JOE BLACK. ŚMIERĆ IDZIE PO HANNIBALA LECTERA
„ — Joe, czy możesz zrobić wyjątek?
— Komuś odpuścić?
— Od każdej reguły są wyjątki
— Nie od tej”
No właśnie, nie od tej, nie od śmierci, która jest najpewniejsza w życiu i jest wręcz cudownym lekiem, gdy ludziom coraz bardziej brakuje sił. Śmierć ma tą wielką zaletę, że dopiero w jej obliczu wyraźnie widzimy, czego chcemy, jest jak soczewka, pomagająca skupić się. Przy niej właśnie determinujemy się, jak nigdy przedtem. Niejeden marzyciel z ADHD wreszcie w obliczu śmierci spełnił choć jedno marzenie ze swojej długiej listy. To wielki luksus i przywilej wiedzieć, kiedy się umrze. Za miesiąc, za rok, widzieć wyraźnie metę i poszczególne stopnie. Śmierć rzeczywiście może być bardzo pomocna niczym coach. To już Steve Jobs radził, by działać tak w życiu, jakby każdy dzień był tym ostatnim.
A teraz trochę klasyki ze szkoły
Wszytcy ludzie, posłuchajcie,
poznajcie! —
Bądź to stary albo młody,
nie ujdzie śmiertelnej szkody;
śmierć udusi,
Każdy w jej szkole być musi;
Przykład o tem chcę powiedzieć,
Słuchaj tego, kto chce wiedzieć!
Mędrzec wieliki, mistrz wybrany
Bogu wiele,
przepasanego.
ci jej koniec nosa,
Przewiązała głowę chustą
krzywousta;
oczy zawracając,
Groźną kosę w ręku mając;
Goła głowa, przykra mowa,
postawa —
Wypięła żebra i kości,
Mistrz widząc obraz skarady,
Żołte oczy, żywot blady,
się tego przelęknął,
stęknął.
Śmierć do niego przemowiła.
lękasz?
stękasz!
Iżeś go o to barzo prosił,
ci się ukazała,
przed tobą stoję,
Każdemu się tak ukażę,
Gdy go żywota zbawię.
tym razem,
Tak jak Anthony Hopkins staje przed dziwnym obrazem jasnowłosego młodzieńca, który przedstawia się po dłuższej ciszy jako śmierć. Czy to sen, czy może jawa? Nagle jeden z najbogatszych ludzi, William Parrish, który ze swoją pozycją mógłby się czuć jak król, jest coraz bardziej niespokojny. Stoi bowiem przed nim obraz, który się rusza, który go wciąga w swoją grę, w swój dialog. Nie bez powodu pierwsze spotkanie Śmierci i William Parrisha odbywa się w pięknej bibliotece, wyłożonej drewnem. Tu w otoczeniu mądrych ksiąg, niejednokrotnie traktujących o doczesności, tu właśnie gdzie zza okładek odzywają się duchy zmarłych, dawne tradycje, filozofie, niezwykłe historie, chroniące przed zarazą nudy jak w Dekameronie. Tu wyłania się Władca, który ma u stóp tych wszystkich wielkich myślicieli. Śmierć wchodzi powoli na środek sali. Dlaczego tak dziwnie? Dlaczego teraz, a nie na przykład we śnie? Już wcześniej coś szeptała głównemu bohaterowi, dawała znaki, wprowadzała nastrój. Teraz pora na swoisty comming-out.
