieszeniami), jego sytuacja finansowa znacznie się polepszyła. Tak, trzeba przyznać, że oprócz tej artystycznej wrażliwości i duchowej aury, jakie roztaczały się wokół Bogdana, miał on jeszcze instynkt biznesmana, który na początku lat 90 postanowił wprowadzić do polskiego krajobrazu religijnego trochę świeżości w postaci organizacji, stowarzyszenia, wspólnoty, sekty Niebo, mającej swoją siedzibę pod Lubartowem. Powab innego, głębszego życia przyciągał zarówno wiecznych uciekinierów, byłych więźniów, zagubionych, słabych ale także takich poetów intelektualistów jak Zbigniew Sajnóg z Totart-u.
O sekcie Niebo było dość głośno w mediach, w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wykryto liczne nieprawidłowości w funkcjonowaniu wspólnoty. W programie „Na każdy temat” Mariusz Szczygieł rozmawiał z byłą żoną Bogdana Kacmajora, Małgorzatą. Ujawniła ona, że cała ta sekta to wielka manipulacja jej męża, który bynajmniej nie wyrzekł się wygód tego świata i często fundował sobie wycieczki choćby do Berlina, gdzie gościł w drogich hotelach i restauracjach, nie żałując sobie niczego. Gdzie ta prostota życia?! On potrzebował tylko rzędu wiernych duszyczek, nad którymi mógłby panować, by tak zaspokoić swoje ego i finanse. Do sekty porwał także swoich dwóch synów, z których jeden nie wytrzymał i uciekł do domu dziecka, pragnąc normalnego życia. No cóż, jedni już w bardzo młodym wieku zorientowali się, że są w piekle. Innym zajęło to trochę więcej czasu. Może zbyt mocno pamiętali swoją pustą egzystencję, której już nie chcieli powtarzać. Niebo to mimo wszystko był jakiś dom, gdy wcześniej tego domu nie było.
Sebastian rozgląda się dookoła, pierwszy raz może odetchnąć głęboko w tej atmosferze wzajemnej akceptacji. Nie czuje już takiej presji i ciężkiego spojrzenia matki. Mgły wątpliwości się rozrzedzają. Oto dom w wielkim ogrodzie, gdzie wszyscy tak cudownie spędzają aktywnie ze sobą czas między pracą a zabawą. Co za sielanka, idylla. Dzieci biegają między drzewami, ścigając się z kozami i kurami. Najzwyklejsze czynności jak kopanie grządek, pranie, sprzątanie urastają do rangi medytacji. A po tym zwyczajnym dniu, podczas wieczerzy każdy opowiada sobie wizje, jakich ostatnio doznał. Dom jak ze wspomnień z dzieciństwa kusi swoim spokojem. Zupełnie, jakby tu był rzeczywiście inny świat, gdzie wszystko płynie wolniej, gdzie wszystko jest prostsze… chociaż panują tu zasady, często dziwne i wręcz absurdalne. Tu zapomina się swoje dawne imię i zyskuje nowe, na przykład „Kukuryku” czy „I śrubokręt nie pomoże”. Człowiek przestaje być skomplikowanym indywidualistą, a staje się częścią większej całości. Ale w tym całym szaleństwie zapomina, że mimo iż jest członkiem wspólnoty braci i sióstr, to jest także więźniem pewnej ideologii, która z tygodnia na tydzień robi coraz większe pranie mózgu swoim członkom, wyzbywającym się majątków, by żyć prosto i uczciwie. BO wcześniej było zbyt dużo wolnego czasu, zbyt dużo pieniędzy, zbyt dużo rzeczy, gadżetów, zbyt wiele problemów i konfliktów. NIEBO to prostota i harmonia. Życie wedle rytmu dnia, nocy, siewów i zbiorów. Życie wedle widzi mi się Piotra, który jako przywódca ma także święte prawo łączenia w pary swoich podopiecznych, czasem zbyt młodych na małżeństwo. Co do Sebastiana i jego przyszłej żony Anety (Zofia Jastrzębska), księżniczki i nonkonformistki z dobrego domu, się nie myli. Trafia w dziesiątkę, że to może być wielka miłość, która też przyniesie upragnione święte dziecko.
