PRZED EGZEKUCJĄ. SZUKAJĄC BOGA W CELI ŚMIERCI




Tim Robbins po brawurowej ucieczce z Shawshank, gdzie odsiadywał niesłuszny wyrok za zabicie dwóch osób, bierze na warsztat książkę siostry Helen Prejean pt. „Dead Man Walking”, by opowiedzieć widzom o ostatnich sześciu dniach więźnia Matthew Ponceleta, winnego brutalnego mordu na dwojgu młodych ludzi i skazanego na karę śmierci. Pierwowzorami Ponceleta byli dwaj mordercy: Elmo Patrick Sonnier i Robert Lee Willie. Zwłaszcza wygląd tego drugiego odbija się w charakteryzacji Seana Penna (fryzura, wąsy i bródka). Na drodze tych dwóch stanęła właśnie siostra Helen Prejean, zakonnica ze zgromadzenia św. Józefa, która oprócz pomocy dzieciom, prowadzenia szkoły, zaczęła pełnić funkcję przewodnika (doradcy) duchowego dla więźniów oczekujących na egzekucję. Bo nigdy nie jest za późno, by odnaleźć Boga.

Na początku było słowo, słowo pisane. Od listu do listu Matthew i Helen wreszcie się spotykają, aby spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać od serca. Na początku Poncelet traktuje Helen nie jako przewodnika duchowego co raczej pełnomocnika, rzeczniczkę, która mogłaby mu załatwić złagodzenie wyroku, czyli dożywocie zamiast egzekucji. Siostra wszystko może. Wszędzie jej wysłuchają. Znajdzie odpowiednich prawników. Zresztą sama siostra nie wygląda jak typowa osoba duchowna. Nie ma habitu, co trochę łamie dystans między wulgarnym Ponceletem a nią samą. Helen robi, co w jej mocy, by zdobyć zaufanie więźnia. Nie zamierza naciskać na Matta w kwestiach wiary, mówić mu na siłę o Bogu, gdy w nim samym toczy się tak wiele sprzecznych emocji. Pomaga mu, jak może, czym wzbudza kontrowersje i oburzenie rodziców ofiar. Sześć lat po tragedii nie potrafią się oni otrząsnąć z bólu po stracie dzieci. Nie chodzi tu przecież o wypadek samochodowy czy utonięcie, tylko o brutalne tortury, gwałt i wreszcie morderstwo. Oni widzieli na rozprawie sądowej sprawców tej tragedii, Ponceleta i jego wspólnika, którzy pozbawili życia ich dzieci. Wciąż dręczy ich świadomość, że on żyje. Jak siostra Helen może rozmawiać z tą bestią?! — pytają oburzeni. Helen nie wie, co odpowiedzieć. Stara się dostrzegać Boga w każdym. Nawet w Poncelecie, który za niedługo przekroczy „zieloną milę”. Albo i nie. Nie? Jeśli uda mu się przekonać z odpowiednim adwokatem ławę przysięgłych i sędziego, by jednak zmienili karę śmierci na dożywocie. Tylko co to za życie za kratkami o zaostrzonym rygorze? Może jest trochę więcej czasu, by przewartościować swoje życie. Helen znajdująca się w tej dziwnej sytuacji jako powiernica mordercy, doświadcza kryzysu swojego powołania. Komu ma służyć? Pokrzywdzonym rodzinom, czy mordercom? I czy rzeczywiście jest tak, że jeśli nawet największy zbrodniarz będzie żałował swoich win, to trafi on do nieba, zostanie zbawiony? Jak to ma wszystko wyglądać? Kim jesteś Helen? Czy uciekłaś od swojego życia, od zwykłych trosk, od odpowiedzialności, od miłości, rodziny? Fajnie jest głosić słowo Boże i pouczać, nie mając własnych dzieci i tych przyziemnych problemów. Rodzina siostry, rodzice i rodzeństwo patrzą na nią jak na niepoprawną idealistkę, która znów się w coś wpakowała.