Śmierć przychodzi z pewną propozycją niczym polityk. Potęga zniszczenia przychodzi do Potężnego tego świata, do przedstawiciela elity, by poprosić go o przewodnictwo w tym dziwnym ludzkim świecie. Że co proszę? Ano tak. Śmierć składa propozycję nie do odrzucenia. Stary człowiek ma oprowadzić Śmierć po meandrach życia. Czy świat bogacza Williama Parrisha jest odpowiedni do tej nauki? I czego właściwie śmierć chce się nauczyć, przywdziewając skórę młodzieńca? Przecież już tyle razy zabierała życie różnym ludziom. Tym razem Śmierć jest bardziej pokorna i ciekawa a może kapryśna. Szuka mistrza wśród ludzi i znajduje go w człowieku, który osiągnął wszystko, co chciał. Tak właśnie w prywatnej bibliotece Parrisha, pośród różnych mądrych książek i tykania zegara, zawiązuje się układ między Śmiercią, a Billem Parrishem, który osiągnął prestiż i bogactwo. Ty bogaty człowieku pokażesz mi życie, a ja dam ci czas. I nie mówimy tu tylko o bogactwie materialnym. Parrish nie może narzekać. Jest już w takim miejscu w swoim życiu, że „niczego nie chce” – osiągnął to, co chciał i przeżył to, co chciał – tym jest właśnie bogactwo doświadczeń. Zaznał wielkiej miłości swojej żony, która zmarła nie tak dawno. Ma dwie córki i stabilną sytuację. Parrish to ten unikatowy typ człowieka, który ma coś z mędrca, oczytany, bogaty wewnętrznie, mający klasę i kulturę osobistą, jednocześnie pomnaża swoje bogactwa materialne, zaś pracę traktuję jako pasję i jednocześnie przywilej. Bo „informowanie ludzi to wielki przywilej i odpowiedzialność. Im więcej wiemy o sobie, tym mamy większą szansę przetrwać” – jak mówi Parrish na zebraniu zarządu, stawiając przede wszystkim na etykę, a nie tylko na zysk.
William prowadzi koncern medialny, ale powoli zbliża się do tego etapu w swojej karierze zawodowej, że czas ustąpić miejsca młodszym, żądnym sukcesu i aroganckim, takim choćby jak Drew, którzy wprowadzą firmę w nową epokę. Parrish jednak podchodzi do swojej firmy jak do dzieła życia, nie chce go splamić, dlatego jest tak sceptyczny w stosunku do fuzji z większym koncernem, który na swojej drodze ma jeszcze mnóstwo firm do pożarcia.
Parrisha pewnie chętnie by zapraszano na wszelkiego rodzaju konferencje związane z samorozwojem, ale to Śmierć poprosiła go o lekcję. Anthony Hopkins po raz kolejny wciela się w rolę mistrza, mędrca, przewodnika, podobnie jak w filmie „Lekcja Przetrwania”, gdzie również grał oczytanego bogacza, Charlesa Morse’ a który musi sobie poradzić w dzikiej Alasce i walczyć z wielkim niedźwiedziem. Jeszcze wcześniej szkolił samego Zorro. Wtedy potrafił udowodnić, że mądrość i doświadczenie mogą zwyciężyć. Inaczej było w filmie „Cienista Dolina”, gdzie wcielił się w przemądrzałego C. S. Lewisa, który na wszystko miał odpowiedź, aż dopadła go miłość i śmierć ukochanej osoby. I tak Mistrz znów stał się jak dziecko, zagubiony w dolinie ciemności.
I teraz znów Hopkins schodzi w ową dolinę, ale już nie jako Hannibal Lecter, by pożerać owieczki, ale żeby pokazać Śmierci meandry życia. W końcu bez życia nie byłoby śmierci, a bez śmierci życia. No i co z tą śmiercią? Nie będzie ona tutaj rzecz jasna duchem, szkieletem czy postacią w czarnym habicie rodem z „Siódmej pieczęci”. Nic z tych rzeczy. Już dosyć naoglądaliśmy się takich strasznych i przygnębiających obrazów. Śmierć będzie miała tu twarz Brada Pitta, najbardziej topowego aktora lat 90-tych. Pobrzmiewa tu jakaś ironia, że oto słodkie Hollywood musiało opakować najstraszniejszą kwestię ludzkiego życia w najbardziej atrakcyjne opakowanie. Ale czemu nie? Z pewnością dla samego Pitta to spore wyzwanie aktorskie. Zagrać śmierć? Jak?! To zakłopotanie, zagubienie będą obecne na twarzy Joe’ ego Blacka, który próbuje się wtopić w ludzkie układy i uczucia najlepiej jak potrafi.