Gorzej ma Karolina (Michalina Łabacz), z wykształcenia chemiczka i to jeszcze z doktoratem, która zarzuciła wykładanie na uczelni na rzecz wykładania warzyw, siana w jakimś dziwnym zgromadzeniu. Według Piotra dla tej trzydziestoletniej kobiety przeznaczony jest jakiś nastolatek. Nie trudno się domyślić, że kobieta nie czuje w tym związku żadnej chemii a raczej coraz większe wyobcowanie. Może trochę zazdrości Sebastianowi, teraz Azraelowi, który jako nowy członek tej tajemniczej wspólnoty ma w oczach tyle radości i pasji. Może nawet będzie leczył ludzi. Piotr mu to przepowiedział. Tak musi być! Azrael już trochę pomógł Maciejowi, który ma problemy z nerkami (dopóki Maciuś nie będzie musiał iść do szpitala). Sebastian wciąż nie może się nadziwić, że znalazł tu, na ziemi swoje niebo, gdzie wreszcie czas się zatrzymał i żyje się chwilą obecną.
Ale czas także zatrzymał się dla rodzin, które straciły swoich bliskich w sekcie. Gryzą ich wyrzuty sumienia i bezradność, bo może nie potrafili dać swoim dzieciom, mężom, żonom, braciom, siostrom tego czegoś, co dał Kacmajor. Co dziwne, do tej wspólnoty nie należą tylko młode osoby, ale także ci w średnim wieku, którzy często zostawili cały swój dorobek życia (jak choćby Zosia i Mirek). A potem to już nie ma powrotu. Ci ludzie przepadają w jakiejś otchłani jak w nałogu. Obcy, cierpiący na jakąś dziwną amnezję, w której nie pamiętają twarzy bliskich osób.
Sebastian i Karolina jako młodzi rodzice mają coraz więcej wątpliwości, czy aby na pewno chcą żyć w tej dziwnej wspólnocie, która coraz mocniej kontroluje wychowywanie ich dziecka. Zwłaszcza żona Piotra, Dorota w którą wciela się tu Magdalena Różdżka zdaje się być z odcinka na odcinek coraz gorszą jędzą, pragnącą zagarnąć dziecko dla siebie. Być może tak odreagowuje i rekompensuje sobie stratę własnego dziecka. A co się stało ze starym sąsiadem, od którego Piotr chciał wykupić ziemię? Nagle zniknął, zapadł się pod ziemię. A ziemia cudownym trafem znalazła się w posiadaniu Piotra. Co za wyczucie. To musi być cud. A może morderstwo? Powiało grozą.
U młodych idealistów wątpliwości narastają, ale już u sceptycznego komisarza Dąbrowskiego z Komendy Wojewódzkiej wraz z bólem zębów pojawia się jakiś dziwny przypływ wiary. Dotąd samotny, zgorzkniały, pogrążony w mrocznych śledztwach. Tak bardzo skupiony na znalezieniu jakiś mocnych dowodów przeciw Sekcie Niebo, na przykład kości zaginionego sąsiada, nagle doznaje wstrząsu w swoim życiu i przystępuje do szeregów Niebian. Przemiana pana komisarza Dąbrowskiego i jego wstąpienie do sekty to bez wątpienia największe zaskoczenie w całym serialu. I nie wygląda na to, aby policjant prowadził tu coś w rodzaju śledztwa. Odrzuca mundur, dawne życie i daje się prowadzić Piotrowi. (Ciekawostką jest to, że w komisarza wciela się tu Karol Pocheć, podczas gdy jedną z członkiń sekty gra jego życiowa partnerka, Dominika Kluźniak).