Rolę siostry Helen odgrywa tu Susan Sarandon, ówczesna partnerka Tima Robbinsa, a z kolei młodą Helen w scenach retrospektywnych gra jej córka, Eva Amurri. Natomiast za muzykę odpowiada tu David Robbins, brat Tima, podkreślając niemal każdą scenę afrykańskimi śpiewami, co ma chyba korespondować z misją samej siostry Helen, prowadzącą także świetlicę/przedszkole dla czarnoskórych dzieci. W najbardziej dramatycznych scenach egzekucji słyszymy suchy, ascetyczny śpiew (kojarzący się z hinduskimi melodiami), jakby kogoś wołającego na pustyni, kto dostępuje oczyszczenia, przez wypalenie grzechów. W obsadzie zobaczymy także Jacka Blacka, grającego brata Matta Ponceleta, który nawet przed egzekucją próbuje jakoś rozładować atmosferę, opowiadając wesołe anegdotki. Wszyscy się śmieją i próbują nadgonić stracony czas. Wzruszenie miesza się z radością. Słodka to trucizna budząca na nowo przywiązanie do swoich bliskich, których jeszcze tego wieczoru skazaniec opuści na zawsze. Przez chwilę bracia i matka Ponceleta czują ze sobą jedność. Potem ten zgrzyt drzwi. Sygnał, że czas kończyć. Zimny aparat policyjny dbający przesadnie o każdy detal. Nie ma sensu tego przeciągać. Czy jeszcze można coś powiedzieć, wyznać, przestrzec? Ostatni telefon, ostatnie „kocham”, „żałuję”. Twardziel prężący bicepsy, płacze coraz głośniej. Siostra Helen dostrzega niezwykłą ewolucję, jaka zaszła w tym człowieku. Początkowo wygadany, pewny siebie, nie żałujący wulgaryzmów i kontrowersyjnych poglądów na temat Hitlera, teraz coraz bardziej skruszony, przestraszony, z czerwonymi oczami, mówiący o Jezusie, choć bez zbędnego patosu. Sean Penn idealnie się sprawdza w rolach buntowników, łobuziaków, zbirów, szorstkich gości, w których coś nas intryguje, głęboko drży, aż w końcu rozbiją tą skorupę.

Wrażenie robią tu także Robert Prosky w roli adwokata Ponceleta, walczącego o zniesienie kary śmierci, czy Raymond J. Barry w roli pana Delacroix, ojca zamordowanego chłopaka. Ci dwaj aktorzy pojawią w później filmie „Komora” z 1996 roku, gdzie także podejmowany jest temat kary śmierci.

Widząc samotnego Ponceleta za kratkami o błędnym spojrzeniu, który czasem się wzrusza, wspomina dawne wesołe czasy ze swoimi braćmi, gada o wszystkim, żartuje, flirtuje, doświadczamy „dziwnego” uczucia empatii dla niego, mimo, że w powszechnym mniemaniu ludzie skazani na karę śmierci uważani są raczej za potwory. Coś podobnego widzieliśmy wcześniej u Kieślowskiego w „Dekalogu” („Nie zabijaj”), gdy przejęty młody adwokat, spodziewający się dziecka, współczuje głęboko swemu klientowi, mordercy. No szkoda chłopaka. Dajcie spokój z tą karą śmierci. Przecież to dla zbirów, degeneratów, morderców. Morderców? No właśnie. Matt wydaje się tu sympatycznym i ciekawym facetem z „burzliwą przeszłością”. Podczas gdy rodziny ofiar naznaczone tragedią, są tymi niesympatycznymi, zimnymi, żądnymi sprawiedliwości/zemsty. To dziwne odwrócenie ról spowodowane jest prawdopodobnie tym, że w filmie nie jest pokazana cała scena zbrodni. Są tylko jakieś urywki, wspomnienia. Matt do dziś niewiele pamięta. Mocno wtedy przesadził narkotykami i alkoholem. Był na kompletnym haju. Dopiero pod koniec, w chwili egzekucji głównego bohatera, widzimy w retrospekcji, jak dopuszcza się on zbrodni ze swoim pijanym kolegą. Matthew umiera na oczach rodziców ofiar i jednocześnie widzi we wspomnieniach, jak umierają tamte niewinne dzieciaki. Zbrodnia sprzed lat powraca do grzesznika, który właśnie umiera przerażony, nie wiedząc, czy jest coś jeszcze dalej. Czy ten obraz jego zbrodni będzie powracał jak demony, by gryźć jego sumienie przez wieczność? Straszna to wizja piekła. Jedyne, co daje siłę Ponceletowi to siostra Helen, która raz jest dla niego duchową przewodniczką, innym razem przyjaciółką, a może nawet największa miłością jego życia. Kimś, kto stara się go zrozumieć i patrzy do końca w jego oczy, gdy on już traci siły i odchodzi po wstrzyknięciu trucizny przez strażników. Kolejna pompa tłoczy truciznę. To lepsze niż wstrząsany prądami więzień.

A potem cisza, spokój.

 

Czy to ulga, czy żal?

Że nie dało się inaczej.

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

WOLNY DZIEŃ FERRISA BUELLERA - DZIEŃ NIEPODLEGŁOŚCI ŻYCIA NASZEGO

I STANIE SIĘ KONIEC

DOBRANOC MAMUSIU. CZYLI JAK ODEJŚĆ NA WŁASNYCH WARUNKACH