Na samym początku śmierć to tylko głos, nota bene głos samego Hopkinsa, głos wewnętrzny, problemy z oddychaniem i kłucie serca. Choć nie mamy tu drastycznych widoków ze szkieletami, czaszkami itd., to jednak w bibliotece, gdy za pofalowanym szkłem miga postać tajemniczego gościa ma się wrażenie, że za witrażem pojawia się kontur białej czaszki, ale może to tylko autosugestia i bujna wyobraźnia.
To nie pierwsze spotkanie Pitta i Hopkinsa na ekranie, bo cztery lata wcześniej grali razem w „Wichrach namiętności”. Hopkins grał ojca, a Pitt jego syna. Głównym motywem filmu była miłosna intryga i narastający konflikt między braćmi, walczącymi o tą samą kobietę. Również w tym samym roku Pitt zagrał inną, nietypową rolę, Wampira („Wywiad z Wampirem”), a z kolei Hopkins w 1992 roku, w „Draculi” Coppoli wcielił się w łowcę wampirów, Van Helsinga, a wszystko to na granicy światów, życia i śmierci. I tak teraz obaj próbują zmierzyć się właśnie z tematem śmierci i doprowadzić ostatni akt życia Billa Parrisha do końca.
Przewrotne w tym filmie jest to, że to Potężna Śmierć prosi o ludzkie przewodnictwo. To nagle człowiek, bogaty i doświadczony, ale jednak marny w swej nicości ma być Mistrzem dla Śmierci. Figura Mistrza i ucznia znów pobrzmiewa w kolejnym filmie Martina Bresta, podobnie jak w „Zapachu kobiety”. I również tutaj Thomas Newman podbija emocje bohaterów swoją niesamowitą muzyką, a Bo Goldman odpowiedzialny za scenariusz z poprzedniej produkcji, również tutaj tworzy ciekawe sceny wraz z Ronem Osbornem, Kevinem Wadem i Alberto Casellem.
W „Zapachu kobiety” niewinny młodzieniec prowadzi zgorzkniałego, ślepego pułkownika, który naprawdę i w przenośni wszystko widzi w czarnych kolorach. A tu w naszym filmie czerń przechodzi na Joe Blacka i jego czarny garnitur, choć i myśli Billa Parrisha mogą być czarne, skoro nagle dowiaduje się, że zostało mu niewiele czasu. Śmierć wprasza się do luksusowego domu Parrisha i automatycznie przejmuje wykwintny styl bogacza. Elegancki garnitur, właśnie czarny, a nie jak w pierwszych scenach szaro-zielonkawy (trupia bladość?).
Tak jak na początku śmierć wręcz przyduszała Williama Parrisha, zapowiadając zawał, tak że prezes musiał sobie co chwila poluzowywać krawat, tak teraz w garderobie poirytowany Bill wiąże na szyi rozkapryszonego Joego krawat, jakby przygotowywał nierozgarniętego syna do szkoły. Wiąże go tak mocno, jakby wiązał pętlę szubienicy. Joe się nieco krzywi, czuje ucisk na gardle, ale gdy patrzy w lustro, stwierdza z uznaniem, że świetnie wygląda. Tak, droga Śmierci, jeśli chcesz wyglądać stylowo, musisz trochę pocierpieć.
Oprócz odpowiedniego uniformu Kostucha zyskuje także nową tożsamość za sprawą Williama Parrisha, który chrzci Śmierć zwyczajnym imieniem „Joe Black”, przedstawiając go swojej zdumionej rodzinie. Joe? „jakie proste twarde, mocne” – mówi córka Parrisha, Alison na kolacji. Istotnie, „Joe Black” brzmi tak prosto, mocno, ale zarazem kojarzy się ze swojsko brzmiącymi: „John Smith”, czy „John Doe”. Są to tak zwyczajne imiona, że aż przestajemy się bać, że ten Ktoś o twarzy uśmiechniętego młodzieńca czyha na ludzkie życie.