Lepszy jeden policjant w sekcie niż banda jakiś niewdzięczników, która odważyła się przekroczyć ognistą linię i opuścić Niebo. Ale ciężko tak po prostu odejść z sekty. Nawet jeśli nie jest ona jakoś specjalnie strzeżona i otoczona płotem z drutem kolczastym, to w umyśle odcisnęła głęboki ślad. Bo jak tu żyć bez poleceń, pouczeń, bez drogowskazów, bez guru, Króla, który decydował za ciebie, co jest słuszne a co nie? Gdziekolwiek byś się nie obrócił — tam pustka. Twoje poczucie wartości rozbiło się w drobny mak. Jak znowu wrócić do swojej wolności, czyli odpowiedzialności za siebie? To bez wątpienia najtrudniejsza rzecz. Ale czy ta wolność to też nie iluzja? Sekta to bez wątpienia najbardziej jaskrawy przykład zniewolenia ludzi. Ale przecież dookoła jest mnóstwo innych wpływów, które codziennie w jakimś stopniu nas zniewalają. Codziennie ludzie udowadniają, że kochają uciekać od wolności wedle słów Fromma. Nie potrafimy powiedzieć NIE, BO zawsze jest coś jeszcze jakaś wymówka, kaprys, jakieś pragnienie by zyskać akceptację, poklask. Uciekamy ciągle do jakiegoś nieba.
Robert Blaschke, który dotąd realizował się głównie jako scenarzysta, dokumentalista, reżyser teledysków, po ciepło przyjętym debiucie filmowym „Sonata”, w tym serialu łączy zgrabnie swoje poprzednie doświadczenia. Bo „Niebo” to serial na podstawie autentycznych wydarzeń i książki Sebastiana Kellera, a więc jest trochę takim paradokumentem. Jest też tu sporo muzycznych odniesień i ciekawych zabiegów montażowych co jest znamienne dla poetyki teledysków. A propos
Całą historię pięknie dopełnia tu muzyka Pawła Lucewicza, znanego z filmu „Znachor”. Słychać wyraźnie, że kompozytor postawił tu na etniczne, ludowe klimaty, wyrażające pewną swojskość, powrót do natury, harmonii, do korzeni wiary. Usłyszymy tu zatem liry, gitary akustyczne, flety, hipnotyzujące wokalizy także w wykonaniu Stanisława Linowskiego, odtwórcy Kellera. Linowski zresztą błyszczy tu także ciekawym wykonaniem piosenki „Do mamy” na konkursie talentów w pierwszym odcinku. Najpierw śpiewa tak delikatnie, jakby nucił kołysankę, jakby tak wyrażał miłość i zarazem żal, że matka zagłaskała go swoją troskliwością. A potem następuje zmiana. Bohater krzyczy słowami Obywatela G.C. „Tak tak to ja”, jakby tak chciał wreszcie wykrzyczeć swojej matce, że chce żyć po swojemu i móc spojrzeć z satysfakcją w lustro, że to jego życie, a nie życie według jego rodzicielki. Jeszcze ciekawszym występem jest wykonanie acapella utworu „House of the rising sun”, którą śpiewa na dworcu, aby zarobić parę groszy na hot dogi dla swojej wygłodniałej rodziny, z którą właśnie uciekł z sekty.
Co do muzyki samego Lucewicza, to na mnie największe wrażenie robi motyw muzyczny w ostatnim odcinku serialu, gdy dom Niebian płonie, a Sebastian wije się z bólu, żegnając dawne życie. Kiedyś o mało co nie spalił swojego pokoju w rodzinnym domu, by tak wymownie pokazać matce, że to koniec. Teraz postanowił spalić dom sekty, która przez ostatnie lata tak go zniewoliła.