Ale za kulisami tej produkcji też śmierć czyhała. Na kogo? „Joe Black” to przedostatni film w karierze Martina Bresta, który chyba jak żaden inny reżyser jest doskonałym przykładem tego, jak dziwny i nieprzewidywalny jest świat przemysłu filmowego. No co tu dużo pisać: Brest po prostu zaliczył mocną wpadkę. Wystarczy, że po sporych sukcesach komercyjnych i oscarowym „Zapachu kobiety” (nagroda dla Ala Pacino) podwinie ci się noga przy takim „Gigli” i film traci kilkanaście milionów, koszty produkcji się nie zwracają i już jesteś spalony. To jak hazard. Zbyt wiele postawiłeś na jedną kartę, która się odwróciła ukazując wizerunek mrocznego żniwiarza. „Joe Black” stał się proroczym dziełem dla Bresta, który po porażce „Gigli” właściwie umarł dla przemysłu filmowego, przynajmniej w roli reżysera. Obecnie woli rolę konsultanta filmowego.
Zresztą Joe Black, choć to niezwykły film o intrygującym koncepcie, wzruszających momentach i romansie w tle nie został przyjęty aż tak bezkrytycznie. Recenzje były podzielone. Z jednej strony film zdobył nagrodę Saturna, a z drugiej był nominowany do Złotej Maliny. Bo to w gruncie rzeczy film dziwny: filozoficzny, a zarazem romantyczny. „Joe Blacka” ogląda się trochę jak sztukę teatralną. Mało tu plenerów. Oko cieszy Aldrich Mansion i wielki ogród. Momentami myślałem, że to rezydencja Bruce Wayne’ a, gdy bohaterowie schodzą tymi schodami w dół do ogrodu. Na uwagę zasługuje jeszcze hotel Pierre Chateu w Nowym Jorku, gdzie William Parrish ma swój luksusowy apartament. A tak poza tymi efektownymi dekoracjami, przepełnionymi sztuką współczesną, obrazami abstrakcyjnymi, jakiejś spektakularnej akcji nie ma, poza największą abstrakcją, jaką jest śmierć. W obliczu tego paradoksu przechodzimy z bohaterami z jednego wnętrza do kolejnego i tylko rozmawiamy o życiu lub miłości. William Parrish czując presję czasu i nadchodzącej śmierci coraz częściej zaprasza swoją małą rodzinę na obiady, by po prostu z nimi pobyć w wytwornych scenografiach. Rozkosz narracji polega tu na delektowaniu się zwyczajnymi chwilami, na smutkach, radościach, nadziejach, no i wreszcie przygotowaniach do wielkiego przyjęcia urodzinowego głównego bohatera.
Zasiadamy raz i drugi do kolacji z bohaterami i patrzymy jak przebiega ta ostatnia wieczerza pośród czułości, żartów, złośliwości, wieczerza, na której znajdzie się też zdrajca i to niejeden. Bo podstępny Drew przy pomocy zięcia Billa, niepozornego Quince’ a, namówi zarząd, by wyrzucili samego Parrisha z firmy niczym Steve’a Jobsa z Apple. A żeby było jeszcze ciekawiej sam Joe Black, czyli Śmierć zagra nieczysto zakochując się w córce Parrisha i będzie dążył do tego wziąć ją ze sobą. Czy może być jeszcze gorzej? Mieć za zięcia… śmierć?
AMORE –MORTE
Obraz „Meet Joe Black” to dokładnie remake filmu „Śmierć na wakacjach”, gdzie Śmierć podrywał-a żonę pewnego bogacza. W tej nowszej wersji Śmierć będzie podrywał córkę Parrisha, piękną panią doktor, Suzanne (Claire Forlani). Nie powinno nas to dziwić. Śmierć wraz z miłością zawsze szły w parze jak dwie siostry Amore i Morte rozciągające ludzkie emocje na dwa brzegi i skrajne bieguny emocji.
W Joe Blacku też zaobserwujemy różne odcienie miłości. Zaczynając od Mistrza, nauczyciela, głównego bohatera, czyli Williama Parrisha, to ukazuje nam on miłość idealną. Już w pierwszych scenach, w helikopterze, w chmurach mówi córce o tej idealnej miłości, o tej namiętności, która połączyła jego i nieżyjącą już żonę. Zaskakujące jest, że Parrish strofuje swoją młodszą córkę, Suzanne, by również dała się porwać takiej namiętności, „by tańczyła jak derwisz”. Trzeba próbować, szukać tej wielkiej namiętności, bo kto tego nie spróbował, ten nigdy nie żył. Tymczasem Suzanne, córka bogacza, ubrana tak zwyczajnie, w dżinsy i T-shirt, wydaje się być starsza, rozsądniejsza, bardziej racjonalna od swego ojca marzyciela. Ze starannie wybranym, prestiżowym zawodem lekarza, „tkwi” w równie rozsądnym statecznym związku z Drew, prawą ręką Williama Parrisha. Co do tego Pana Drew, który też tu trochę namiesza w samej fabule, można by powiedzieć, że to prawie zięć marzeń. Przynajmniej na początku. Przewodniczący zarządu Parrisha, przystojny, przebojowy szybko wkrada się w łaski swego szefa, by w końcu kiedyś podłożyć mu cyrograf do podpisania.
Nie stanie się tak jednak, bo zagadkowy Pan Joe Black, niczym rentgen potrafi rozpoznać w tym towarzystwie nieodpowiedniego faceta i jednocześnie docenić wdzięki pięknej pani doktor, która nawet zmęczona po dyżurze w zwykłym t-shircie wygląda zniewalająco. Zmysłowość jednak odłóżmy na później, bo mamy tu jeszcze inną parę, której Pan Black również się przygląda z zainteresowaniem, a może nawet z podziwem. To miłość dojrzała, miłość przyjaciół, którzy się akceptują. Mowa tu o małżeństwie Quince’ a i Allison.
To małżeństwo bardziej doświadczone, bezdzietne, wprowadzające trochę śmiechu do całej fabuły. Quince (wyszczerzony Jeffrey Tambor, który dwa lata później spotka się z Marcią Gray Hayden na planie filmu „Pollock”, tyle że bez wąsów) to były dżokej i przede wszystkim mąż swojej żony. Miał szczęście, że ożenił się z Alison Parrish, bogatą dziedziczką fortuny swego ojca. „Jak dobrze pójdzie, będziesz pierdział w jedwabie” – szepcze mu Drew. I nie dziwne, że Quince jako członek rodziny Parrishów znajduje nowe miejsce pracy w zarządzie firmy swego teścia. Quince jest trochę ofermą, facetem, który sprawia wrażenie, jakby nie radził sobie w tych konwenansach wyższych sfer i biznesów. Ma coś z Włocha – jest bezpośredni, uśmiechnięty, łatwo nawiązuje kontakt. Ale jest też jak chorągiewka na wietrze. Pod wpływem sprytnego Drew nieopatrznie zdradza swego bogatego teścia i doprowadza do jego zwolnienia z firmy, ale w porę się rehabilituje. To taki cichy bohater, którego zauważamy dopiero później. Jest psychicznie słabym, a jednocześnie jest ogromnym wsparciem dla swojej neurotycznej żony Alison. To dobrze widać w scenie kolacji, gdy podekscytowana Alison pokazuje ojcu torty jako propozycje, podczas gdy ojciec nie ma do tego głowy. I nie ma się co dziwić, w końcu cały czas myśli o śmierci, która na dodatek je z nim kolację w tej chwili. Alison czuje się urażona obojętnością ojca, natomiast Quince od razu ją pociesza i postanawia sprawdzić torty – przyjemne z pożytecznym. Mąż użycza nawet swego krawata jako chusteczki, by jego poruszona żona otarła łzy. Wreszcie sam Parrish się przełamuje i wybiera pyszny cytrynowy tort na przyjęcie, a potem wszyscy się śmieją.
Joe podpatrując ich, uśmiecha się i zerka na Suzanne, zastanawiając się pewnie, czy też potrafiłby tak w porę pocieszyć ją i być dla niej wsparciem, a w tle towarzyszy nam piękna muzyka Newmana z charakterystycznym klarnetem po raz kolejny, tak samo jak w „Zapachu kobiety”.
Alison nie jest łatwą partnerką dla Quince’ a. Marcia Gray Hayden portretuje ją jako przebojową organizatorkę przyjęcia swego ojca, która lubi przesadzać i czepia się każdego detalu, od ciasta po girlandy na przyjęciu, aż dostaje ataku nerwicy. Jest zupełnym przeciwieństwem swojej siostry, Suzanne, chłodnej, spokojnej lekarki, która traktuje wszystko z dystansem i poczuciem humoru. Allison to neurotyczka, która notorycznie odwiedza swego psychoanalityka, by uspokoić nerwy. Jednocześnie potrzebuje silnych emocji, by działać i mieć poczucie samorealizacji.