Kopany, bity przez dawnych braci, jak męczennik chciałby umrzeć i narodzić się na nowo. Klęka przed ołtarzem i rozpaczliwie szepcze, a potem krzyczy na cały kościół: „Jezu pozwól mi wytrwać…!” Tu kościół, tam wspomnienie o sekcie, krzyk, płacz, uparta deklamacja księdza, by Bóg wyswobodził zbłąkaną duszę. Tam przeszłość, tu teraz. Bojaźń i drżenie. Genialny montaż, gra aktorska i właśnie MUZYKA ilustrująca ten rozłam między dawnym a obecnym życiem. Najpierw delikatne, „punktujące” klawisze, wyrażające jakieś wątpliwości, czy aby na pewno główny bohater zerwał z sektą, czy może wciąż tęskni do Nieba. Potem organy, w których czuć to podniosłe misterium albo nawet jakąś ekstazę duchową i te melancholijne skrzypce tęskniące za czymś minionym, gdy guru Piotr wchodzi do tego płonącego domu, by powstrzymać ogień. Ale chyba w głębi swojej duszy czuje, że wszystko stracone. Koniec przedstawienia. Dla niego i innych. Lepiej spłonąć i stać legendą niż oszustem. Choć co bardziej uparci, będą wciąż wierzyli, że to cud, początek czegoś nowego. Piotr znika pośród płomieni jak legenda, którą będą sławili jego najwierniejsi, którzy po porostu nie mają do czego wrócić. Lepsza ta fantazja niż nicość dookoła.
Płonie dom, płonie. Zniknął w nim Piotr…BO-NIE. Od ognia wszystko się zaczyna. Iskra, błysk w oku, impuls. Rodzi się i zabija! Jesteś w szoku. Dziękuj wszystkim. Dziękuj Bogu. Wyszedł duch nieczysty. Wyszedłeś z mroku. Dłonie Piotra na twojej głowie. Jesteś gdzie indziej. On to nazwie, on ci to powie. W Ogniu ginie dawne życie, giną idole, mistrzowie. W ogniu rodzą się nowe kształty, nowi bogowie. Falują płomienie, spalają pancerz, odzienie. Czy jesteś już w domu, czy to jednak więzienie? Przewidywalny rym hymnów i deklamacji. Bezpieczna przystań naszych pomnikowych racji. Tak głęboko poczuć to w sobie. Jakiś żywioł, wspólnota, sromota, hołota i wywrota. Jak wtedy tych dwunastu chodziło z nim Jedynym. Głosili, leczyli, pukali od domu do domu, czując tą przygodę bycia w Nieznanym. Tylko chleb, woda, teraz, jutro, droga. Ciągła droga wśród tych pogan.
Płonie ogień. Świece w kościele. Świeczki na torcie. Dreszcze na ciele. Porzucony niegdyś przez ojca, Szukałeś uparcie Ojca w Kimś Każdym. Szukałeś ojca, Mistrza. Poznałeś Piotra i to był w serce strzał!
Porzuciłeś tak po prostu biedną matkę, która wierzyła, że zbawisz ją od tej nędzy. Miałeś iść za prawem do kariery i pieniędzy. Uciekłeś jak wagabunda, artysta, żyjący przygodą, dworcem, gitarą, poezją, niezgodą. Idziesz uparcie w tym kłamstwie, kolana już miękną. Rozejrzyj się. Wszystkie ideały, priorytety więdną. Buntownicy z wyboru, czy może święci z pozoru? Szukają wszyscy szczęścia wzoru.
Nie chciałbyś, żeby twój syn pamiętał cię, jak śpiewasz „House of the rising sun” na dworcu za tę parę groszy na hot doga. Czułeś wtedy, czym jest trwoga. Uciekłeś od nich, od nieba i zbawienia, od tej harmonii i spokoju do życia pozorów. Aż po tych rozstaniach i powrotach, wróciłeś nareszcie do domu. Ze strachu, z głodu, ze wstydu, pustego bytu. Do siebie, z bólem głowy, z myślami o piekielnym niebie. Matka wciąż wierzy w ciebie. Nawet jeśli już byłeś w Niebie. Wierzy uparcie. Oto cud wiary rozwiewający wszelkie koszmary.
„Jezu pozwól mi wytrwać, wytrzymać!” Krzyczysz w tym pustym kościele, gdzie klękali przed tobą inni zagubieni przyjaciele. Teraz, jak nigdy przedtem dotykasz dna swojej duszy. Ekstaza, misterium, bojaźń i drżenie. I ciągle, ciągle te w oczach płomienie. Strach przed tym co było i lęk przed tym, co będzie. Wątpliwość, powrót. Czy aby na pewno? Czy już czujesz duszy sedno?
Komentarze
Prześlij komentarz