To właśnie na przykładzie małżeństwa Alison i Quince’ a Joe Black rozumie, czym naprawdę jest miłość: „wiemy o sobie wszystko, znamy swoje najmroczniejsze sekrety, najgorsze strony i mimo tego wciąż się kochamy i wspieramy. Jesteśmy wolni. I to jest piękne.” – tłumaczy Quince. I te najgorsze strony i sekrety właśnie przerażają Joego, który chce zabrać ze sobą Suzanne, nie mówiąc jej, kim naprawdę jest. Przecież jest Śmiercią, a kto naprawdę pójdzie ze śmiercią na koniec świata? To moment przełomowy dla Blacka, bo nagle zdaje on sobie sprawę, że mimo iż jest potężny, może każdemu zabrać życia, to jednak nie zdobędzie miłości kobiety, w której się zakochał. Nie może tak po prostu jej sobie wziąć jak zabawki, bo ona i tak go nie pokocha. I tak samo jest w relacji z Bogiem. Stwórca nie może nas zmusić, abyśmy za Nim poszli. Możemy to zrobić tylko z własnej woli.
Joe zaczyna rozumieć na czym to wszystko polega. Czyżby Śmierć dorosła pod okiem swego mistrza Williama Parrisha? Wcześniej widząc dziwne zachowanie Joego, który zaczyna pozwać życie od drugiej strony, mamy wrażenie, jakby to był rozkapryszony dzieciak. Wkracza dumnie na salony i próbuje różnych smaków życia:
Podczas ważnej narady w firmie prosi bezwstydnie o ciasteczka, potem zajada się kanapką zimną jagnięciną (cóż innego mógłby dostać w biurze Hannibala Lectera), a na deser jeszcze te pyszne torty (pomarańczowy, cytrynowy albo czekoladowy) od Annie z cukierni La Rosette. No i wreszcie masło orzechowe! Różne smaki i różne nastroje, które warto smakować dokładniej, gdy człowiek czuje, że stoi już na krawędzi. Co do tej gastronomii, to Brad Pitt ma szczęście do ról, w których bez przerwy coś je, opycha się na ekranie, jakby nic nie jadł przed zdjęciami. Różne smaki, różne specjały, które ludzkość sobie przygotowała, by jakoś znieść gorycz życia. Ale Śmierć jest wciąż spragniona czegoś innego. Czego? Uczuć, namiętności, miłości. To one wirują między ludzkimi figurami na wielkiej szachownicy i przesuwają je o kilka pól dalej. Śmierć jest tu podobna do dziecka, które wymknęło się ze swojej ponurej rzeczywistości i wkroczyło na wielki, ludzki plac zabaw. Zaczęło rzecz jasna od słodyczy. Rozgląda się dookoła, ale nie patrzy tam gdzie powinna, choćby na ruchliwą ulicę i przejeżdżające samochody. Na szczęście obok idzie Bill Parrish i jak przystało na nauczyciela, odciąga Joego od ruchliwej ulicy, unikając tym samym wypadku. Bil nie przechodzi na czerwonym świetle – ma zasady. A tak w ogóle to nie byłby pierwszy wypadek Śmierci.
Już na samym początku filmu, w myśl zasady, żeby uderzyć widza po oczach, jesteśmy świadkami nieprzyjemnego wypadku ze skutkami śmiertelnymi. Oto Brad Pitt po spontanicznej rozmowie z piękną panią doktor, Suzanne w barze śniadaniowym, wychodzi na ulicę i nagle wpada pod samochód. Po romantycznej sielance, widz dostaje solidnego kopa między oczy. Twórcy nie oszczędzają nam drastycznych widoków, pokazując jak ciało bezwładnie spada i odbija się od samochodu, który właśnie gwałtownie zahamował. I już po wszystkim! Był uśmiechnięty, wygadany chłopak w garniturze i już go nie ma, zostaje wspomnienie, a śmierć przejmuje ciało chłopaka i wkracza w życie Billa Parrisha.
Znudzona śmierć widząca milion razy umieranie wielkich i zwyczajnych ludzi z pewnością nosi w sobie brzemię melancholii. Czy to dla zabawy czy w końcu z głębszego pragnienia, postanawia się zakochać. Wreszcie się „ożywia” gdy spotyka na kolacji u Parrisha jego córkę, Suzanne. Grana przez Claire Forlani, aktorkę znaną głównie z produkcji niezależnych, a jednak mającą zadatki na gwiazdę wielkiego formatu. Historia Claire trochę zahacza o historię z Joe Blacka. Claire w szczytowym momencie swojej kariery zrezygnowała na jakiś czas z aktorstwa, by zaopiekować się chorą matką, co trochę odzwierciedla jej obraz opiekuńczej lekarki, która troszczy się o każdego pacjenta, jak o członka swojej rodziny. Jak tu nie pokochać takiej kobiety, która mimo, że jest córką bogacza, wykonuje sumiennie swój zawód, nie licząc na żadne fortuny.
Choć śmierć wybrała się na wakacje, nie mogła sobie odmówić, odwiedzin Suzanne w jej miejscu pracy, czyli w szpitalu, który jednym kojarzy się z udręką, cierpieniem i śmiercią, dla innych jest punktem zwrotnym w ich historii i nadzieją na wyleczenie. Joe w garniturze niczym przedsiębiorca pogrzebowy przechadza się po salach szpitalnych, nie zapominając o swojej niewdzięcznej profesji. Dziwne, że tylko stara, schorowana kobieta poznaje Śmierć i mówi do niej z dziwnym jamajskim akcentem. W tej roli Lois Kelly-Miller, która zmarła w 2020 roku.
Staruszka przyznaje, że nie liczy już na zdrowie, dla niej jedynym wyzwoleniem jest właśnie śmierć. Śmierć to wspaniały wynalazek, gdy już brakuje ci sił – przyznaje bohater „Dotknięcia ręki” Zanussiego. To ta wspaniała przyjaciółka, która zdejmie z biednej kobiety jarzmo cierpienia. Czyżby już przyszła do niej? Śmierć jednak ją zapewnia, że to jeszcze nie teraz, ale kobieta próbuje się targować, błaga z płaczem, że już nie wytrzyma. Bo jakież to życie, gdy coraz bardziej boli, gdy dookoła tylko szpitalne ściany i litość w oczach innych. Tu Joe okazuje współczucie, miłosierdzie, czy jak to inaczej nazwać i obiecuje, że za niedługo przyjdzie po tą staruszkę. Teraz już pozostaje zjeżdżać z radością po tej linii pochyłej, jak ze zjeżdżalni w parku aż do otchłani wieczności. Śmierć uratowała jedną siostrę z objęć cierpienia, a czy będzie gotowa wyrzec się miłości do Suzanne, która zupełnie nie wie, z kim ma do czynienia.
„Joe Black” w swej konwencji podobny jest do baśni, gdzie mamy możnowładcę, mamy piękną, szlachetną księżniczkę-lekarkę, która pomaga ludziom, mamy średnio zarabiającego młodzieńca z idealistycznym podejściem do życia, mamy łotra-zdrajcę i mamy śmierć, która próbuje odnaleźć się pośród ludzkich pionków. Joe Śmierć zachowuje się trochę jak zagubione dziecko albo jak błazen, który wystawia na cierpliwość i próbę każdego z kim rozmawia (te cięte dialogi z Drew i z Billem), irytuje, wprowadza niepewność, strach, gdy ni tego i owego oświadcza Billowi, że weźmie ze sobą Suzanne. Czy naprawdę jest w stanie to zrobić? Miłość jest bardziej skomplikowana niż wydawało się Śmierci.
Ale jak to zwykle bywa na końcu baśni, błazen potrafi w porę docenić mądrego króla, zadrwić z niewdzięcznego zdrajcy i dać spokój księżniczce. Bo kochać to także dać odejść w spokoju i pozwolić żyć. Samotny jeździec bez nagrody zostawia (prawie) wszystkich w spokoju, by odejść… na jakiś czas.
Komentarze
Prześlij komentarz